wtorek, 26 czerwca 2012

Dzień dobry!

Dzień nafaszerowany zobowiązaniami, zapowiadał się nerwowo. Niestety, wyprawy do stolicy tak na mnie działają – kiedy mi to minie? I czy w ogóle...
Ale, ALE, ALEEEee... jak to w kabarecie mawiają, nie było tak źle jak to sobie na zaś w mózgownicy poukładałam.
Bo:
– Nie zakorkowaliśmy się w Kołbieli – 20 minut do przodu.
– Wbrew moim obawom, Szanowny Pan Fachowiec, z którym byliśmy umówieni w warszawskim mieszkaniu, przyjechał o czasie a nawet przed, więc znowu jakieś 30 minut do przodu.
W związku z zaoszczędzoną godziną odwiedziliśmy w DUŻYM sklepie EMPIK. Kilka zakupów było zaplanowanych – w tym najważniejszy, dla synów – miesięcznik MVP – bez, którego nie potrafią żyć, a którego w osiedlowym kiosku niet. Nooo aaa, żee poo sąsieedzku był pewien sklep odzieżowy, szczególnie przeze mnie lubiany, bo posiada rozmiarówkę ciut większą niż tylko XS, czyli jakby bardziej dla mnie dostępną, żal było nie wstąpić. Poza tym wiadomo: SALE, WYPRZEDAŻE, ceny tniemy 50% i inne mamienie oczu zrobiło swoje, wyprało mi mózg i leciutko konto. Zakupiłam byłam cud–miód malina tunikę zalet wszelakich: tuszuje co ma tuszować, czyli moją tuszę hm, hm (ale biegam, biegam, więc się może tusza sama wytuszuje) i co ważniejsze – jest leciutka jak obłoczek i posiada długie rękawy – garderobiany akcent dla osoby chorej na łuszczycę :( szczególnie pożądany.
Banał – zakup choćby niewielki i już się człowiekowi światopogląd prostuje. A jeszcze współwłaściciel konta rzekł:
– Ładnie wyglądasz – to czego chcieć więcej?
W miasteczku zielonym tak, że wcale nie czuć tuż, tuż dyszącej spaliną, zakorkowanej Warszawy, zatrzymaliśmy się w popularnym markecie po żarełko dla kota i parę innych gadżetów kibica (u nas wciąż EURO na topie). Gdzieś obok półki z makaronami, mijam piękną, pastelowo ubraną Kobietę w kapeluszu, która przykuwa mój wzrok i uwagę niepodzielnie. Każe mi się uśmiechać, każe mi przystanąć i rzec:
– Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale po prostu muszę Pani powiedzieć dzień dobry!
– To proszę mówić, przecież za to nie ma co przepraszać – głos dźwięczny, uśmiechnięty, słoneczny, cieplutki, taki, jakim znam go z ekranu.
Więc mogę się pochwalić: spotkałam dziś w sklepie Panią Emilię Krakowską i powiedziałyśmy sobie dzień dobry!
Aktorka ma chyba wbudowany akumulator dobrych emocji, bo dłuuugo jeszcze uśmiechałam się, ciesząc się z tego nic nie znaczącego przecież, przypadkowego spotkania :)
W dodatku w drodze powrotnej w Kołbieli znowu nie było korka!
Niestety jutro czeka nas trudny dzień – koteczka rano ma umówiony zabieg sterylizacji...

sobota, 23 czerwca 2012

Ignorować czy walczyć?

W drodze do pracy wkurzyła mnie ludzka głupota. Zgryźliwe usiłowanie narzucenia swoich „mądrości życiowych” jako jedynie słusznych. Mniejsza o konkrety. Nie ważne o co poszło. Ważny sens: głupota rządzi.

Aż sobie popatrzyłam w „mądrą” Wiki co też ona rozumie pod pojęciem głupoty. I coś mi się wydaje, że chyba najbardziej irytująca jest głupota tzw. teoretyczna: czyli „przekonanie o posiadaniu wiedzy, której w rzeczywistości się nie posiada”.

Ludziom trudno jest rzec: nie wiem, tego nie umiem. Są tacy, którzy potrafią stać przy samolocie i uparcie twierdzić, że to okręt, bo oni przecież wiedzą lepiej!

