wtorek, 3 kwietnia 2012

Testuje się Jędrek :)

Rankiem dziecię małoletnie wdziało na się lajtową wersję stroju galowego – biała koszula luźno puszczona na ciemne dżinsy, czarne nike, w garść złapało w pełni wyposażony piórnik (a to akurat w przypadku Jędrka warte odnotowania), poczochrał niesforne włosy szczotką – co się nazywa, że się uczesał i... z lekka zblazowaną miną, podążył na sprawdzian szóstoklasisty.
Stwierdzam, że jestem mało przejmującą się matką, albowiem gdyż nie dostaję przedegzaminacyjnej trzęsawki, gdy moich synów czeka coś ważnego w szkole. Ot, trzymam kciuki i już. Wierzę w nich :) Są bystrzy, inteligentni, zdolni, obstawieni dodatkowymi lekcjami i oczywiście jak większość uczniów w polskiej szkole – leciuchno leniwi. Doskonale radzą sobie z testami. To już nowe pokolenie ucznia – ukierunkowanego od początku edukacji na rozwiązywanie testów, niestety... Ja na studiach nienawidziłam egzaminów testowych. Zawsze zostawało mi trochę czasu, podczas którego nachodziły mnie wątpliwości, czy pozaznaczałam dobre odpowiedzi. I się tak mordowałam później czy dobrze, że przerobiłam jedno na drugie, czy nie? Ale może to przypadłość humanistów? Synki łobydwa są matematyczni i całe szczęście. Nienawidzą na przykład historii (sic!), a Michał dodatkowo WOSu. Na pytanie, a dlaczego, mawiają:
Bo się trzeba uczyć.
Według Michała, matmy czy fizyki nie trzeba się uczyć, tylko trzeba poznać regułę i zrozumieć – to ponoć klucz do sukcesu w przedmiotach ścisłych. Nie wiem, nie ogarniam, nie znam się. Moja znajomość matematyki kończy się na właściwym rozdzieleniu miesięcznych dochodów ;)
Chociaż pewnie przed maturą Michała jednak mnie ściśnie... niepokój. To już za miesiąc. A tu nie widzę zarywanych nocek na naukę. Dziwne, bo ja zarywałam.
Nie lubię uczyć się w nocy, padam po prostu – mówi zdziwiony tym, że ja zdziwiona.
No tak, ale oglądać nocami treningi F1 albo rozgrywki NBA, to już lubi i nie pada.

Aura zdecydowanie nosi znamiona pory roku od jakiegoś czasu zapomnianej – przedwiośnia. Czyli tak zimnawo jest, zieleni się z oporami. Niby ta wiosna jest, ale słabo ją widać. Choć skowronki naparzają jak szalone. W przerwach pomiędzy opadami deszczu i gradu udało się mi umyć wszystkie okna i rozwiesić świąteczne dekoracje w domku. Teraz obmyślam wielkanocne menu, bo świętujemy znowu u nas.

Marko absolutnie pochłonięty obejściem. Pościnane drzewa i przygotowanie terenu pod ogrodzenie, zdecydowanie bardziej go absorbują niż przedświąteczne porządki w domeczku. Synów natomiast udało się mi zmotywować do sprzątania własnych pokoi bardzo prostym postawieniem sprawy:
Okej, mogę wam posprzątać, ale za godzinę pracy jako sprzątaczka biorę 10 zł – jak od was, w promocji. Jako gratis dorzucam mycie okna.
O dziwo, woleli posprzątać sami. Okna w gratisie jednak i tak im umyłam. Ech, ta matczyna „konsekwencja”...
Po południu Jędrek ze stoickim spokojem przejrzał w necie wyniki dzisiejszego testu. Coś na kształt uśmiechu zadowolenia pojawiło mu się pod nosem, to chyba dobrze. A Michał zerknął, aby jak to określił, przypomnieć sobie beztroskie czasy szkoły podstawowej.
No nic, trzeba się jakimiś mazurkami zainteresować. Chociaż chłopaki i tak wołają:
Ale kajmakowy zrób, kajmakowy, a najlepiej dwa kajmakowe i trzeci też kajmakowy.
I bądź tu człowieku kreatywny kulinarnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz