poniedziałek, 30 kwietnia 2012

W komplecie

Z przygodami i wątpliwymi atrakcjami zapewnionymi nam przez służbę zdrowia, w naszym kochanym skądinąd kraju, jesteśmy wreszcie w komplecie.
W komplecie czyli ja, synki dwa, mężon zubożony o ósemki cztery i z utraconą wiarą we wspomnianą publiczną służbę zdrowia*, pies i... kot. Bo między(tak zwanym)czasie powiększyła się nam rodzina.
O Czarnuszkę/Panterę:



Ale skąd się wzięła kota napiszę później, i o kilku innych sprawach też później.
Póki co „odkryłam Amerykę”:
Nie trzeba fajerwerków i wodotrysków złotego deszczu by było fantastycznie. Fantastycznie jest gdy jest spokojnie, zwyczajnie, bezpiecznie. Gdy nie trzeba czekać na telefon, który nie dzwoni, gdy nie trzeba bać się, kiedy ten wreszcie zadzwoni. Gdy nie trzeba tęsknić i gdy nie zżera nas niepokój o kogoś kogo się kocha. Gdy nikogo i nic nie brakuje...
Melodyjnie drą się żaby nocą, Fafik je obszczekuje, kot śpi na kanapie, a Marko buja się w kopernikowskim hamaku... Syn duży chyba się uczy, syn mały idzie spać.
Zwyczajny wieczór.
CUDOWNY.
*) Marko w szpitalu nigdy nie był, jego wiedzę o tym przybytku wykreował Doktor House wespół w zespół z ekipą z Leśnej Góry – a i tak nie tyle oglądał, co wiedział, że takowe coś w TV leci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz