sobota, 28 lipca 2012

Zakład przetwórstwa owocowo-warzywnego

Opętała mnie mania przetwórstwa warzywno–owocowego. Wiem, że brzmi przaśnie, ale zakręciło mnie jak zakrętka typu twist–off i trzyma mocno, nie ma szans, że minie. No chyba, że późną jesienią. Suszę zioła (mięta, bazylia, lubczyk), nasiona (rukola! rukola! ofkors!) i owoce.
W szklanym, wysokim słoiku tłoczą się ususzone jabłka z dodatkiem morel.



Półki w spiżarence piwnicznej zapełniły słoiczki z ogóraskami, kaparami z owoców nasturcji, groszkiem konserwowym domowym i całym zestawem kolorowych dżemów owocowych: porzeczka czarna, truskawka, jabłuszka, agrest, słodkie jak nie wiem co morele. Tym co robię, lubię się dzielić, ...więc z okazji imienin Anny, jedna taka Anna dostała od nas biały kosz wiklinowy z zawartością:







Późny wieczór daje wytchnienie od upalnego lata, świerszcze natrętnie wtrącają się do rozmów. A o poranku mrożona kawa i już można stanąć w szranki z gorącym, lipcowym dniem.

piątek, 27 lipca 2012

W poszukiwaniu cienia

Przemykam pomiędzy palącymi promieniami słońca w poszukiwaniu chłodnego dotyku cienia. Ogrodowy prysznic to jest to co w upalne dni kochają ludzie, ale nie koniecznie psy. Lato trwaj.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Oddech

Uf... kilka dni oddechu, bo mam przerwę w wakacyjnej pracy dodatkowej. Może wreszcie zmobilizuję się i umyję okna? Może chociaż to tarasowe? Najbardziej widoczne dla letnich spacerowiczów nad rzekę – hi hi.
W łykend wybyliśmy do naszej uroczej stolicy – syn po zakwalifikowaniu się na studia jedne i drugie, dokonał ostatecznego wyboru co do miejsca swojej nauki przez najbliższe 5 lat. Pewnie miałam okazję pierwszy i ostatni raz być na jego uczelni – wraz z nabyciem syna studenta, pozbyłam się obowiązku chodzenia na (zazwyczaj nudne) wywiadówki. Gmach Główny Politechniki Warszawskiej robi wrażenie, oj robi. Krótka wizyta w przyszłym michałowym mieszkanku, spotkanie z panem_fachowcem_remontowcem i już śmigaliśmy do domku. Po drodze zahaczając o pana wikliniarza, u którego kiedyś tam Marko zamówił wysoki kosz na drewno kominkowe.
Wieczorkiem wybyłam na coroczne spotkanie babskie z Koleżanką Miejscową i Koleżanką Włoską. Straaasznie fajne są takie spotkania. Policzyłyśmy sobie zmarszczki pod oczami, pośmiałyśmy się z naszych szkolnych wspomnień, poopowiadałyśmy co tam u nas nowego, no a z nieznaczną pomocą wyskokowych napojów rozweselających poczyniłyśmy śmiałe plany wiosenne, pod kryptonimem „MWWW” czyli mały włoski weekend wiosenny u Reni ;) Zobaczymy, zobaczymy. W każdym razie słoikowa skarbonka na ów cel założona, a co z tego wyniknie – czas pokaże.

Przy okazji, niespodziewanie dowiedziałam się, że Koleżanka Miejscowa... czyta mojego bloga. Dziwne to uczucie: niby pisząc mam świadomość, że ktoś to czyta, a jednak... blogowanie niby anonimowe, ale anonimowym nie jesteś. Gdy przed laty usłyszałam o zjawisku pt. blog = pamiętnik w sieci, to w głowie nie mieściło mi się, że to co kiedyś notowało się w skrzętnie skrywanym brulionie, teraz wywala się na szpaltę internetowego wszechświata. Jak widać i ja zdanie zmieniłam... Dlaczego? Bloga założyłam właściwie przez przypadek i pierwotnie z zamysłem zamieszczanie swoich prac artystycznych. Ale ja zawsze lubiłam pisać i jakoś tak samo poszło! Nie chce mi się szukać odpowiedzi na to pytanie. Dociekać i dorabiać do tego filozofii. Piszę i już. Dla siebie, bo czasami chcę zatrzymać jakieś chwile, wrócić do nich, a czasami po prostu lubię warsztatowo bawić się słowem. A może to wszystko jest światem fikcji, wszak w podpisie mojego bloga widnieje klauzula: „zbieżność z rzeczywistością miejscami przypadkowa” – może faktycznie tak jest?

A Asi dziękuję za ciepłe słowa – człowiek jest próżny, zazwyczaj bardzo skory do słuchania miłych słów pod adresem tego co robi. I trzymam kciuki za to aby zdecydowała się założyć bloga ze swoimi pięknymi pracami scrapkowymi. Na pewno będę go wówczas wszystkim polecała! Bo Asia scrapuje nietuzinkowo, ma swój styl. I cały czas się rozwija.

U mnie też twórczo, twórczo.
Z okazji panującej mody ślubnej na „wino zamiast kwiatka” powstały kolejne butelki, na „zamówienia” znajomych wybierających się na wesela wszelakie:



Z okazji różnych spotkań koleżeńskich, powstały buteleczki takie o (dla Wieśka, Reni, Asi i ostatnia dla Wandy):



I to by było na tyle. Lecę, bo wiadereczko jabłek czeka na smażenie i suszenie. No może strzelę jeszcze jedną małą kawę. Na dobry rozruch.

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
(Po kliknięciu na fotki – otworzą się w większym rozmiarze)Butelkowe ozdoby

wtorek, 17 lipca 2012

Pomiędzy dżemami i kaparami

Smażę dojrzały agrest, bo nagle wszyscy moi bliscy polubili śniadania na słodko.
Kiszę ogórki z koprem pachnącym jak nie wiem co, pięknie! Na schodkach tarasowych, razem z Mamą, która z Miasta przyjechała na Wieś. Czyli, że do córki na wakacje.
– Oj za mało tego chrzanu dajesz, za mało. Tylko tyle czosnku!!! Mało! A nie masz większych słoików na te ogórki?
– Ale ja Mamo wolę w mniejszych.
– W większych trzeba robić.
– Ech... Mamo...

Marynuję groszek zielony i w miniaturowych słoiczkach wekuję niby_kapary z owoców nasturcji.



Chłonę energię rześkich poranków i upajam się wieczornymi zapachami lata.
Czytam nową powieść Johna Irvinga – jak zawsze doskonały.
Pod kuchennym oknem zakwitł różowy onętek.
Kotka ociera się o moje nogi, kiedy co rano wizytuję mój skromny warzywnik, w którym dojrzewają pomidory, fasolka, ogórki, kabaczki. I gdzie dzięki słonecznemu latu wybujał lubczyk i bazylia. Pod oknami chłopaków zatrzęsienie poziomek. Zrywam je do szklanych salaterek i podtykam im pod nos.
Cieszę się, że mogę to robić.



Dopieszczam codzienność.

Po prostu. I już. Żadnych złych emocji, żadnych niedobrych wieści. Szlaban!
Bocian wylądował na dachu nieopodal.



Młody lis zawieruszył się na nasze podwórko, ale Fafik szczęśliwie akurat spał i lisek bezpiecznie znalazł drogę powrotną.
Biedronki stadnie koczują w naszym młodym ogrodzie.
Komary o nas zapomniały i super.
Ze spacerów nad rzekę przynoszę bukiety ziół i kwiatów.
Śpię, kocham, czytam, gotuję, rozwieszam pachnące pranie na grubym sznurze w kolorze naszego domu.
Żyję.
Wieczorem Mama gra z Jędrkiem w „statki”. Michał wybył w świat. Na wszelki wypadek wysyłam dorosłemu, jakby nie było, Synowi sms: „Spożywanie piwa w miejscu publicznym = 200 zł mandatu” i błyskawicznie otrzymuję odpowiedź: „Jakby co – będziemy szybko uciekać!”. Całkiem nie wiem czy się cieszyć, czy rozpaczać ;)
Między_niby_czasie, którego ponoć nie ma, zostałam mamą studenta! A przecież nie tak dawno to ja odbierałam indeks, potem dyplom.
Aż ten czas zapiernicza!

niedziela, 8 lipca 2012

jestem waszym kolegą z boiska

Na początek zapamiętajcie: jestem waszym kolegą z boiska. Kto powie do mnie „pan” albo nazwie mnie „gwiazda NBA” robi 5 pompek. Mam na imię Marcin i tak się do mnie zwracajcie.
Tymi słowami ponad dwumetrowy, przesympatyczny koszykarz przywitał się z uczestnikami Campu w Lublinie. Były to tak naprawdę 3 godziny niesamowicie intensywnej lekcji wychowania fizycznego z... (ups, chciałam powiedzieć „GWIAZDĄ”, ale nie chcę w ten upał robić pompek) – Marcinem Gortatem w roli super wuefisty. Marcin wraz z pomagającymi mu trenerami przeprowadził z blisko setką dzieci profesjonalną rozgrzewkę, niektóre dzieciaki już po niej ledwo dyszały. Później dzieci podzielone na grupy wiekowe, w kolejnych 7 minutowych stacjach treningowych odbywały elementy treningu koszykarskiego. Do każdej z tych grup podchodził Marcin, rozmawiał z dziećmi, korygował ich podczas ćwiczeń, rzucał z nimi piłki do kosza. Niesamowicie cierpliwy, otwarty, czuć było, że czas Campu poświęca całkowicie dzieciakom, choć miał też czas i na media, i na znane osoby obecne na Campie. Rozmowy z dzieciakami to była jedna wielka „pogadanka” na temat ważnych wartości w życiu każdego człowieka, nie tylko sportowca. Marcin mówił o tym, że trzeba szanować swoich kolegów z drużyny, że trzeba uczciwie uczyć się i trenować. Opowiadał o tym czym zajmuje się jego Fundacja, wspominał o swojej współpracy z wojskiem – co dla nas było szczególnie miłe dla ucha. Ale mówił też o sprawach elementarnych: jak ważną rolę ma dla człowieka zdrowy, higieniczny tryb życia, dbałość o swoje ciało. Były oczywiście konkursy z nagrodami, rozmowy z publicznością, a na koniec każdy dzieciak otrzymał autograf od Marcina i miał osobistą z nim sesję zdjęciową.
Na Campie była też Pani Minister Sportu i Turystyki – na żywo jeszcze piękniejsza niż w telewizorni :)
– „Szkoła Orląt” pozdrawia Marcina! – zawołałam gdy Jędrek pozował z naszym Polish hammerem w NBA do pamiątkowej fotki.
– O, być może za rok tam będę!
– Zapraszamy!
–pozwoliłam sobie w imieniu mojego środowiska lokalnego, a co! :)
Jędrek wrócił do domu obładowany super upominkami – oryginalną piłką do kosza przygotowaną specjalnie na Marcin Gortat Camp 2012, koszulkami–nagrodami dla najlepszej drużyny. Coś mi się jednak wydaje, że najważniejszy „bagaż” przywiózł w swoim sercu i pamięci.

Marcin jesteś świetny!



Więcej fotkek cykniętych przeze mnie tutaj: Marcin Gortat CAMP 2012

sobota, 7 lipca 2012

(nie)Zapomniany kadr

(nie)Zapomniany kadr 
 ...opowiadanie...

Kiedy wraca myślami do TEGO dnia, pamięta niewiele. Skrawki. Zatrzymane w kadrze urywki powoli zapominanego filmu. Zapominanego na siłę. Na rozkaz.
Słońce lipcowe. Gorący i duszny dzień. Na śniadanie kanapki z pysznym, wiejskim jajkiem na twardo.
– Ale ja chcę więcej żółtego, nie białego – dopomina się Brat.
Dziwne, że to pamięta, gdy tak wiele innych ważniejszych wydarzeń tego dnia umknęło bezpowrotnie. Poranny rozgardiasz w dużym, wiejskim gospodarstwie z inwentarzem, ogrodem, sadem... Wakacje u Babci. Jak zwykle nawoływania Mamy do Wujka i Babci:
– Zakryjcie studnię! Zasłońcie studnię pokrywą! – bo Mama bardzo bała się studni.
Zawsze to powtarzała, po każdym przyjeździe na wakacje do Babci:
– Tylko zakryjcie studnię!
Czy mogła przypuszczać, że nie studnia zabierze jej Dziecko, a pobliski, niewielki staw, ten 50 metrów za stodołą? W którym sąsiad zaczął hodować karpie, bo czasy były ciężkie. Stodoła z jednej strony wypełniona pachnącym sianem, a z drugiej czekała na żniwa. Siano przydało się. Jak to na wsi, cześć żałobników, przybyłych z daleka spędziło na nim gorącą, lipcową noc. Tą przed pogrzebem.
Gdy TO się stało, Ojciec był za sterami samolotu. Jego dowódca na ziemi już WIEDZIAŁ, kiedy przez radio wydał rozkaz:
– P., lądujcie... Zgłoście się do mnie na ziemi.
Potem Ojciec wspominał, że zdziwiło go, że w radio właśnie głos dowódcy usłyszał, a nie kontrolera, i że był to głos łagodny, proszący niemal... Niepasujący do jego dowódcy.
Ale nic nie przeczuwał. Ojciec pilotował samolot nad Ziemią wówczas kiedy Jego Syna pochłaniała na wieki Woda.
Kilkadziesiąt kilometrów od lotniska, w środku upalnego dnia padło...
– Gdzie jest Adaś?
...nikt nie przypuszczał, że schyłek tego dnia da druzgoczącą odpowiedź na to pytanie. Taką, która zmieni życie tak wielu osób na zawsze. Naprawdę NA ZAWSZE. Bo to kłamstwo, że czas leczy rany. Nie leczy. Matce nie leczy. Siostra Brata to wie. Że czas nie uleczy rany Matce, która traci Dziecko.
W pewnej chwili stało się jasne, że sprawa się gmatwa. Mały syn sąsiadów, który ostatnio bawił się z Adasiem, wystraszony powtarzał:
– Nie wiem, nie wiem, nie wiem... nie wiem...
Matka z policjantami... to znaczy wtedy to byli milicjanci, radiowozem jeździła po okolicy. Szukając. Rozpytując. Sześciolatek. W krótkich spodenkach w paski, skórzanych sandałkach i białej koszulce...
Siostra widziała potem, jak rękawki tej białej, zabarwionej na zielono koszulki, unoszą się rytmicznie w górę i w dół.
Bo Siostra przed Mamą znalazła Brata.
W górę i w dół.
Wujek energicznie unosił rączki jej Brata – w górę i w dół.
Ale Brat nie chciał już nabrać powietrza.
Taki kadr zapisał się w pamięci Siostry:
Wujek unosi rączki Brata w górę i w dół. Obok na kolanach klęczy Babcia i też wznosi swe ręce w górę i w dół. Babcia zawodzi nieludzko. Wznosi ręce do Nieba? Do Piekła? Gdzie???
Brat milczy.
Siostra ma tylko 9 lat. Potem, gdy wieko od białej trumny będzie stało oparte o ścianę domu z czerwonej cegły, ludzie będę do niej mówili:
– To ile masz lat? Dziewięć? To dobrze... Jeszcze będziesz pamiętała Brata.
Siostra nie wie czy to dobrze czy źle, że ma pamiętać, skoro chciałaby zapomnieć. A najlepiej by był to tylko najkoszmarniejszy z koszmarnych, ale jednak TYLKO sen.
Z TYCH dni pamięta niewiele. Kilka wyrwanych kadrów. Jak z dawno oglądanego filmu właśnie. Bo w filmie widziała kiedyś, że gdy ludzi spotka coś strasznego, to uderzają pięściami w pierś kogoś bliskiego i wołają: NIE! Nie! Nieee!!!
I ona też tak zrobiła. Gdy zobaczyła jak jej Wujek unosi ręce Brata. I jak Babcia unosi ręce swoje. To ona też uniosła pieści swoje i uderzyła nimi w pierś swojej nic nie pojmującej kuzynki. Sama też nie rozumiała co się stało. Nikt nie powiedział jej. Że runęło WSZYSTKO i nawet jeśli coś na nowo się uda odbudować, to będzie to kruche, i na zawsze bolesne. Bo w jej pamięci, która miała pamiętać Brata, zapisał się kadr z Matką leżącą na białej trumnie. Trumna była dębowa. A obok rosła rozłożysta stara lipa. Wiele lat później, lipę ścięto, bo korzeniami rozsadzała sąsiednie groby. Matka zabrała wówczas białą trumnę w inne miejsce. Do Ojca Adasia. Tego, który pilotował samolot, gdy jego Syn tonął.
– Wiesz, trumna była nie ruszona. Jak 30 lat temu...– powiedziała Mama cicho.
To było Jej pocieszenie. Nikt i nic nie zakłóciło snu Jej Syna.
Siostra miała wówczas swój sen. Dokładnie po 30 latach. Ojciec z Bratem stanęli przed nią, tak jak czasami aktorzy w filmie stają przed widzami na wielkim ekranie w kinie. Ojciec trzymał jej Brata za rączkę.
– Powiedz Mamie, że jesteśmy razem.
Od tej chwili Siostra wierzy NAPRAWDĘ, że nie umiera się na zawsze.

Pamięci Brata, 7 lipca 1980

środa, 4 lipca 2012

Licytacja



Zapraszam serdecznie do licytowania, w ramach aukcji charytatywnej, obrazu mojego autorstwa pt. „Kwiaty we włosach”

Dochód uzyskany z aukcji przeznaczony jest na leczenie naszego przyjaciela Pawła.

Bardzo serdecznie zapraszam :)

Link do aukcji:
http://allegro.pl/show_item.php?item=2468784272

wtorek, 3 lipca 2012

Trening z Gortatem

„Chcę trenować z Marcinem Gortatem, bo mam już dość grania w kosza z ojcem i bratem” – to przewrotne hasło otworzyło Jędrkowi drzwi do hali sportowej na trening z... Marcinem Gortatem, naszego „jedynaka” w NBA, centera Phoenix Suns. Marcin Gortat Camp 2012 już w najbliższą niedzielę w Lublinie. Jędrek oczywiście zbytniej radości nie okazuje, zachowuje się jakby co najmniej raz w tygodniu grał z Marcinem na jednym parkiecie, ale, ale... kiedy zaczął rozmyślać nad strojem na niedzielny trening, odetchnęłam – jednak się cieszy :) Wybieramy się całą rodziną – mam nadzieję, że będzie można fotografować bez przeszkód. Więcej o Campie można poczytać tutaj:

Marcin Gortat Camp 2012

Poza tym z nowości domowych:
Syn duży ma maturę w kieszeni. Całkiem atrakcyjną, ale poczekajmy na wyniki rekrutacji na studia.
Syn mniejszy uzyskał wykształcenie podstawowe. Zamierza jednak kształcić się dalej. Wyjścia nie ma – obowiązek szkolny wciąż trzyma go w szponach.
Ja rozpoczęłam wakacje, ale dalej pracuję, bo zastrzyk nadprogramowej gotóweczki zawsze cieszy.
Mężon zakończył urlop, co oczywiście go niezbyt cieszy.
Kotka leczy rany po sterylizacji, w związku z czym jest bardzo nieszczęśliwa i obrażona.
Pies cierpliwie czeka na ogrodzenie (słupki firma zalała i tyle ją widzieli – ale ponoć jutro wracają).

Przyszło lato – upalne, bezlitośnie gorące, słoneczne, burzliwe, pachnące łąkami. Codziennie chodzimy nad rzekę i chłodzimy się w jej nurcie.