Nabuzowana i kipiąca emocjami, w wejściu do firmy spotkałam kolegę, z którym lubimy czasami pogadać o życiu i starych polakach, jak to mawiają. Kolega widzi żem wnerwiona w skali od 1 do 10, noo... gdzieś na 8, więc zagarnia mnie do siebie.
– Mów, co jest – więc mówię.
Wysłuchał, bo umie, jak na faceta zadziwiająco dobrze słuchać. Kiedy już wywlekłam całą sytuację, spuentowałam:
– Głupota jest głośna sprawiając tym samym wrażenie, że jest prawdziwa. Wkurza mnie to, i wkurza mnie, że nie potrafię temu powiedzieć stop. Na swoim małym, mikro poletku! Nie chodzi mi o nic w skali makro, chodzi o mnie, że nie potrafię powiedzieć wprost: STOP.
– A wiesz – rzekł kolega zamyślony – że ja do takiego samego wniosku doszedłem już dawno. Ale powiem ci, że nie powinno się pozwalać aby takie emocje zadomawiały się w człowieku. Zobacz, szłaś tu do pracy, wkoło piękny świat, a w tobie kiełkowało już to, co ta głupota innych w tobie zasiała. Jak się temu będziesz poddawała, to za kilka lat staniesz się zgorzkniałą kobietą. Nie będziesz potrafiła swobodnie zaczerpnąć powietrza, bo będzie spinała cię złość. Złość na wszystko.
– A co ty mi tu taką psychoanalizę uskuteczniasz? – patrzę na kolegę spod oka, ale... No jasne! To takie proste! Głupota była, jest i niestety pewnie będzie. Świata od głupoty nie zbawimy, ale jednostkowo możemy ją utylizować – tylko jak?
– Ignorować?
– No tak, ale wychodzi na to, że pozwalamy jej jednak krzyczeć –
wyszło na moje.
– Czyli, że jednak będziesz zgorzkniałą babą – wyszło na jego.
Pośmialiśmy się, bo co nam zostało.
Kontynuując niejako seans psychologiczny, przypomniałam sobie o moim poranku, o spacerze z psem nad rzekę. O wietrze, który stargał mi włosy, a Fafikowi podsuwał pod nos coraz to inne tropy. O żabie, z którą Fafik chciał się zaprzyjaźnić, ale jakoś uratowałam jej życie. O niezapominajkach, bo dopiero odkryłam, że rosną tak bardzo blisko naszego domu.
– O widzisz, i takie chwile warte są zapamiętania i pielęgnowania. – A iiidź ty, psychoanalityku domorosły! – i wciąż śmiejąc się rozeszliśmy się do swoich obowiązków, życząc sobie miłego dnia, miłego łykendu i generalnie aby miło było. O!
Z mądrym to i dobrze pogadać – jak to mówią.

Upał zelżał. Nad Ziemią chmury, nad chmurami Słońce, a nad tym wszystkim gdzieś wysoko Niebo, czy jak kto woli Kosmos. Więc czym tu się przejmować, toż to li tylko drobinki ludzkiej niedoskonałości.

Idę pobiegać :)

środa, 20 czerwca 2012

Biegnę i myślę

Rok 2012 prawie na półmetku, więc czas najwyższy zacząć realizować noworoczne postanowienia. Od kilkunastu dni znowu biegam. Czasami z Michałem, czasami z Anią, raz z Markiem, ale on mnie stresuje bo biega 10 razy szybciej niż ja i w dodatku nie ma zadyszki. A dziś pobiegłam sobie sama. Bo bardzo chciało mi się biec, a żadnemu z mych kompanów nie, poza tym chciało mi się przemyśleć to i tamto.

Otrzymałam wreszcie do rąk własnych zaświadczenie od pana doktora ortopedy, że:
„Po zakończonym leczeniu ortopedycznym i po zwolnieniu L4 zdolna do pracy z dniem...”.
I właśnie z tymże dniem dzisiejszym pomknęłam do pracy pełna energii, sił i chęci działania, a tu kurden blaszka, nie dość, że mi kilka osób podniosło niepotrzebnie ciśnienie, to jeszcze odkryłam, że wszyscy już w blokach startowych ale... do lata. Na szczęście mam zakontraktowaną pracę wakacyjną, więc bezczynność mi nie zagraża – pewnie jeszcze nie raz ponarzekam.

Myślę sobie, że ten czas „darowany” mi z okazji złamanej ręki, to ja bezczelnie zmarnowałam, rozmieniłam na drobne i nic sensownego z tego mi się wyszło. Niby jedna niesprawna ręka narzuca jakieś ograniczenia, no ale nie w temacie rozwoju duchowego i intelektualnego, a te właśnie zaniedbałam byłam, oj bardzo. Ale trudno – widocznie tak było mi pisane – zrobić przeciąg w szarych komórkach.

Chyba nadszedł moment, kiedy mogę powiedzieć, że adopcja Kiciory udała się. Pantera ma zaliczonych kilka epizodów pod tytułem „poszła w tango”, ale już teraz wraca do nas, a nie do Marci, gdzie poprzednio nielegalnie pomieszkiwała pod tarasem. Nocuje już w domu, bo nagle przestala nocami zawodzić i nie wynosimy jej do garażu, choć nadal lubi się tam skryć czasami. Jak to kot.
Miło jednak kiedy daje odczuć, że nasz dom jest też jej, chociaż nie należy do kotów przytulaśnych – raczej okazuje nam wyniosłą obojętność. Gorzej, że tak samo traktuje Fafika. A tego jego psia duma znieść nie może. Pantera szybko zorientowała się kiedy pies jej nie zagraża i generalnie to może jej naskoczyć – gdy jest trzymany na smyczy albo siedzi za oknem tarasowym z nosem rozmaślonym na szybie lub jest zamknięty przy swojej budzie. Ona wówczas rozsiada się w zasięgu jego wzroku – na tarasie albo w grządkach między bratkami a rzodkiewką i patrząc zielonymi oczami prosto w jego psi nos, nieśpiesznie majta czarnym ogonem raz w lewo, raz w prawo, i raz hakiem w górę. Fafik się wnerwia, a w jego pysku czai się jedno: „niech no ja cię tylko dorwę, czarny śmierdziuchu!”. Ale, gdy czasami zdarzy się, że może ją jednak dorwać, to kładzie uszyska po sobie, robi takiego kłapciatego zająca i z nosem przy ziemi pryska w bok, udając, że kota nie widzi, nie czuje i nie słyszy. Kocie pazury i kły stoją na przeszkodzie jego zapędom konsumpcyjnym względem Panterki.



Mija czas mojego biegowego treningu. Łąki pachną skoszonym sianem. W dali, pomiędzy drzewami widzę swój dom.
W warzywniku, na liściach fasolki rozsiadła się biedronka.



Sałata natychmiast do konsumpcji.



I róża, która miała być żółta zakwitła chyba jakoś tak... niezbyt żółto.

wtorek, 19 czerwca 2012

8 kilo truskawek i tysiąc spraw

Co mnie podkusiło aby zamówić na raz 8 kilo truskawek z ekologicznego pola rodziny Asi? Może właśnie ta ekologia? Fakt – truskawki aromatyczne, drobne, jak to kiedyś u Babci Leokadii na wsi było, krwisto czerwone, słodkie i smakowo bliskie poziomkom... mniam.
No to może nie ma co narzekać? Dżemiki truskawkowe zawekowane stoją cierpliwie w kartonie w oczekiwaniu na transport do piwniczki. Poza tym kilka słoiczków kompotów i kilka woreczków mrożonek. Juhu!
A gdzieś miedzy jedną zakrętką, a dwunastym słoiczkiem i sto czterdziestą siódmą szypułką było:
– szczepienie kota,
– upał i prysznic,
– prześwietlenie mej rączki, bo ponieważ gdyż kończy się mi zwolnionko i WRESZCIE wracam do pracki,
– nerwy pod bankomatem, bo Marko po raz pierwszy w życiu dostał amnezji – wypłacił kasę, wyciągnął kartę i... poszedł. A kiedy się ocknął i w te pędy wrócił – kasy nie było. Mamy nadzieję, że naszą kasę pożarł z powrotem bankomat, a nie ten pan co przechodził nieopodal. Się okaże we środę. Kiedy bank będzie miał raporty historii czy historię raportów – za bardzo z nerwów nie zrozumiałam co miła pani z banku mi mówiła. Zaś konto internetowe wykazuje zagadkowe informacje o zawieszonej w próżni gotówce. Trzeba czekać i mieć nadzieję, yh.
– upał i prysznic,
– szykowanie terenu pod ogrodzenie – tak, tak, wiem, że miało być wczesną wiosną, ale jedna firma zrobiła nas w bambuko a druga dopiero teraz miała termin. Ale to dłuższa opowieść,
– upał i prysznic, i żaby znowu się rozgadały,
– i jak to w życiu – tysiąc pińcet sto dziwińcet spraw mniejszych, większych lub też całkiem bezsensownych, za sprawą niestety... ludzi. Bo ludzie lubią komplikować rzeczy proste i oczywiste,
– upał i prysznic, i lampka wina,
– i jak ta maciejka pachnie, mmm...

niedziela, 17 czerwca 2012

Krecik pożarł Reksia

No niestety, Krecik pożarł Reksia. To Czesi a nie Polacy zagrają dalej w „naszym” EURO. Nie tak miało być, ale cóż robić. Mężon pogrążony chwilowo w żałobie.
Pogoda piękna. W sam raz na rowerową wycieczkę. A „w teczkę” zabieram taki o przysmak, voila:



W necie pełno przepisów na domowe batoniki musli, a u mnie zrobiły się tak:
Do puszki gotowego kajmaku (ale można też na bazie mleka skondensowanego) dodałam garstkę żytnich płatków i garstkę ziaren słonecznika. Poza tym posiekane z lekka orzechy, migdały, rodzynki, żurawinę. Czyli to co akurat miałam w domu, bo można dodać inne bakalie, ziarna, które się lubi.
Wszystko dokładnie wymieszać, ma być gęęęste. Dlatego jeśli robimy na bazie mleka skondensowanego – składników musi być naprawdę dużo, aby powstała zwarta masa. Rozprowadzić równomiernie na grubość spodziewanego batonika, na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.
Piekarnik nastawiamy na niską temperaturę – 150/160 stopni i wypiekamy około 40 minut.
Po wystygnięciu kroimy na batoniki – wielkość jaka tam nam pasuje i już.
Gotowe batoniki można pozawijać w folię i schłodzić w lodówce.

piątek, 15 czerwca 2012

Krakowianka jedna

Z szerokiej deszczownicy spadał na mnie orzeźwiający strumień porannego prysznica, gdy usłyszałam natarczywy głos Marko:
– Niuśka, Tereska!
– Powiedz, że odzwonię za chwilę – odkrzyknęłam, delektując się spokojnie nowym mydłem lawendowym. No bo przecież według mego rozeznania, Tereska właśnie mniej więcej o tej godzinie miała wyruszać z Krakowa, by dojechać do nas na późną południową kawę. Z całą pewnością nie mogło być jej w tym momencie na ścieżce prowadzącej do naszego domku. A jednak...
– Ale ona idzie, nie dzwoni!
Tak właśnie zaanonsowano mi naszego porannego gościa.
Śniadanie zjedliśmy więc z Tereską. Wyrobić się trzysta kilometrów na śniadanie – to naprawdę tylko ona potrafi.
Obgadaliśmy bieżące sprawy towarzysko–rodzinne, a potem to już wiadomo – temat wiodący, czyli biało–czerwone kibicowanie, bo Tereska to jest kibic sportowy pierwsza woda. Celowo piszę sportowy, a nie piłkarski, bo interesuje ją KAŻDA dziedzina sportu i każdej zaciekle kibicuje.
Tereska odebrała zrobione przeze mnie weselne ozdóbki nabutelkowe, bo śniadanie to zjadła z nami, ale obiadować to już zamierzała w Toruniu, gdzie pomykała na weselicho. Młoda para zażyczyła sobie, obecnym zwyczajem, miast kwiatków – butelki wina, więc by się tereskowe wyróżniały, otrzymały kubraczki subtelnie nawiązujące do tego co w życiu małżeńskim ważne: miłość, którą symbolizują serduszka dwa, i rodzina, której symbolem jest tutaj dom z wierzbą, w otulinie powiedzmy, że gwiazdek z nieba. O proszę, jak piękną interpretację własnego działa poczyniłam :)





A teraz spadam dalej pracować artystycznie, bo po niemocy twórczej spowodowanej złamaną ręką – wenę mam :)
I lawenda obrodziła, choć czerwiec zimnawy...

niedziela, 10 czerwca 2012

Bransoletka z ideą

Publikuję poniżej artykuł mojego autorstwa, który ukazał się w 8. numerze InfoPsoriasis – biuletynu wydawanego przez Ogólnopolskie Stowarzyszenie Chorych na Łuszczycę „Psoriasis”. Zapraszam do lektury całego numeru: InfoPsoriasis

Bransoletka z ideą

Od dłuższego czasu obserwuje się modę na silikonowe, kolorowe bransoletki. Ta specyficzna biżuteria służy najczęściej wyrażaniu własnych poglądów, sygnalizowaniu swojego poparcia dla określonych idei, przekazywaniu treści ważnych w kontekście społecznym. Wszystko zaczęło się od światowej sławy kolarza, Lance´a Armstronga. Po wygranej walce z nowotworem, zaangażował się w kampanię Livestrong, w której po raz pierwszy na tak dużą skalę wykorzystano silikonową opaskę. Została ona stworzona w celu zebrania funduszy na badania związane z leczeniem chorób nowotworowych oraz promocji zdrowego trybu życia. Żółty kolor opaski jest odwołaniem do koszulki lidera wyścigu Tour de France. Dzięki szerokiej kampanii reklamowej udało się zbudować społeczną świadomość wokół akcji, której symbolem stała się właśnie silikonowa, żółta bransoletka zakładana na nadgarstek.
Od tego czasu, ten niedrogi w produkcji gadżet, jest używany w wielu przedsięwzięciach społecznych na całym świecie, zarówno charytatywnych jak i popularyzujących, świadomościowych czy informacyjnych. Dzięki szeroko nagłaśnianym działaniom rozpoznawalna jest wymowa między innymi opasek: Stand Up Speak Up – dwie złączone opaski czarna i biała jako symbol protestu wobec rasizmu, czerwona – solidarność z osobami chorymi na serce, ale także AIDS (bądź zarażonymi wirusem HIV), biała – jako wyraz poparcia dla pokoju na świecie oraz prawa do życia nienarodzonych dzieci.
Stosunkowo łatwa dostępność silikonowych bransoletek spowodowała, że każdy może zamówić tak zwaną spersonalizowaną – z własnym tekstem, mottem dla siebie ważnym. Popularne też stały się opaski medyczne – z informacjami o grupie krwi czy posiadanej alergii, itp.
Pomysł noszenia opaski silikonowej z napisem „Łuszczycą się nie zarazisz” zrodził się na Forum Psoriasis dzięki jednemu z użytkowników – Pawełkowi. Od początku inicjatywa zdobyła wielu zwolenników, choć oczywiście dało się słyszeć też głosy sceptyczne, mówiące o niepotrzebnym stygmatyzowaniu chorych. Jednakże przeważały opinie aprobujące.
Ponieważ w idei noszenia silikonowych opasek ogromne znaczenie ma ich kolor, przeprowadzono sondę na ten temat wśród forumowiczów. Padały różne propozycje (między innymi purpurowa, czerwona, pomarańczowa), a niewielką przewagę głosów zdobyła bransoletka w kolorze cielistym. Kolor cielisty kojarzy się większości osób ze zdrową, gładką skórą, o jakiej każdy chory na łuszczycę marzy.
Noszenie takiej opaski mogłoby być rozpropagowane jako symbol jedności i wsparcia dla osób chorych na łuszczycę. Jednocześnie opaska byłaby wyrazem informacji: „Łuszczycą się nie zarazisz”. To czy uda się spopularyzować „łuszczycową silikonkę” i, co najistotniejsze w całej sprawie, jej znaczenie: chorzy na łuszczycę nie zarażają i nie stanowią zagrożenia ani zdrowotnego ani higienicznego dla swojego otoczenia, w dużej mierze zależy od środowiska ludzi chorych na tą chorobę. Póki co niezbędne jest szerokie nagłośnienie pomysłu, włączenie do niego ludzi chorych. W dobie serwisów społecznościowych nie wydaje się to takie trudne. Idealnie byłoby znaleźć sponsora, który wsparłby finansowo wyprodukowanie opasek, tak aby można je było rozprowadzać bezpłatnie w ramach działań realizowanych przez różne środowiska i organizacje pacjentów cierpiących na łuszczycę. Do World Psoriasis Day, który przypada 29 października, pozostało jeszcze kilka miesięcy.
Może do tego czasu uda się pomysł sfinalizować!

czwartek, 7 czerwca 2012

EuroTrawnik

Kiedy 5 lat temu Polska oszalała na wieść, że oto „mamy EURO 2012”, pomyślałam od razu: kurczeeee co mi tam Euro, kiedy to będzie rok matury Michała, Jędrek będzie kończył podstawówkę..., czy już będziemy mieszkać w nowym domu, który wówczas jeszcze nie miał nawet fundamentów? A zresztą, jak to jeszcze daleeeko. Ten cały 2012...
No i proszę – oto „nadejszło” ;) Od jutra rusza nasza domowa strefa kibica. Mecz otwarcia oglądamy z przyjaciółmi na ogromnym ekranie z rzutnika multimedialnego. Się będzie działo.
No i wreszcie kończyna na naszym pseudotrawniku na coś się przydała, czyli jak to Mareckiego poniosła wyobraźnia:



Kicior znowu poszedł w długą. O dziwo, kiedy już planowałam wyjazd do schroniska po jakiegoś maluśkiego koteczka, Panterka, jakby nigdy nic wkroczyła dostojnym krokiem do salonu, z wysoko zadartym ogonem, a na pysku miała wymalowane zadziwienie: „ale o co właściwie wam chodzi?”. Nie było jej ponad dobę. Kot jest tak inny niż pies... Wciąż się tego uczę.

niedziela, 3 czerwca 2012

Barwy niezwyciężone!

Biaaało czerwoneee!!! To barwy nieeezwyciężone!
Pierwszy raz byłam na meczu piłkarskim na stadionie. Oj, były emocje. Nie będę odkrywcza jeśli powiem, że to całkiem co innego niż w telewizorni. Na początku brakowało mi... głosu komentatora, ale zdecydowanie darcie japy w roli kibica jest bardziej emocjonujące :) Nie wspomnę o uczuciu jakie towarzyszy człowiekowi przy Hymnie.
Z piłkarzy zdecydowanie największe wrażenie zrobił na mnie... nasz bramkarz Szczęsny :) Stał sobie głównie, czasami przykucnął, pooglądał kolegów z pespektywy bramki i... właśnie tak zarabia się wieeeelką kasę :) Fajnie mu :)
Zadziwiło mnie też jak sprawnie opuszcza się po meczu, taki duży i zapełniony stadion.
A tymczasem biało–czerwony narodowy czeka w gotowości bojowej na to co będzie za tydzień.
A co będzie?
Jak to co?
Kto wygra mecz?
POLSKA!
Kto?
POLSKA!!
Kto???
POLSKA!!!POLSKA!!!POLSKA!!!

...i kilka fotek:
Mecz Polska–Andora 2 czerwca 2012
...i dwa filmiki:
Stadion śpiewa Hymn:

Hymn Polska – Andora 2012

Kuba Błaszczykowski strzela 3–go gola :)

Kuba strzela 3 gola – Polska–Andora 2012

piątek, 1 czerwca 2012

Niespodzianka

Lubię sprawiać niespodzianki. A niewątpliwie miło było patrzeć na szeroko rozdziawione oczy chłopaków, kiedy rozpakowali prezent z okazji Dnia Dziecka od, jak to się drzewiej mówiło, łojców, czyli nas. Bilety na mecz polskiej reprezentacji z Andorą, tydzień przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Niestety nie udało się nam wylosować prawa do zakupu biletów na same rozgrywki EURO, a na ceny czarnorynkowe to nas nie stać – toż my przeciętna, polska rodzina. W dodatku ostatnio przychówek się nam powiększył, wszak do psa doszła kota, trzeba to wszystko utrzymać :) Szkoda, że nie możemy tak jak panowie posłowie, po prostu zamówić potrzebną dla siebie ilość biletów w Ministerstwie Sportu... Nie dla psa kiełbasa, nie dla szarego obywatela takie luksusy. Dlatego pooglądamy sobie „orłów” Smudy jutro na Łazienkowskiej – jedno jest pewne – gole z tą Andorą to będą na pewno :) Kolorowe czapki zakupione, flaga biało–czerwona wyciągnięta ze skrzyni i wyprasowana.

Poolskaaaaaaaaaabiałooczeerwooni!



Acha – bardzo podoba mi się polityka pro feministyczna pezetpeenu – bilety na mecz dla kobitek z 25% zniżką. Tym sposobem jutrzejszą kawę w mej ulubionej warszawskiej kafejce stawia mi prezes Lato. A mężon na to jak na lato :)

Jutro zaśpiewamy więc:
„Dzisiaj jest mecz
Idziemy na mecz
Dziś polski orzeł zawalczy jak lew”




Szkoda, że ta piosenka Wilków nie została hymnem naszej reprezentacji...