piątek, 18 maja 2012

Szkoła (nie)moja

W ramach rodzicielskiego dyżuru maturalnego, miałam okazję pospacerować spokojnie po szkolnych korytarzach ogólniaka mojego syna, a właściwie... „mojego” ogólniaka. Przez ostatnie 3 lata to tylko wpadałam tam na michałowe wywiadówki, tak jak kiedyś wpadała tu moja mama i mój tato na moje. W głowie się nie mieści, że blisko 20 lat temu, to ja wśród tych samych ścian oczekiwałam na kolejne egzaminy...
Szkoła troszkę się zmieniła, ale nie aż tak bym w jej w zakamarkach nie odnalazła swojej historii... I chociaż „moja” sala od „polaka”, w której przez cztery lata siedziałam pod oknem w trzeciej ławce z Grażynką (przed nami chłopcy, a za nami Iza i Asiek) została przemieniona na jakąś inną, to i tak szkolne korytarze nagle zapełniły się uczniami sprzed lat...
Na półpiętrze gdzie jest wielkie okno–witryna już nie można posiedzieć na parapecie, bo okno w ramach aktualnych standardów BHP zyskało ochronną balustradkę. Ech, taaakie miejsce, tak stracone dla koleżeńskich obserwacji przystojnych kolegów i (kajam się) złośliwego obsmarowywania mniej lubianych koleżanek. Ale nadal można przycupnąć na schodach ostatniego półpiętra, gdzie ruchu nie ma, bo wyżej jest tylko zamknięte na głucho wejście na tajemniczy szkolny strych. Idealna atmosfera na powierzanie najtajniejszych sekretów, opłakiwanie nieszczęśliwych miłości i straconych przyjaźni. To znaczy „za moich” licealnych czasów tak było, a czy teraz? Nie wiem... Szatnia – wciąż ciemna, ale czy nadal niezawodna w dekowaniu się przed niechcianą lekcją? W toaletach nie czuć papierosów – ponoć teraz młodzież chodzi palić za szkołę ;)
Weszłam też do części bocznego korytarza, w którym podczas mojej studniówki nasza klasa miała swoje miejsca za stołami (tak, tak – kiedyś studniówki organizowało się na terenie szkoły) i... O! zdziwienie – nie ma korytarzyka, jest przepierzenie, a za nim dodatkowa sala...
Kiedy wychodziłam przez wielkie, dawniej ciężkie i drewniane drzwi, a dziś już wymienione na lekkie i plastikowe, przypomniałam sobie jak po odebraniu świadectwa maturalnego zarzekałam się: „nareszcie koniec tej głupiej szkoły, nareszcie ostatni raz przekraczam jej próg!”. To samo powtarza teraz Michał. Nawet nie wie, tak jak i ja nie wiedziałam, że nadejdzie taki czas, gdy inaczej spojrzy na to miejsce i inne emocje będą mu w tych wspomnieniach towarzyszyły...
Ale do tego potrzebny jest czas, takie prawo każdego człowieka.

Maj uwielbiam za bez, niezapominajki, konwalie, kwitnące kasztany, wiśnie, jabłonie, eksplozję zieleni i roztrajkotane ptactwo. A pomiędzy tymi kolorami, dźwiękami i zapachami przemykają odświętnie podekscytowani maturzyści i równie odświętnie ubrane dzieci pierwszokomunijne.

Maj jest taki soczysty, zielony, biały, niebieski, żółty, pachnący, rozćwierkany...
Piekny jest maj.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz