niedziela, 27 maja 2012

Mamy dzień :)

Aaaale miałam pobudkę – dostałam do łóżka pudroworóżowe, bezkolcowe róże :)
I wcale nie od mężona – współautora mojego macierzyństwa, jakby nie było – tylko od dwóch równie wspaniałych facetów – moich osobistych Synów dwóch :)
A potem usmażyłam jajecznicę z 12 jaj, bo takie było zapotrzebowanie.
W cieniu olch przeczytałam kilkadziesiąt stron książki i wypiłam kawy dwie. Ale stado meszek mnie wygnało z tak pięknych okoliczności przyrody.
Gdzieś pomiędzy spadł deszcz, choć – o dziwo! – nieprzerwanie świeciło słońce.
Ozdobiłam, niemalże jedną ręką butelkę wina dla Asi, bo wybieram się do niej na imieninowe spotkanie.





Posadziłam sadzonki papryki i rozsady astrów – nawet wczesnym latem trzeba pomyśleć o jesieni.
Wskoczyłam pod prysznic z kostką mydła z zieloną herbatą.
Zrobiłam się na buustffo i zaciągnęłam synów dwóch do fotki pamiątkowej ku czci dzisiejszego święta.
Na kolana Michała wtryniła się kota.
Tak minął 26 maja. Czy to był dzień idealny? Dla mnie tak.
Lubię być mamą. Tak zwyczajnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz