piątek, 15 czerwca 2012

Krakowianka jedna

Z szerokiej deszczownicy spadał na mnie orzeźwiający strumień porannego prysznica, gdy usłyszałam natarczywy głos Marko:
– Niuśka, Tereska!
– Powiedz, że odzwonię za chwilę – odkrzyknęłam, delektując się spokojnie nowym mydłem lawendowym. No bo przecież według mego rozeznania, Tereska właśnie mniej więcej o tej godzinie miała wyruszać z Krakowa, by dojechać do nas na późną południową kawę. Z całą pewnością nie mogło być jej w tym momencie na ścieżce prowadzącej do naszego domku. A jednak...
– Ale ona idzie, nie dzwoni!
Tak właśnie zaanonsowano mi naszego porannego gościa.
Śniadanie zjedliśmy więc z Tereską. Wyrobić się trzysta kilometrów na śniadanie – to naprawdę tylko ona potrafi.
Obgadaliśmy bieżące sprawy towarzysko–rodzinne, a potem to już wiadomo – temat wiodący, czyli biało–czerwone kibicowanie, bo Tereska to jest kibic sportowy pierwsza woda. Celowo piszę sportowy, a nie piłkarski, bo interesuje ją KAŻDA dziedzina sportu i każdej zaciekle kibicuje.
Tereska odebrała zrobione przeze mnie weselne ozdóbki nabutelkowe, bo śniadanie to zjadła z nami, ale obiadować to już zamierzała w Toruniu, gdzie pomykała na weselicho. Młoda para zażyczyła sobie, obecnym zwyczajem, miast kwiatków – butelki wina, więc by się tereskowe wyróżniały, otrzymały kubraczki subtelnie nawiązujące do tego co w życiu małżeńskim ważne: miłość, którą symbolizują serduszka dwa, i rodzina, której symbolem jest tutaj dom z wierzbą, w otulinie powiedzmy, że gwiazdek z nieba. O proszę, jak piękną interpretację własnego działa poczyniłam :)





A teraz spadam dalej pracować artystycznie, bo po niemocy twórczej spowodowanej złamaną ręką – wenę mam :)
I lawenda obrodziła, choć czerwiec zimnawy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz