sobota, 5 maja 2012

ofiara

Czarna majówka trwa.
Działając ostro w warzywniku, się wzięłam nie wyrobiłam w ramach balustradki i sruuu wywinęłam poprzez nią spektakularnego orła. Kapelutek co to mnie miał chronić przed słońcem potoczył się w trawę, czerwona sukienka efektownie zatańczyła koło mojej brody – widok musiał być przedni. Finał jest taki, że mam niesprawną lewą rękę – coś rypło w nadgarstku. Spuchło i boli. I dłoń ledwo żywa.
Kota w dzień wyleguje się na kanapie lub bujaku kopernikowskim, zaś w nocy piłuje ryja. Jestem niewyspana co najmniej jak za czasów noworodkowych synków dwóch. Dziś też doszło do konfrontacji: kot – pies. Sytuacja otarła się o ostrze noża. O dziwo kot żyje, a Fafik, okazało się, że jest mocny w gębie – jak to u większości samców różnych gatunków bywa. Panterka wystawiła pazury – a ma się czym pochwalić, zasyczała groźnie, prezentując paszczę pełną ostrych zębów, postawiła irokeza z sierści wzdłuż kręgosłupa, a na koniec zaczęła buczeć jak syrena i Fafik zgłupiał.
Uf. Obyło się bez ofiar.
Wyszło więc, że ofiara tego dnia jest jedna – i nieskromnie przyznam, że jestem nią ja.
Aułaa... boli rączka, boliii...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz