poniedziałek, 30 kwietnia 2012

W komplecie

Z przygodami i wątpliwymi atrakcjami zapewnionymi nam przez służbę zdrowia, w naszym kochanym skądinąd kraju, jesteśmy wreszcie w komplecie.
W komplecie czyli ja, synki dwa, mężon zubożony o ósemki cztery i z utraconą wiarą we wspomnianą publiczną służbę zdrowia*, pies i... kot. Bo między(tak zwanym)czasie powiększyła się nam rodzina.
O Czarnuszkę/Panterę:



Ale skąd się wzięła kota napiszę później, i o kilku innych sprawach też później.
Póki co „odkryłam Amerykę”:
Nie trzeba fajerwerków i wodotrysków złotego deszczu by było fantastycznie. Fantastycznie jest gdy jest spokojnie, zwyczajnie, bezpiecznie. Gdy nie trzeba czekać na telefon, który nie dzwoni, gdy nie trzeba bać się, kiedy ten wreszcie zadzwoni. Gdy nie trzeba tęsknić i gdy nie zżera nas niepokój o kogoś kogo się kocha. Gdy nikogo i nic nie brakuje...
Melodyjnie drą się żaby nocą, Fafik je obszczekuje, kot śpi na kanapie, a Marko buja się w kopernikowskim hamaku... Syn duży chyba się uczy, syn mały idzie spać.
Zwyczajny wieczór.
CUDOWNY.
*) Marko w szpitalu nigdy nie był, jego wiedzę o tym przybytku wykreował Doktor House wespół w zespół z ekipą z Leśnej Góry – a i tak nie tyle oglądał, co wiedział, że takowe coś w TV leci.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Katastrofa majówkowa

Panie, Panowie zbliżamy się do katastrofy pod tytułem majówka 2012 czyli łykend stulecia, tadaam! Łykend stulecia cechuje się tym, że w terminie od soboty 28 kwietnia do 6 maja NIC nie da się załatwić NIGDZIE. Łykend stulecia będzie poprzedzony szaleństwem stulecia czyli zakupami w sklepach spożywczych z naciskiem na markety. Bo społeczeństwo będzie robiło zapasy jak przed wojną 30–letnią. Jeśli pogoda nie wywinie numeru takiego jak w zeszłym roku (4 maja na naszym dachu leżał śnieg) to z atmosfery ziemskiej zostanie wyparty tlen, a powietrze nasiąknięte dymem z ogrodowych palenisk, aromatem karkówki, boczku, kiełabachy i innych specjałów opiekanych na grillu.
Nie powiem abym się tak całkiem z tego schematu wyłamywała, ale z kilku powodów dla naszej rodziny majówka stulecia będzie przyprawiona nie tylko przyprawą grillową.

Już jutro mężon w klinice, w samiuśkiej stolicy, zostanie pozbawiony ósemki, której zachciało się urosnąć pod dziąsłem. Po tymże zabiegu krwistym, spodziewam się mieć w domu rekonwalescenta niczym po wojnie secesyjnej – a wiadomo, że była krwawa. W każdym razie ja wiem, bo po pierwsze się „Przeminęło z wiatrem” czytało i oglądało, a po wtóre, wiem bo moja edukacja szkolna przypadła na czas, gdy dzieci i młodzież uczone były historii, a nauczyciele wyrabiali się z programami. Teraz się nie wyrabiają, bo reforma szkolna, która swego czasu obdarowała nas dobrodziejstwem gimnazjów oraz skróceniem nauki w szkołach średnich, źle skorelowała rozkład materiału z czasem trwania poszczególnych etapów kształcenia. Na przykład starszy syn, który jutro zakończy naukę w szkole średniej, z programem z historii doszedł był do okresu drugiej wojny światowej. Reszta – czyli historia współczesna – poleciała po łebkach mniej więcej do stanu wojennego. A potem media wyłapują, że młodsze pokolenie (posłów, hehe) niedouczone.

Ale kurczę... nie o tym ja miałam, nie o programach nauczania...

Okej – czyli stanęło na tym, że majówkę rozpocznę z mężonem po resekcji zęba – będzie boleśnie, jęcząco i z opuchlizną. A wiadomo, że chory chłop w domu to gorzej niż całe przedszkole ze... wiadomo z czym ;)
Kolejne wydarzenie, które uczyni naszą majówkę wyjątkową, nastąpi 4 maja. Gdy lud (nie)pracujący będzie powoli wychodził z szoku wielkomajówkowego, my będziemy trzymali kciuki za maturę syna dorosłego. Już teraz zaklinam aby na polskim było coś z „Chłopów” względnie „Przedwiośnia” (choć to akurat ponoć bez szans, bo było na próbnej), gdyż te lektury mój nieczytający (to już kolejny, niestety), matematyczny syn, ma względnie opanowane.
Codziennie z niepokojem spoglądam na kasztany w parku: czy zdążą zakwitnąć na czas matury? Ale marudzą, oj marudzą. Ledwo wyswobodziły liście z nabrzmiałych pąków, ale daleko im do kwitnienia. Prognozowane są wysokie temperatury więc może jednak się sprężą.

Idzie maj... już czuć jego oddech. Już słońce wysokie, już zieleni więcej i więcej, już żaby rozrechotane... Zbliża się jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku.
Pelargonie na tarasie zasadzone, i bratki, i stokrotki też.

Czas prasować białą koszulę Michalicy...

środa, 25 kwietnia 2012

Pewien M. z nadwieprzańskiej doliny...

Wiosenne poranki nie mają sobie równych. Żadna pora roku we wczesnych godzinach dnia, nie ma tyle radości, gwaru, zapachu, energii, życia... Nawet do pracy chce się iść, choćby to była sobota. Ludzie biegną na zakupy, szykują się w pole i do ogrodów. Ja zazwyczaj wskakuję na rower i śmigam do tak zwanej firmy. A tamże, gdy już się zaloguję, rozpoznam co kto ode mnie chce, zaparzam kawę i otwieram wszystkie okna na całą szerokość, by móc słuchać jak pogwizdują kosy, mistrzowie przenoszenia w czasie i miejscu. Zawsze gdy słyszę pogwizdywanie kosów mam wrażenie, że jestem w lesie... nieopodal jeziora... jest zielono... słońce biega między drzewami... gdzieniegdzie przemknie wiewiórka... pachnie ziemia...

Dzień niby dłuższy ale jakby minuty w godzinach skrócone. Jakoś trzeba wszystko łatać, cerować, kleić i nadążać za truchtającą bez tchu wskazówką zegara.

Na Marka imieniny obiecany limeryk w otulinie pamiątkowych fotografii. Jaśnie Szanowny Pan Mężon Solenizant otrzymał wszystko pięknie oprawione w rameczkę drewnianą w formacie A4. Sądząc po minie był usatysfakcjonowany. Luuubię zaskakiwać ;)

Limeryk Marecki
Pewien Marek z nadwieprzańskiej doliny,
Budując dom dał nowym talentom podwaliny.
Kupił wiertarkę, piłę, siekierę, no i deski dwie,
Teraz wciąż rąbie, wierci i tnie przez całe dnie,
Ku regeneracji sił popija piwne witaminy.
Na fotkę KLIK i bedzie większa :)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Ach, książko!

Kocham czytać, a dziś jest Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich i dlatego taka fotka:



...a na drugim planie Jędrek, który czytać nie lubi :(
To moja osobista, rodzicielska klęska.
Niby Mea culpa choć w sumie nie wiem dlaczego? Bo Gadzinie czytałam zanim akcja „Cała Polska czyta dzieciom” ujrzała światło dzienne.
Ale życiorys Cristiano Ronaldo przeczytał od dechy do dechy; podobnież pasjonują go historie pilki nożnej, koszykówki i F1 – to może jest jakaś nadzieja?
Zmykam... i choć jest późno, muszę poczytać... bo inaczej jak tu zasnąć...

piątek, 20 kwietnia 2012

Porcelanowy aniołek

Porcelanowy Aniołek

Tuż obok przysiadł biały Aniołek.
Rozłożył promieniście pierzaste skrzydełka,
podparł brodę porcelanowymi dłońmi.
Włosy ma lekko stargane po podniebnej podróży.
Usta nadąsane.
Oczy ciepło uśmiechnięte.

Lubię gdy ze mną jesteś.
Aniele, stróżu mój.
Ty pilnuj moich myśli,
by nie skręcały w ciemne zakamarki.
Ty ukołysz moje niepokoje.
Niech zasną i nigdy się nie zbudzą,
obiecuję, że nie uschnę z tęsknoty za nimi.
Potrząśnij mną gdy trwam w letargu.
Zatrzymaj gdy biegnę ślepą drogą.
Rozwesel – gdy jest mi źle,
ale umiej smucić się ze mną.
Każ mi wierzyć, gdy wątpię,
oddychać gdy oddech tracę.
Znajdź gdy się zgubię.
Naucz wznosić się ponad...
Czasami po prostu wypij ze mną kawę
w porcelanowej, białej filiżance.

środa, 18 kwietnia 2012

Tym razem nie tylko ja marudzę

Sfajczyłam silnik sokowirówki, która nam służyła niemalże od urodzenia Michała, więc chyba jednak miała prawo bidulka, co nie. Póki co, sprzętowi AGD nie grozi bycie na chodzie do 67. roku produkcji. Jak to zwykle w takim przypadku bywa, bardziej opłacalny jest zakup nowego niż naprawa zepsutego. A sokowirówka jest mi niezbędna – wszak muszę dokarmiać mózg mojego maturzysty. A i zapasy marchewki w piwniczce czas wykończyć przed tą prawdziwą wiosną. Bo na razie wiosna taka mało prawdziwa.
Ogrodzenie wciąż w fazie (nie)radosnego tworzenia – bo firma ma niby tyły z racji zimnej wiosny, opadów śniegu, deszczu (może meteorytów?) i nie wiem czego jeszcze – o nalotach kosmitów jakoś nie słyszałam. W każdym razie Fafon czasowo wciąż wisi na łańcuchu, co potęguje moje wyrzuty sumienia. No i dodatkowo absorbuje – kiedy odpinamy go z tego łańcuszka trzeba mieć go nieustannie na oku, bo inaczej sruu... i Fafonek już „pod figurką” – czyli na rozstaju dróg, gdzie Jasna Panienka i „Boże chroń naszą wioskę”.
Drzewka owocowe i krzewy zakupione i wszystko czeka na to nieszczęsne ogrodzenie.
Michał nie chce chodzić do szkoły, bo się uczy do matury :| Dziwne co nie?
Jędrek nie chce chodzić do szkoły, bo jak Michał nie chodzi to dlaczego on musi? No dlaczego?
Mężon nie chce chodzić do pracy w ramach solidarności z synami dwoma.
Buu... ja też nie chcę chodzić do pracy, wolałabym żyć z procentów z bajecznego kapitału i generalnie poproszę o drinka z palemką. Można?
Jak na razie syn duży w totka ustrzelił trójkę – całe 24 złotych – więc szansa jest :)
Wkrótce zostanę porzucona przez mężona, bo wybywa na szkolenie gdzieś tam we świat, a zaraz potem na bitwę ostateczną z zębem namber osiem, któremu zechciało się rosnąć pod dziąsłem... ech...
Reasumując – sytuacja dojrzała do tego aby spotkać się na ognisku z Kotleciorkami. O! w ramach ładowania akumulatorów oczywiście. Co nastąpi niebawem czyli w sobotę.

ps. Syn mały szczęśliwy bo Barcelona pokonana w Londynie, a on jako zagorzały fan Realu życzy Barcelonie nie najlepiej – eufemistycznie rzecz ujmując.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Bańki mydlane i jest kolorowo

Obudziłam się wcześnie, gdy tylko Marko zamknął drzwi wychodząc do pracy. Chłopcy spali po nocnym meczu NBA. Sięgnęłam po aktualnie czytaną książkę i... zrobiłam coś czego już dawno nie robiłam. Z herbatą, maluśkimi kanapeczkami z pomidorem, wróciłam do łóżka i zjadłam w nim śniadanie czytając książkę. Akurat gdy roniłam łzy nad losem Elizabeth, bohaterki „trylogii ukraińskiej” Marii Nurowskiej, zadzwoniła Tereska.
Wracamy ze świąt do Krakowa, możemy zajechać do ciebie na kawę?
Jeszcze pyta! Wyskoczyłam z wyrka. Tereska i jej córki–bzurki! Cudne spotkanie. Cudne przedpołudnie z moją kochaną Tereską i jej cudnymi córkami – dziewczynami, a właściwie młodymi kobietami, startującymi w życie.
Ciocia, w te święta byłyśmy w wielu pięknych domach i wiele bigosów świątecznych jadłyśmy. Ale w twoim domu najwięcej miłości i... najpyszniejszy bigos.
No czyż nie wspaniałe córki–bzurki tereskowe? Asia wzięła prysznic, z Gosią pogadałyśmy o tym jak rozpoznać czy TEN facet jest faktycznie TYM na całe życie i czy jeśli nie widziało się go 4 dni, i tęskni on, i tęskni ona, to znaczy, że to jest właśnie TEN i właśnie TO, i jeszcze jak w zalewie niezbyt udanych związków wkoło, czerpać siłę do budowania tego swojego, wymarzonego. Baardzo wyczerpujące rozmowy. Tereska w tym czasie załatwiała przez fona tysiąc swoich spraw służbowych. Długo machałam im na odjezdne. Zapakowałam im na drogę kanapki z moją galantyną z kurczaka, ale i tak planowały zajechać na frytki z McDonalds´a, bo za Asią chodziły. A Asia kierowca i trzeba ją dopieszczać.
Fajnie mieć takie córki...
O zachodzie słońca, na tarasie opowiadałam Markowi o tym spotkaniu. Puszczaliśmy mydlane bańki bo strasznie mi było ich brak... Fafik miał gdzieś moje dobre z nimi skojarzenia i je po prostu zżerał.



A późną nocą Tereska zadzwoniła, że co prawda w korkach, ale dojechały szczęśliwie do domu. Na frytki nie zajechały. Wystarczyła im moja galantyna.
Już za nimi tęsknię...

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Boćki przyleciały!

Wypatrywałam ich od kilku dni zaniepokojona. Niby rozumiem, że surowa wiosna niezbyt zachęca do powrotów z ciepłych krajów, ale skąd one niby miałyby wiedzieć jak u nas jest z tą pogodą? W każdym razie wczoraj, kiedy szykowałam śniadanie wielkanocne, spojrzałam przez tarasowe okno czy Fafon już się obudził i... odetchnęłam z ulgą. Przyleciały. Bociany. Razem cztery osobniki. Połazikowały troszkę po lichej łące, odpoczęły po zapewne długim locie i poszybowały do okolicznych gniazd, a jeden zasiedlił to po sąsiedzku.
Witaj wiosno już teraz prawdziwie :)





Leniwie kończy się świąteczny poniedziałek. W kominku, pewnie ostatni w tym sezonie, ogień.
Kiedy Goście odjechali, dom ucichł, tylko zmywarka zabrała się do roboty, wybraliśmy się na spacer nad rzekę. Po powrocie wreszcie mogliśmy usiąść na ławeczce, na tarasie oblanym słońcem. Marko otworzył dla siebie zimne piwo, dla mnie zaparzył kawę z mlekiem. Oparłam nogi o stołeczek, a głowę wtuliłam w ramię Mareckiego. Zaśpiewał skowronek, bocian poszybował na łąki coś podjeść, Fafik dyszał po długim spacerku. Cisza. Słońce. Cudownie... Praca? Obowiązki? Jutro? A co to takiego?

Troszkę wspominaliśmy ostatnie dni. Nagłe zainteresowanie chłopaków krzyżówkami, zachwyt mojej Mamy światem wirtualnym. Szczególnie zrobiła wielkie WOW, kiedy Michał załączył Street View i pomaszerowaliśmy wszyscy pod blok Mamy i Józia w Lublinie. Zajrzeliśmy nawet w ich okna i Mama wykrzyknęła:
O, firanka w kuchni zawinięta!
Na parkingu stał ich samochód.
A później Mama mówi tak:
A weź mi pokaż na tym bejsbuku taką moją znajomą...
Mamo, ja nie mam konta na fejsie.
Ale ja na tym bejsbuku chcę, nie fejsie – i całkiem nie rozumiała dlaczego sturlałam się z krzesła ze śmiechu.
Ale ogólnie Mamę Internet zachwyca. A konkretnie Google, bo wszystko wie ;) Często dzwoni do mnie i prosi aby jej „coś w tym komputerze poszukać”. Namawiam ją, ale ona się boi komputera. Całkiem jak ja kiedyś telefonu komórkowego.
Bo człowiek to się zwykle boi niepotrzebnie, że tak sobie pozwolę filozoficznie i odbiegając od tematu. A już ja to jestem miszcz wszelakich „bojam się”. Szczególnie te różne „bojam się” urastają do olbrzymów nocą. Bardzo mi pomaga takie trzeźwe, zdroworozsądkowe, męskie:
A co ty się boisz, głupia, na zapas?
I nawet wybaczam to „głupia”, grunt, że łapię pion, a strachy pryskają jak mydlana bańka.
A przecież bardzo lubię mydlane bańki. W schowku na środki czystości, mam pojemniczek do robienia baniek. Może jutro, kiedy będzie zachodziło słońce to sobie je puszczę w świat. Schowam w te bańki wszystkie moje strachy i będę później patrzyła jak pękają bańki a wraz z nimi te moje strachy...

sobota, 7 kwietnia 2012

Pięknej Wielkanocy!

Niby wszystko rozłożyłam na etapy, niby miałam dużo czasu i na posprzątanie zakamarków, i na odpoczynek z książką, i na odrobienie zaległości w spaniu, i nawet mycie okien mnie nie wykończyło. Aby nic mi nie umknęło i miało ręce i nogi, pokusiłam się o spisanie menu, listy zakupów i tego co trzeba koniecznie przed świętami w domu zrobić. A jednak jakoś nie mogę pozbierać się, czuję się jakbym cały czas musiała przyspieszać tempo. Wczoraj późnym wieczorem okazało się, że nie mamy barwinka do koszyczka. Ale grunt to być kreatywnym – udekorowałam koszyczek gałązkami bluszczu domowego.
Mazurki bogato nafaszerowane orzechami i migdałami – bo chłopaki lubią, schowane na półce w pomieszczonku gospo w garażu. Podobnie jak cała masa pachnących wiktuałów. Fajny jest taki zimny garaż :) Pamiętam z dzieciństwa u Babci na wsi, obok domu dobudowana była z osobnym wejściem tzw. letnia kuchnia. Była magiczna, wielka, z bielonym kredensem, drewnianym stołem, takim, który trzeba było szorować twardą szczotką. Przepełniona garnkami, glinianymi naczyniami, słojami z kaszami. Obwieszona warkoczami cebuli i czosnku. Mocno aromatyzowana rumiankiem. Och jak ją lubiłam. Zimą było tam strasznie zimno, latem wspaniale chłodno. Idealne miejsce na przechowywanie ciast, kiszonych ogórków, garnków ze smalcem... Czasami Babcia trzymała w niej też, w takim specjalnym kojcu... maluśkie kurczaczki – wygrzewały się pod żarówką. Podczas przygotowań do świąt pod sufitem wisiały na specjalnym drągu uwędzone wędliny, kiełbasy i najwspanialsza na świecie kaszanka... Mało pamiętam... zbyt wcześnie się to wszystko skończyło. Nie zdążyło się tych wspomnień nagromadzić więcej i więcej.

Pięknych i dobrych Świąt Wielkanocnych życzę Wszystkim,
którzy odwiedzają to moje małe miejsce w wirtualnym świecie :)
Niech to będzie dla Was czas, który na zawsze zachowacie w swojej pamięci.




wtorek, 3 kwietnia 2012

Testuje się Jędrek :)

Rankiem dziecię małoletnie wdziało na się lajtową wersję stroju galowego – biała koszula luźno puszczona na ciemne dżinsy, czarne nike, w garść złapało w pełni wyposażony piórnik (a to akurat w przypadku Jędrka warte odnotowania), poczochrał niesforne włosy szczotką – co się nazywa, że się uczesał i... z lekka zblazowaną miną, podążył na sprawdzian szóstoklasisty.
Stwierdzam, że jestem mało przejmującą się matką, albowiem gdyż nie dostaję przedegzaminacyjnej trzęsawki, gdy moich synów czeka coś ważnego w szkole. Ot, trzymam kciuki i już. Wierzę w nich :) Są bystrzy, inteligentni, zdolni, obstawieni dodatkowymi lekcjami i oczywiście jak większość uczniów w polskiej szkole – leciuchno leniwi. Doskonale radzą sobie z testami. To już nowe pokolenie ucznia – ukierunkowanego od początku edukacji na rozwiązywanie testów, niestety... Ja na studiach nienawidziłam egzaminów testowych. Zawsze zostawało mi trochę czasu, podczas którego nachodziły mnie wątpliwości, czy pozaznaczałam dobre odpowiedzi. I się tak mordowałam później czy dobrze, że przerobiłam jedno na drugie, czy nie? Ale może to przypadłość humanistów? Synki łobydwa są matematyczni i całe szczęście. Nienawidzą na przykład historii (sic!), a Michał dodatkowo WOSu. Na pytanie, a dlaczego, mawiają:
Bo się trzeba uczyć.
Według Michała, matmy czy fizyki nie trzeba się uczyć, tylko trzeba poznać regułę i zrozumieć – to ponoć klucz do sukcesu w przedmiotach ścisłych. Nie wiem, nie ogarniam, nie znam się. Moja znajomość matematyki kończy się na właściwym rozdzieleniu miesięcznych dochodów ;)
Chociaż pewnie przed maturą Michała jednak mnie ściśnie... niepokój. To już za miesiąc. A tu nie widzę zarywanych nocek na naukę. Dziwne, bo ja zarywałam.
Nie lubię uczyć się w nocy, padam po prostu – mówi zdziwiony tym, że ja zdziwiona.
No tak, ale oglądać nocami treningi F1 albo rozgrywki NBA, to już lubi i nie pada.

Aura zdecydowanie nosi znamiona pory roku od jakiegoś czasu zapomnianej – przedwiośnia. Czyli tak zimnawo jest, zieleni się z oporami. Niby ta wiosna jest, ale słabo ją widać. Choć skowronki naparzają jak szalone. W przerwach pomiędzy opadami deszczu i gradu udało się mi umyć wszystkie okna i rozwiesić świąteczne dekoracje w domku. Teraz obmyślam wielkanocne menu, bo świętujemy znowu u nas.

Marko absolutnie pochłonięty obejściem. Pościnane drzewa i przygotowanie terenu pod ogrodzenie, zdecydowanie bardziej go absorbują niż przedświąteczne porządki w domeczku. Synów natomiast udało się mi zmotywować do sprzątania własnych pokoi bardzo prostym postawieniem sprawy:
Okej, mogę wam posprzątać, ale za godzinę pracy jako sprzątaczka biorę 10 zł – jak od was, w promocji. Jako gratis dorzucam mycie okna.
O dziwo, woleli posprzątać sami. Okna w gratisie jednak i tak im umyłam. Ech, ta matczyna „konsekwencja”...
Po południu Jędrek ze stoickim spokojem przejrzał w necie wyniki dzisiejszego testu. Coś na kształt uśmiechu zadowolenia pojawiło mu się pod nosem, to chyba dobrze. A Michał zerknął, aby jak to określił, przypomnieć sobie beztroskie czasy szkoły podstawowej.
No nic, trzeba się jakimiś mazurkami zainteresować. Chociaż chłopaki i tak wołają:
Ale kajmakowy zrób, kajmakowy, a najlepiej dwa kajmakowe i trzeci też kajmakowy.
I bądź tu człowieku kreatywny kulinarnie.