środa, 16 maja 2012

Imieniny majowe

Kiedyś, dawno temu, gdy nie czułam tętna ogródka, nie wiedziałam dlaczego prawie corocznie, mniej więcej w połowie maja, spada temperatura i jest zimno. Niby ma to związek z relacjami jakie zachodzą właśnie o tej porze roku między wyżem i niżem barycznym, ale przecież i tak każdy wie, że to wina ICH – zimnych panów ogrodników Pankracego, Serwacego i Bonifacego, których na koniec pogania zimna Zocha.
W tym roku troszkę mniej obawiam się o mój miniaturowy warzywnik, bo z powodu zawiłości losowych, sianie i sadzenie było w nim mocno spóźnione. Mniemam więc, że moje ogórki są bezpieczne i „zimne” towarzystwo im nie zaszkodzi. A to dlatego, że wciąż w postaci nasionek leżakują mniej więcej półtora centymetra pod ziemią. Ciekawe czy zdążą do kiszenia nadrobić ów stracony czas? Hm...

Tuż po „zimnych” imieninach nadchodzą takie, które są mi ciepłe na sercu, bez względu na aurę za oknem: dziś imieniny Jędrzeja. Nasz młodszy syn alergicznie reaguje gdy ktoś myli jego imię i zwraca się doń Andrzej. Niestety w świadomości społecznej mocno zakorzeniony jest fakt, że imię Jędrzej jest jednym z wariantów imienia Andrzej, szczególnie zdrobnienie Jędrek odnosi się do obu. Czasami dochodzi do pomyłek, których Jędrek nie trawi. Kiedy otrzymał w szkole dyplom za udział w jakimś konkursie, wypisany imieniem „Andrzej”, miast umieścić go w segregatorze ze świadectwami i wszelkimi okolicznościowymi „laudacjami”, dyplom ów wylądował gdzieś pod biurkiem. Świadomie na dzień jego imienin wybraliśmy odległą od andrzejek datę majową.
Menu imieninowe skromne, dostosowane do niegryzącego taty: puszysty sernik na biszkopcie z galaretką i spaghetti napoli z tycim tyciunim makaronem, voila!

Marko, który bezczynności nie znosi, w kilka chwil deszczowego, majowego popołudnia zbił kompostownik z drewnianych palet. Stanął między dwiema olchami i młodymi krzakami czarnego bzu. Idealne miejsce dla dojrzewania domowego kompostu. Bardzo takie cudo przydaje się, bo na co dzień czteroosobowy dom, początkujący ogródek no i zwierzątka domowe produkują sporo „śmieci” organicznych. Szkoda by lądowało to w koszu, choćby i segregacyjnym. Kompostownik mieliśmy w czasach blokowych w naszym ogródku działkowym, więc teraz gdy mieszkamy w domku odczuwałam jego brak jakby bardziej. Fafik sceptycznie nową budowlę obwąchał – wyrosła bowiem na jego typowej trasie security patrol – pod płotem od strony pastwiska. Kiedy podniósł tylną łapę i centralnie oblał zachodni narożnik kompostownika – wiedziałam, że budowla uzyskała jego akceptację.

Gorzej z akceptacją dla kota. Tym bardziej, że Pantera jest już bardziej pewna i nie chowa się pod łóżkami i w garderobie na widok Fafika. Kiedy pies jest w pobliżu, zastyga w postawie gotowej do ataku, puszy sierść, w każdej chwili gotowa wysunąć potężne jak na tak małą kociczkę, pazury i włącza buczenie niczym dorodna krowa. Nigdy nie miałam większego kontaktu z kotami, wiedziałam, że kot miauczy, mruczy, ale buczy?! Fafik też robi okrągłe oczy i obchodzi kota z daleka, choć nieustannie jest w kręgu jego zainteresowań.



Pada. Majowy deszczyk, a zimny jak diabli, psia mać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz