środa, 9 maja 2012

Przychodzi baba tym razem do ortopedy

Znaleźliśmy sposób na kociego wyjca nocnego. Panterka nocuje w... garażu. Ma kącik dla siebie – z legowiskiem, stołówką i kocią toaletką. O dziwo – tam nie wyśpiewuje kocich arii, a my mamy spokojne noce. Dopóki nie przyzwyczai się do nowego miejsca i nie ogarnie sytuacji z psem, a pies z nią, nie znajdujemy lepszego rozwiązania. A w garażu jej się podoba, ma tam sporo do zwiedzania, schowków, półek do skakania. Nie nudzi się. Rano chętnie biegnie do domku, gdzie spędza cały dzień.

* * *
Za sprawą złamanej ręki miałam okazję doświadczyć jakże odmiennych form kontaktu pacjent (czyli, że ja) kontra służba zdrowia w osobach: pani rejestratorka, Pan Szanowny Doktor Ortopeda, pani ze sklepu medycznego.
Pani rejestratorka numerku do doktora mi nie da, bo już nie ma. To, że mam złamaną łapkę zaopatrzoną tymczasowo nie jest argumentem. Mam iść do gabinetu i zapytać czy pan doktor łaskawie zechce mnie przyjąć, bo ona doktora nie zmusi przecież. No przecież, że nie, więc idę.
Pan Szanowny Doktor Ortopeda.
Chmurne spojrzenie ciemnych oczu pod marsowym czołem. Zero uśmiechu. Ba! Mina pod tytułem „Czego!?”. Uniżenie, zgięta w pół, z uśmiechem godnym Sophii Loren z czasów młodocianej świetności, wsuwam nieśmiało w uchylone drzwi łepetynę i łapę na szynie, pytam:
– Czy pan doktor zechce mnie przyjąć poza rejestracją, ja ze złama...
– Czekać!!!

To czekam.
A kiedy już weszłam, rzucił ostro:
– Zdjęcie ma?
Miała to dała i usłyszała, to co już wiedziała:
– Złamana. Gips.
– Ale ja nie bardzo mogę gips, panie doktorze... Mam zmiany łuszczycowe, bardzo bym prosiła, jeśli to możliwe o coś innego, boję się jak zachowa się pod gipsem moja skó...
– To stabilizator pani sobie kupi i wróci to założę. Tylko szybko, bo zaraz kończę.
– Ale jaki, panie doktorze?
– Normalny.

Spodziewałam się bardziej precyzyjnego określenia, bo jakoś tak się złożyło, że nigdy nie kupowałam jeszcze stabilizatora i po prostu nie miałam pojęcia czy powinnam znać jakieś parametry.
Kurc galopem z Mążonem pojechaliśmy do sklepu medycznego. Wchodzę, lekko zagubiona, w świat wózków inwalidzkich, kul i innych takich, od których strzeż mnie Boże, i wpadam wprost w ujmujący uśmiech kolejnej osoby dramatu – pani ze sklepu medycznego:
– Pewnie temblak! Zgadłam? – i uśmiech od jednego krańca miasta do drugiego.
– A nie, bo stabilizator.
– To już szukamy! – i znowu uśmiech. Przemiła pani nie dość, że dopasowała mi fachowo świetny stabilizator, udzieliła praktycznych porad, obdarowała uśmiechami i taką zwykłą ludzką życzliwością, to jeszcze...
– Dam pani wniosek, niech lekarz wypełni, to wyślę do Funduszu po refundację.
– To znaczy, że mogę się o to ubiegać?
– pytam zdziwiona.
– Ależ oczywiście – odpowiada pani równie zdziwiona, tylko, że z innego powodu niż ja.
Stabilizator kosztował troszkę ponad stówkę, jeśli jest taka możliwość – to dlaczego mam z tego nie skorzystać?
Hm... ciekawe dlaczego doktor na to nie wpadł...
Wracamy do gabinetu, czekam cierpliwie na swoją kolejkę, a jestem ostatnia, no bo przecież poza magiczną rejestracją. Doktor Pan założył stabilizator – ale mi sztuka!
– Tu są paski – burknął – to sobie pani wyreguluje, żeby nie było, że się pani ściśnie za mocno i potem będzie, że ręka puchnie i wina lekarza!
Obiecałam solennie, że będę regulowała. Po czym miło i uprzejmie mówię:
– Panie doktorze czy byłby pan uprzejmy wypisać mi zlecenie na ów stabilizator, bo wówczas mogłabym się sta...
– Nie. Bo i tak pani nie zrefundują.
– Ale pani w sklepie medycznym twierdziła, że w takich przypadkach Fundusz udziela ref....
– Nie udziela, bo powinien być gips
– sapie doktor zniecierpliwiony.
– Panie doktorze...– ciągnę bardzo spokojna, uniżenie i wielce uprzejmie choć dość stanowczo – ja mimo wszystko bardzo bym prosiła aby pan mi wypisał zlecenie. Może mi się uda. To, że nie chciałam gipsu nie wynika z mojej estetycznej zachcianki. Widzi pan moją skórę.
– Ufhhh... daj mi wniosek
– syczy doktor do pani pielęgniarki.
– Ja już mam druk, panie doktorze, proszę – i podsuwam druczek częściowo uzupełniony przez panią z medycznego. Nawet symbol stabilizatora wpisany.
Doktor tak pacną pieczątką, że chyba się i na biurko przebiła...
No to teraz jestem ciekawa kto będzie miał rację – gburowaty pan doktor czy przemiła pani z medycznego :P
A stabilizator – poezja... Poza tym Mężon użyczył mi swojego granatowego podkoszulka i nawet kolorystycznie jestem wystylizowana, bo stabilizator też w granacie.
Idę sprawdzić co tam w moim ogródku, który mnie tak był załatwił na sześć długich tygodni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz