niedziela, 27 maja 2012

Kawałek nieba

Wyczytane dziś z samego rana:

„Człowiek powinien mieć kawałek swojego nieba albo ziemi, odrobinę tylko i wyłącznie swojej przestrzeni, i to jego sprawa, czy chce go ukryć przed światem czy nie.”

Grażyna Jeromin–Gałuszka „Złote nietoperze”





Mamy dzień :)

Aaaale miałam pobudkę – dostałam do łóżka pudroworóżowe, bezkolcowe róże :)
I wcale nie od mężona – współautora mojego macierzyństwa, jakby nie było – tylko od dwóch równie wspaniałych facetów – moich osobistych Synów dwóch :)
A potem usmażyłam jajecznicę z 12 jaj, bo takie było zapotrzebowanie.
W cieniu olch przeczytałam kilkadziesiąt stron książki i wypiłam kawy dwie. Ale stado meszek mnie wygnało z tak pięknych okoliczności przyrody.
Gdzieś pomiędzy spadł deszcz, choć – o dziwo! – nieprzerwanie świeciło słońce.
Ozdobiłam, niemalże jedną ręką butelkę wina dla Asi, bo wybieram się do niej na imieninowe spotkanie.





Posadziłam sadzonki papryki i rozsady astrów – nawet wczesnym latem trzeba pomyśleć o jesieni.
Wskoczyłam pod prysznic z kostką mydła z zieloną herbatą.
Zrobiłam się na buustffo i zaciągnęłam synów dwóch do fotki pamiątkowej ku czci dzisiejszego święta.
Na kolana Michała wtryniła się kota.
Tak minął 26 maja. Czy to był dzień idealny? Dla mnie tak.
Lubię być mamą. Tak zwyczajnie.

czwartek, 24 maja 2012

Zwolniona ;)

No to mnie pan doktore ortopedore załatwił na cacy! Zwolnienie lekarskie do przewidywanego końca zrośnięcia ręki, czyli w sumie 6 tygodni!!!
Ale ja nie chcę! Nie mogę! Ja muszę być w pracy!
A pani to sobie może chcieć i musieć, a ja zrobię tak jak ja chcę i muszę, bo nie podpiszę się pod pani powrotem do pracy ze złamaną ręką – chyba wspominałam już, że pan doktore to z tych bardziej ponurych?
I tak o, załamać się idzie z tą złamaną ręką.
Co się da ze spraw służbowych, załatwiam via Internet, telefon i chwilowe wpadanie do firmy. Psia mać! Na kije łazić nie wolno, kopać w ogródeczku nie wolno, obrazków robić nie wolno, nic nie wolno? No to za pomocą zmyślnej rureczki z pompką zlaliśmy wreszcie w butelki wino winogronowe AD 2011. Zmyślna rureczka z pompką do spuszczania wina ze szklanego balonu, ma to do siebie, że nie trzeba wina zasysać jak to bywa przy użytkowaniu zwykłej rureczki. Tyle, że z takiego zlewania wina, nie ma żadnej przyjemności... Bo jak świat, światem, przy winie domowym najwięcej przyjemności jest podczas zasysania rureczki – każdy to wie ;)
Winko tymczasowo opisane leżakuje w kartonach w piwniczce. Przyjdzie czas, butelki poubieram w śliczne ubranka i powędrują w świat.



Idę poleżakować i ja z książką na tarasie. Yh!
Moje buteleczki...

poniedziałek, 21 maja 2012

Euro blisko

Do EURO 2012 blisko, bliżej, coraz bliżej, więc zasiedliśmy do Narodowego Testu Piłkarskiego. Co prawda nie on– tylko offline, ale za to wrzawa była prawie jak na Stadionie Narodowym. Zwycięzcą naszego rodzinnego zgrupowania został łociec, czyli Marecki (21 – tylko! – prawidłowych odpowiedzi na 24 pytania). Tuż za nim: Jędrek – 19/24 i Michał 14/24, no i ja z wynikiem 10 goli ;) zajęłam zaszczytne miejsce tuż za podium.
Syn Duży stwierdził, że przed ustną maturą z angielskiego jak nic przyda mu się takie przewietrzenie mózgownicy. Młodszy zaś do testu piłkarskiego podszedł bez kompleksów albowiem gdyż nade wszystko kibicuje koszykówce, o czym dobitnie świadczy jego nowy tiszert:





Fafon wparował niespodziewanie do salonu pod stół, gdzie na krzesełeczku spała kota. Oczami wyobraźni widziałam kocinę w strzępach, a tymczasem niespodziewanie Fafon położył uszy i potulnie opuścił ów pod_stół i salon, bo kocica wystawiła swoje autentyczne kocie tipsy i zaprezentowała cały asortyment pomniejszych, kocich złośliwości.

Dobra kota, oj dobra!

PS. A, i śpieszę donieść, że enefzecik jednak przyznał mi refundację za ortezę – aż 70 %. Tak więc rację miała pani ze sklepu medycznego, a nie pan doktore ortopeda.

piątek, 18 maja 2012

Szkoła (nie)moja

W ramach rodzicielskiego dyżuru maturalnego, miałam okazję pospacerować spokojnie po szkolnych korytarzach ogólniaka mojego syna, a właściwie... „mojego” ogólniaka. Przez ostatnie 3 lata to tylko wpadałam tam na michałowe wywiadówki, tak jak kiedyś wpadała tu moja mama i mój tato na moje. W głowie się nie mieści, że blisko 20 lat temu, to ja wśród tych samych ścian oczekiwałam na kolejne egzaminy...
Szkoła troszkę się zmieniła, ale nie aż tak bym w jej w zakamarkach nie odnalazła swojej historii... I chociaż „moja” sala od „polaka”, w której przez cztery lata siedziałam pod oknem w trzeciej ławce z Grażynką (przed nami chłopcy, a za nami Iza i Asiek) została przemieniona na jakąś inną, to i tak szkolne korytarze nagle zapełniły się uczniami sprzed lat...
Na półpiętrze gdzie jest wielkie okno–witryna już nie można posiedzieć na parapecie, bo okno w ramach aktualnych standardów BHP zyskało ochronną balustradkę. Ech, taaakie miejsce, tak stracone dla koleżeńskich obserwacji przystojnych kolegów i (kajam się) złośliwego obsmarowywania mniej lubianych koleżanek. Ale nadal można przycupnąć na schodach ostatniego półpiętra, gdzie ruchu nie ma, bo wyżej jest tylko zamknięte na głucho wejście na tajemniczy szkolny strych. Idealna atmosfera na powierzanie najtajniejszych sekretów, opłakiwanie nieszczęśliwych miłości i straconych przyjaźni. To znaczy „za moich” licealnych czasów tak było, a czy teraz? Nie wiem... Szatnia – wciąż ciemna, ale czy nadal niezawodna w dekowaniu się przed niechcianą lekcją? W toaletach nie czuć papierosów – ponoć teraz młodzież chodzi palić za szkołę ;)
Weszłam też do części bocznego korytarza, w którym podczas mojej studniówki nasza klasa miała swoje miejsca za stołami (tak, tak – kiedyś studniówki organizowało się na terenie szkoły) i... O! zdziwienie – nie ma korytarzyka, jest przepierzenie, a za nim dodatkowa sala...
Kiedy wychodziłam przez wielkie, dawniej ciężkie i drewniane drzwi, a dziś już wymienione na lekkie i plastikowe, przypomniałam sobie jak po odebraniu świadectwa maturalnego zarzekałam się: „nareszcie koniec tej głupiej szkoły, nareszcie ostatni raz przekraczam jej próg!”. To samo powtarza teraz Michał. Nawet nie wie, tak jak i ja nie wiedziałam, że nadejdzie taki czas, gdy inaczej spojrzy na to miejsce i inne emocje będą mu w tych wspomnieniach towarzyszyły...
Ale do tego potrzebny jest czas, takie prawo każdego człowieka.

Maj uwielbiam za bez, niezapominajki, konwalie, kwitnące kasztany, wiśnie, jabłonie, eksplozję zieleni i roztrajkotane ptactwo. A pomiędzy tymi kolorami, dźwiękami i zapachami przemykają odświętnie podekscytowani maturzyści i równie odświętnie ubrane dzieci pierwszokomunijne.

Maj jest taki soczysty, zielony, biały, niebieski, żółty, pachnący, rozćwierkany...
Piekny jest maj.



środa, 16 maja 2012

Imieniny majowe

Kiedyś, dawno temu, gdy nie czułam tętna ogródka, nie wiedziałam dlaczego prawie corocznie, mniej więcej w połowie maja, spada temperatura i jest zimno. Niby ma to związek z relacjami jakie zachodzą właśnie o tej porze roku między wyżem i niżem barycznym, ale przecież i tak każdy wie, że to wina ICH – zimnych panów ogrodników Pankracego, Serwacego i Bonifacego, których na koniec pogania zimna Zocha.
W tym roku troszkę mniej obawiam się o mój miniaturowy warzywnik, bo z powodu zawiłości losowych, sianie i sadzenie było w nim mocno spóźnione. Mniemam więc, że moje ogórki są bezpieczne i „zimne” towarzystwo im nie zaszkodzi. A to dlatego, że wciąż w postaci nasionek leżakują mniej więcej półtora centymetra pod ziemią. Ciekawe czy zdążą do kiszenia nadrobić ów stracony czas? Hm...

Tuż po „zimnych” imieninach nadchodzą takie, które są mi ciepłe na sercu, bez względu na aurę za oknem: dziś imieniny Jędrzeja. Nasz młodszy syn alergicznie reaguje gdy ktoś myli jego imię i zwraca się doń Andrzej. Niestety w świadomości społecznej mocno zakorzeniony jest fakt, że imię Jędrzej jest jednym z wariantów imienia Andrzej, szczególnie zdrobnienie Jędrek odnosi się do obu. Czasami dochodzi do pomyłek, których Jędrek nie trawi. Kiedy otrzymał w szkole dyplom za udział w jakimś konkursie, wypisany imieniem „Andrzej”, miast umieścić go w segregatorze ze świadectwami i wszelkimi okolicznościowymi „laudacjami”, dyplom ów wylądował gdzieś pod biurkiem. Świadomie na dzień jego imienin wybraliśmy odległą od andrzejek datę majową.
Menu imieninowe skromne, dostosowane do niegryzącego taty: puszysty sernik na biszkopcie z galaretką i spaghetti napoli z tycim tyciunim makaronem, voila!

Marko, który bezczynności nie znosi, w kilka chwil deszczowego, majowego popołudnia zbił kompostownik z drewnianych palet. Stanął między dwiema olchami i młodymi krzakami czarnego bzu. Idealne miejsce dla dojrzewania domowego kompostu. Bardzo takie cudo przydaje się, bo na co dzień czteroosobowy dom, początkujący ogródek no i zwierzątka domowe produkują sporo „śmieci” organicznych. Szkoda by lądowało to w koszu, choćby i segregacyjnym. Kompostownik mieliśmy w czasach blokowych w naszym ogródku działkowym, więc teraz gdy mieszkamy w domku odczuwałam jego brak jakby bardziej. Fafik sceptycznie nową budowlę obwąchał – wyrosła bowiem na jego typowej trasie security patrol – pod płotem od strony pastwiska. Kiedy podniósł tylną łapę i centralnie oblał zachodni narożnik kompostownika – wiedziałam, że budowla uzyskała jego akceptację.

Gorzej z akceptacją dla kota. Tym bardziej, że Pantera jest już bardziej pewna i nie chowa się pod łóżkami i w garderobie na widok Fafika. Kiedy pies jest w pobliżu, zastyga w postawie gotowej do ataku, puszy sierść, w każdej chwili gotowa wysunąć potężne jak na tak małą kociczkę, pazury i włącza buczenie niczym dorodna krowa. Nigdy nie miałam większego kontaktu z kotami, wiedziałam, że kot miauczy, mruczy, ale buczy?! Fafik też robi okrągłe oczy i obchodzi kota z daleka, choć nieustannie jest w kręgu jego zainteresowań.



Pada. Majowy deszczyk, a zimny jak diabli, psia mać!

niedziela, 13 maja 2012

ABCDC

Chwilowo, przynajmniej mam taką nadzieję, dopadło mnie coś na co ponoć co jakiś czas cierpi każdy człowiek w wieku młodzieńczym, czyli syndrom ABCDC, co w prostym rozwinięciu brzmi:
Absolutny Brak Chęci Do Czegokolwiek.
Albo więc się uwsteczniam wiekowo, alboli też wciąż jestem młoda – i tego wolę się trzymać.
Autorem tegoż stanu mego ducha jest na pewno niedyspozycja ruchowa, spowodowana złamaną ręką...
Ale i... gmatwanina trudności i splątana gęstwina złej energii, która różnymi kanałami osacza mnie od jakiegoś czasu.

...lawenda zakwitła niemrawo...



Trzeba sobie to wszystko cierpliwie przeczekać...
Czas jest najlepszym, a czasami jedynym lekarstwem – ostatnio to usłyszałam, no i chcąc nie chcąc muszę na tym poprzestać.

środa, 9 maja 2012

Przychodzi baba tym razem do ortopedy

Znaleźliśmy sposób na kociego wyjca nocnego. Panterka nocuje w... garażu. Ma kącik dla siebie – z legowiskiem, stołówką i kocią toaletką. O dziwo – tam nie wyśpiewuje kocich arii, a my mamy spokojne noce. Dopóki nie przyzwyczai się do nowego miejsca i nie ogarnie sytuacji z psem, a pies z nią, nie znajdujemy lepszego rozwiązania. A w garażu jej się podoba, ma tam sporo do zwiedzania, schowków, półek do skakania. Nie nudzi się. Rano chętnie biegnie do domku, gdzie spędza cały dzień.

* * *
Za sprawą złamanej ręki miałam okazję doświadczyć jakże odmiennych form kontaktu pacjent (czyli, że ja) kontra służba zdrowia w osobach: pani rejestratorka, Pan Szanowny Doktor Ortopeda, pani ze sklepu medycznego.
Pani rejestratorka numerku do doktora mi nie da, bo już nie ma. To, że mam złamaną łapkę zaopatrzoną tymczasowo nie jest argumentem. Mam iść do gabinetu i zapytać czy pan doktor łaskawie zechce mnie przyjąć, bo ona doktora nie zmusi przecież. No przecież, że nie, więc idę.
Pan Szanowny Doktor Ortopeda.
Chmurne spojrzenie ciemnych oczu pod marsowym czołem. Zero uśmiechu. Ba! Mina pod tytułem „Czego!?”. Uniżenie, zgięta w pół, z uśmiechem godnym Sophii Loren z czasów młodocianej świetności, wsuwam nieśmiało w uchylone drzwi łepetynę i łapę na szynie, pytam:
– Czy pan doktor zechce mnie przyjąć poza rejestracją, ja ze złama...
– Czekać!!!

To czekam.
A kiedy już weszłam, rzucił ostro:
– Zdjęcie ma?
Miała to dała i usłyszała, to co już wiedziała:
– Złamana. Gips.
– Ale ja nie bardzo mogę gips, panie doktorze... Mam zmiany łuszczycowe, bardzo bym prosiła, jeśli to możliwe o coś innego, boję się jak zachowa się pod gipsem moja skó...
– To stabilizator pani sobie kupi i wróci to założę. Tylko szybko, bo zaraz kończę.
– Ale jaki, panie doktorze?
– Normalny.

Spodziewałam się bardziej precyzyjnego określenia, bo jakoś tak się złożyło, że nigdy nie kupowałam jeszcze stabilizatora i po prostu nie miałam pojęcia czy powinnam znać jakieś parametry.
Kurc galopem z Mążonem pojechaliśmy do sklepu medycznego. Wchodzę, lekko zagubiona, w świat wózków inwalidzkich, kul i innych takich, od których strzeż mnie Boże, i wpadam wprost w ujmujący uśmiech kolejnej osoby dramatu – pani ze sklepu medycznego:
– Pewnie temblak! Zgadłam? – i uśmiech od jednego krańca miasta do drugiego.
– A nie, bo stabilizator.
– To już szukamy! – i znowu uśmiech. Przemiła pani nie dość, że dopasowała mi fachowo świetny stabilizator, udzieliła praktycznych porad, obdarowała uśmiechami i taką zwykłą ludzką życzliwością, to jeszcze...
– Dam pani wniosek, niech lekarz wypełni, to wyślę do Funduszu po refundację.
– To znaczy, że mogę się o to ubiegać?
– pytam zdziwiona.
– Ależ oczywiście – odpowiada pani równie zdziwiona, tylko, że z innego powodu niż ja.
Stabilizator kosztował troszkę ponad stówkę, jeśli jest taka możliwość – to dlaczego mam z tego nie skorzystać?
Hm... ciekawe dlaczego doktor na to nie wpadł...
Wracamy do gabinetu, czekam cierpliwie na swoją kolejkę, a jestem ostatnia, no bo przecież poza magiczną rejestracją. Doktor Pan założył stabilizator – ale mi sztuka!
– Tu są paski – burknął – to sobie pani wyreguluje, żeby nie było, że się pani ściśnie za mocno i potem będzie, że ręka puchnie i wina lekarza!
Obiecałam solennie, że będę regulowała. Po czym miło i uprzejmie mówię:
– Panie doktorze czy byłby pan uprzejmy wypisać mi zlecenie na ów stabilizator, bo wówczas mogłabym się sta...
– Nie. Bo i tak pani nie zrefundują.
– Ale pani w sklepie medycznym twierdziła, że w takich przypadkach Fundusz udziela ref....
– Nie udziela, bo powinien być gips
– sapie doktor zniecierpliwiony.
– Panie doktorze...– ciągnę bardzo spokojna, uniżenie i wielce uprzejmie choć dość stanowczo – ja mimo wszystko bardzo bym prosiła aby pan mi wypisał zlecenie. Może mi się uda. To, że nie chciałam gipsu nie wynika z mojej estetycznej zachcianki. Widzi pan moją skórę.
– Ufhhh... daj mi wniosek
– syczy doktor do pani pielęgniarki.
– Ja już mam druk, panie doktorze, proszę – i podsuwam druczek częściowo uzupełniony przez panią z medycznego. Nawet symbol stabilizatora wpisany.
Doktor tak pacną pieczątką, że chyba się i na biurko przebiła...
No to teraz jestem ciekawa kto będzie miał rację – gburowaty pan doktor czy przemiła pani z medycznego :P
A stabilizator – poezja... Poza tym Mężon użyczył mi swojego granatowego podkoszulka i nawet kolorystycznie jestem wystylizowana, bo stabilizator też w granacie.
Idę sprawdzić co tam w moim ogródku, który mnie tak był załatwił na sześć długich tygodni.

niedziela, 6 maja 2012

Majówka :(

Jeśli gdzieś trwa konkurs na najbardziej pechową majówkę to zgłaszam swój akces, bo:
1. Złamanie nasady dolnej kości promieniowej lewej – taki o mam fikuśny podpis pod klimatyczną czarno–białą fotką fragmentu mojego szkieletu – tak od łokcia po czubki paluszków.
Nie zgodziłam się na gips, bo mam zmiany łuszczycowe na przedramieniu i nie mogę odciąć im tlenu, bidulkom ;) Ortopeda przyjmuje dopiero we wtorek. Ręka czasowo leżakuje na szynie.
2. Mężon w wyniku komplikacji po operacyjnym usuwaniu ósemek, ma pękniętą żuchwę.
3. Kot znowu nawiał do poprzedniego miejsca czasowego zamieszkania. Kocia adopcja na razie ma znamiona mało udanej :( Teraz kocina odsypia nocną eskapadę owinięta wokół moich nóg. Nie wiem jak potoczy się to dalej... Odnoszę wrażenie, że Panterka nie może zaakceptować bliskiej obecności psa...
4. Michał zawadził niechcący o róg kanapy i ma spuchniętego palucha.
– Mamo, czy tobie nie wydaje się zastanawiające, że wszystkie te plagi spadły na nas z chwilą pojawienia się czarnego kota w naszym domu???
A ja sądziłam, że czarny kot pod „strzechą” to pecha raczej odczyni a nie przyciągnie...

Idzie nowy tydzień. Wierzę, że lepszy.

sobota, 5 maja 2012

ofiara

Czarna majówka trwa.
Działając ostro w warzywniku, się wzięłam nie wyrobiłam w ramach balustradki i sruuu wywinęłam poprzez nią spektakularnego orła. Kapelutek co to mnie miał chronić przed słońcem potoczył się w trawę, czerwona sukienka efektownie zatańczyła koło mojej brody – widok musiał być przedni. Finał jest taki, że mam niesprawną lewą rękę – coś rypło w nadgarstku. Spuchło i boli. I dłoń ledwo żywa.
Kota w dzień wyleguje się na kanapie lub bujaku kopernikowskim, zaś w nocy piłuje ryja. Jestem niewyspana co najmniej jak za czasów noworodkowych synków dwóch. Dziś też doszło do konfrontacji: kot – pies. Sytuacja otarła się o ostrze noża. O dziwo kot żyje, a Fafik, okazało się, że jest mocny w gębie – jak to u większości samców różnych gatunków bywa. Panterka wystawiła pazury – a ma się czym pochwalić, zasyczała groźnie, prezentując paszczę pełną ostrych zębów, postawiła irokeza z sierści wzdłuż kręgosłupa, a na koniec zaczęła buczeć jak syrena i Fafik zgłupiał.
Uf. Obyło się bez ofiar.
Wyszło więc, że ofiara tego dnia jest jedna – i nieskromnie przyznam, że jestem nią ja.
Aułaa... boli rączka, boliii...

piątek, 4 maja 2012

Maturalne przepowiednie

– Ja ci mówię, Michał, że będzie „Lalka”!
No i była postawa życiowa jaśnie księżniczki Łęckiej? Była!
Dlatego Michał po powrocie z pisemnego polskiego nieustannie mnie namawiał:
– Mamo puść totka. Przewidziałaś ostatnio kto odpadnie z iksfaktora, teraz pół tematu z polskiego, ja ci mówię – puść totka.
To puściłam.
Poza tym tak jak myślałam – najdłuższa majówka nowoczesnej Europy jest dla nas najgorszą, a to za sprawą szeroko pojętej chirurgii szczękowej w kraju nad Wisłą – pominę szpital, lekarzy itepe itede.

Żółte mlecze rozsypały się w trawie na łące.



I bez buchnął bezmiarem zapachu.



Scrabble w leniwe popołudnie składały się podejrzanie tematycznie.



Majówka.
Jakże inna niż wszystkie dotychczas.
Z Michałem przedmaturalnym.
Z Jędrkiem, który męczy kolejną znielubioną lekturę.
Z kotem co psa się boi.
Z psem co się dziwi jak te głupie ludzie mogli pod swój dach kota wpuścić.
Z aurą jak ze środka gorącego lata. A dziś dodatkowo okraszoną burzliwą burzą...
Z Mężonem cierpiącym dentystycznie.
I ja w tym wszystkim.
Prasująca spodnie w kant i mankiety białej koszuli na sztywno.
Szukająca równowagi gdzieś pomiędzy cierpliwością a empatią.
Miksująca i wyciskająca w poszukiwaniu smaku.
Kota uciszająca, bo nocą miau_miauczy. Psa za uchem tarmosząca, aby nie czuł się odtrącony.
Siejąca, sadząca i podlewająca.
Kończ się majówko, do jasnej cholery kończ...