czwartek, 30 sierpnia 2012

Co kupić Tomciowi?

Tomcio dostał awans i z tejże okazji idziemy do Andzi i Tomcia na garden party. Z Marko i JaJackiem naradzamy się nad składkowym drobiazgiem ku czci.
- Może coś wędkarskiego – rzucam mając na uwadze pasję Tomcia.
- Ale przecież Tomek ma wszystko, a nawet więcej – oponują Marko i JaJacek, którzy wspólnie z Tomciem na ryby chodzą, to mają rozeznanie. Mniemam.
- Kupmy mu porządną wódkę – JaJacek błysnął oryginalnością.
- Nooo, czarnego Danielsa – rozmarza się Marecki.
- Dajcie spokój, złóżmy się na dobrą męską wodę po goleniu – i rzucam nazwę mej ulubionej.
- Ale kiedy właśnie zapach wódki jest najbardziej męski – puentuje JaJacek.
No i chyba już wiadomo co dostanie od nas z okazji awansu Tomasz?

A ja tymczasem się zaśliwkowałam. Powidła z węgierek, śliwki w occie, śliwki w syropie i knedle na finał.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

muszę?chcę?


muszę...
Ściga nas to słowo od urodzenia. Dziecięciem i pacholęciem będąc, to się musi dla mamusi, tatusia, pani w szkole, babci, aby było jej miło, albo cioci z miasta odległego, bo ją przecież widzisz raz na sto lat, to co ci zależy. W głębi duszy małoletni człowiek zaciera ręce: niech no tylko stanie się DOROSŁY, skończy się presja „musisz”. Wreszcie huraa! jest dorosły, w sklepie sprzedadzą mu piwo albo dwa, może wracać po 24, albo jeszcze później, zaczyna nawet sam za siebie płacić podatki i… właśnie – już nie „musi”?
I wtedy okazuje się, że „muszę” zdążyło wydeptać sobie w naszym umyśle dość szeroką ścieżkę.
Muszę wypić kawę. Muszę z nim porozmawiać. Muszę to załatwić i zadzwonić gdzieś muszę. Muszę o tym pomyśleć. Muszę wstawić pranie. Muszę nabrać dystansu. Muszę przeczytać tę książkę. Muszę zacząć biegać. Muszę kupić śliwki-nierobaczywki i muszę dać żreć psu. Muszę iść do fryzjera, muszę umówić się do lekarza i jeszcze muszę coś ze sobą zrobić.
Słyszę z zewnątrz, słyszę i w swojej głowie „musisz - muszę” i rodzi się we mnie sprzeciw.
A gdyby tak to „muszę” zamienić na „chcę”. Chcę wypić kawę, chcę o tym pomyśleć, chcę wstawić pranie, chcę o tym porozmawiać, chcę nabrać dystansu… brzmi lepiej? Buduje poczucie, że oto dzieje się coś zależnego od nas. Nie ma musu jest wola. Inna jakość, inne nastawienie, inne emocje - pozytywne. Pojawia się motywacja, energia do działania, bo przecież JA chcę! Jeśli „ja chcę” to sama wyznaczam cele i do nich dążę. Z własnej woli. Nie z przymusu. Nie muszę ale chcę. Proste?
No to teraz zamykam klapę laptopa i zmykam bo… chcę :) Wcale nie muszę.

-------------------------------
PS. Teleportacja bloga udana, dzięki pewnemu zaprzyjaźnionemu Specowi :)
Od dziś już tylko tutaj, ale z wszystkimi archiwalnymi wpisami w poprzednim wcieleniu bloga
Dziękuję Krzysiu :)

piątek, 24 sierpnia 2012

w stolycy my byly, pilarke kupyli

Pojechaliśmy któregoś dnia skoro świt do stolycy w sprawach różnych. A że czas nas naglił i za nic nie mogliśmy pozwolić sobie na ruletkę w „perle” drogi krajowej nr 17. czyli Kołbieli (staniemy na minut 40 czy może 44), wybraliśmy malowniczą trasę nad Wisłą, „nadwiślanką” zwaną popularnie. Trasa ta jest swego rodzaju komunikacyjną osobliwością i ma kilka zalet. Nie ma na niej korków, bo kierowcy starają się ją omijać szerokim łukiem. Można przetestować na niej rzetelność swojego stomatologa – nasz jest super, bo żadna plomba nam nie wypadła. Tylko teraz nie wiem czy cieszyć się, że plomby rzetelne, czy może trasa jeszcze nie tak całkiem do kitu, no bo jednak szkód w uzębieniu nie ponieśliśmy. Kolejną zaletą jest masaż całego ciała gratis. Telepie i trzęsie w różnych stopniach natężenia na odcinku prawie 100 kilometrów.
Acha, Marko dodał jeszcze: choćby kierowca nie wiem jak był senny, za nic nie przyśnie za kierownicą.

W stolicy na wszystko zdążyliśmy, spotkaliśmy się z kim mieliśmy, kogo było trzeba na Okęcie odstawiliśmy, co trzeba było odebrać odebraliśmy. Przy okazji urobiliśmy się po pachy. To znaczy ja na pewno. Bo Mężon, już w połowie powrotnej drogi umawiał ekipę na ryby. W domu wskoczył pod prysznic, wyduldał mrożoną kawę, zapakował ekwipunek na ryby wiadomo jaki: piwo, kiełbasa, wędki dwie i tyle go widzieli.
Może jednak to naprawdę silniejsza płeć jest?

W mieście stołecznym zostałam podstępnie zaciągnięta do sklepu wypełnionego po bezkresne brzegi wyrzynarkami, wiertarkami, piłami, pilarkami, frezerkami i ogromem różnych takich gadżetów, których ani nazw, ani przeznaczenia nie znam (te przytaczane to sobie wyczytałam na załączonych tuż przy nich tabliczkach). W ogromnej masie tychże dziwnych urządzeń, Marko wypatrzył coś, co pełnym zachwytu szeptem nazwał:
- Mmm… pilarka tarczowa… - po czym jego oczy zasnuła mgła pożądania i nie było przeproś, trzeba było wyskoczyć z… kasy.

Wieczorem, przy pomocy o wiele mniej skomplikowanych narzędzi (igły i nożyczek) przygotowałam kubraczek na butelkę wina dla Mago. Dołączyłam też malutki słoiczek mojego ostatniego odkrycia przetwórczego – kaparów po polsku z nasturcjowych owoców.




Słoneczniki podglądają mnie przez okno kuchenne, przyprawiając nocą o palpitację serca – co spojrzę to zdaje mi się, że ktoś za oknem stoi i głową kiwa na boki. Świerszcze nadal wygrywają swoje nocne koncerty tuż obok tarasu. Pomidory obrodziły. Śliwki węgierki w naszym regionie nie nadają się jeszcze na smażenie. Maciejka przekwitła już całkiem, za to pysznią się astry. A gdy mocniej zawieje, z olch lecą liście. I dynie w ogródku coraz bardziej pękate. Całkiem nie wiem co to ma znaczyć…

wtorek, 21 sierpnia 2012

życie to nie bajka


Kita obrażona, że michę ma wydzielaną, poszła w świat i przytargała znowu myszkę. Myszka była malutka i bardzo żywotna, nawet w pyszczku Kity. Majtała ogonkiem na wszystkie strony i darła się wniebogłosy. Marek w ramach akcji ratowania świata podstępem myszkę z kiciowej paszczy wyswobodził i całkiem żwawą wypuścił do ogródka. Zapomniałam zapytać czy poprosił myszkę o trzy życzenia, albo chociaż jedno… Za darowanie życia w końcu się należy, jak to w bajkach podawano. Myszka niby nie złota, tylko szara czyli srebrna, więc mogłaby się postarać.
Póki co jednak nie ma tak fajnie, złote rybki, a tym bardziej srebrne myszki mają w głębokim poważaniu spełnianie czyichkolwiek życzeń. Trzeba sobie radzić samemu...
Ale w końcu, nikt nie obiecywał, że „życie to je bajka”.

niedziela, 19 sierpnia 2012

niedzielnie...


- Łaaał – dech mi zaparło gdy weszłam któregoś południa do pokoju dorosłego nastolatka. Bo oto już po raz kolejny, nie to, że pierwszy raz, ale ostatnimi czasy coraz częściej obserwuję właśnie to: elegancko zaścielone łóżko mego syna.
- Zaskakujesz mnie normalnie synu.
- Starzeję się mamo. Nagle zaczęło mi przeszkadzać niepościelone łóżko.
No i po co mi było wojować tyle lat każdego ranka, a czasami popołudnia o niepościelone łóżko – wystarczyło poczekać aż się dzieć zacznie starzeć.

Niedziela piękna… sierpniowa… Snuje się zapach skoszonych łąk i odchodzącego powoli, bardzo powoli lata.
Szumi sitowie, nieopodal leżę w trawie, patrzę w niebieskie niebo… Jeziorko pachnie niemożliwie czystością, źródłem… Jest orzeźwiająco zimne. Wcale nam to nie przeszkadza. Pływamy, bo ileż takich dni tego lata przed nami… Ponad nami gdzieś zmierzają ludzie...

piątek, 17 sierpnia 2012

Wieczorem...

Księżyc rozsiadł się na gałęziach olchy. Blady jakiś, choć pucołowaty.
- Nie wierzę, że we wszechświecie tak ogromnym, tylko my sami, jedyni my…- szepnęłam, by nie płoszyć wieczornej ciszy.
- Sądzisz, że gdzieś tam w kosmosie tym granatowym, też ktoś siedzi na tarasie, słucha świerszczy, odgania się od komarów i patrzy w księżyc?
- Może nie koniecznie na ten nasz księżyc i może wcale nie wygląda tak jak ty i ja – może jest zielony, może szary, ale na pewno jest...









poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Teleportacja w toku

Całkiem z rozpędu zrobiłam mrożoną kawę. Brzękniecie kostek lodu o zęby szybko mnie i orzeźwiło, i otrzeźwiło, i zmroziło na dodatek. Zaparzyłam nową filiżankę, tym razem gorącą, z podgrzanym mlekiem. Od razu cieplej. Bo upały nagle się wzięły i zabrały, i tyle je widzieli. Podobnież mają wrócić. Oby. Już nie wspomnę o tym, że jesteśmy z Kotleciorami umówieni na obserwowanie deszczu perseidów. Poprzez chmury pewnie się nie da...
Poza tym trenuję uparcie teleportację, ale coś mi nie idzie :(

Nieudana teleportacja

Próbuję teleportować swojego dotychczasowego bloga tutaj i jak na razie nic z tego :(

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Wyprawa na suma

Nocna wyprawa na suma w wykonaniu duetu „Marecki & Tomasz”, tym razem nie zaowocowała li tylko surowcami wtórnymi w postaci butelek i puszek po piwie, ale... tadaaaam:



Ów przystojny Pan Sum, był jak najbardziej wymiarowy (ponad 75 cm) i dotychczas pływał sobie w odmętach wieprzańskiej toni. Trafił na dwóch głodnych, żądnych krwi facetów, no i bidulek się doigrał.

***
Zwykle kiedy zbliża się ZMIANA w naszym życiu, obezwładniają mnie niepokoje. Tysiące myśli na minutę, oczywiście negatywnych, ściskają, gniotą, nie dają spać, nie pozwalają swobodnie oddychać i racjonalnie planować. Pracuję nad tym, przypominam sobie wszystkie podobne sytuacje z naszego życia, które miały DOBRY finał. Wizualizuję sukces. Robię bilans tylko zysków, żadnych tam strat – po to, aby pomóc sobie w ogarnięciu paraliżujących emocji. Potrzebna jest mi teraz energia, siła, równowaga i pewność. Nie mogę pozwolić aby wydumane lęki blokowały drogę, którą muszę teraz iść.
Wdech, wydech i do przodu. Na melancholijne marmelady, jak to mawia Tereska, będzie czas jesienią.


***
Zachód słońca i wschód. Wszystko w ciągu jednej doby.
Wieczorem z jednej strony domu słońce zaszło...



...a o 5 rano z drugiej wzeszło...


Nad łąkami snuła się leciutka mgiełka, której obojętnie przyglądały się słoneczniki.


Tak się toczy. Dzień, noc, życie, kolej rzeczy. Tak ma być.

***
Koteczka na połowę dnia zakotwiczyła w stodole po sąsiedzku. Skąd wiem? Po prostu pachniała sianem... Wróciła, schrupała zieloną szarańczę, oblizała się i poszła dalej polować.
Kiedy w pysku przytachała z ogródka maleńką myszkę, nie zdzierżyłam:
ŁAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!
Co się stało?!!!
MYYYSZ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
I tak oto mam pod jednym dachem dwie krwiożercze bestie: mężona żądnego suma i kotkę żądną myszek. A z pozoru oboje tacy łagodni, no, no, no!
A mówiłem, po co wam ten kot morderca – rzekł Jędrek, który kotki nie lubi, a teraz to nawet ma powody – pacyfista jeden.

piątek, 3 sierpnia 2012

Jakoś trzeba się odstresować

Mrożoną kawą, bardzo mrożoną, wypijam na zacienionym tarasie. W ostrym słońcu stoi jasna, drewniana ławeczka bujana, blada, bidulka, ledwo heblowanym drewnem. Zamierzam zanurkować z samego brzegu tego cudnego cienistego miejsca, w gorącą czeluść ogródka. Postanowiłam sobie bowiem, że sama ławeczkę wybejcuję. Marko dziś będzie pochłonięty przygotowaniami do wyprawy na nocnego suma, nie w głowie więc mu będzie nasza ławeczka–bujaweczka. No bo wiadomo, musi chłop naszykować zapas zimnego piwa, kiełbasę na ognicho, moskitierę ochroną na nocne szubrawce fruwające nad rzeką. A! no i oczywiście jakieś wędki i przynęty zapewne, zapewne też.
Wczoraj Pan Szanowny Fachowiec Remontowiec przesłał nam kosztorys remontu mieszkania warszawskiego i tak sobie po cichutku myślę, czy to jest sens by dziecię na studia szło i niepewny rynek wykształconych mgr inż. zasiliło, nie lepiej by się wzięło za malowanie, glazurowanie i te pe i te de. Bo wnioskując po kosztorysie, to takąąą kasę można zarobić, że hoho!
Idę malować tę ławeczkę – raz się odstresuję, dwa ciut opalę, o!

środa, 1 sierpnia 2012

Się starałam

– Mamo, mamy problem – krzyknął któregoś wieczoru Jędrek siedzący na tarasie nad miską świeżych ogórków. W jednej ręce dzierżył bohatera sezonu ogórkowego – ogórka właśnie, a w drugiej obierak. I ów obierak stanowił problem – no bo jak nim dobrać się do tego ogórka by go obrać?
– Michał choć nauczę cię jak się klei pierogi, abyś kiedyś żonie umiał pomóc w kuchni.
Michał dość sprawnie jak na pierwszy raz ulepił całkiem zgrabnego pieroga. Jednego. Po czym rzekł:
– Już umiem. To lecę.
No tak...
– To powiedzcie mi chłopaki z czego robi się właściwie ruskie pierogi? – nie ustaję w kulinarnych dokształtach synów dwóch, tak z myślą o ewentualnych, potencjalnych synowych :P
– Z sera – bez zastanowienia mówi Jędrek.
– I cebuli... przysmażonej – mówi Michał, który cebulę toleruje tylko w pierogach ruskich, właśnie.
– I...? – naprowadzam towarzystwo, wpatrzone w zmagania naszych siatkarzy na Igrzyskach Olimpijskich Londyn 2012.
– I już!
Yh. Ale się starałam, co nie ;)
Wieczór nastał, i miło było zasiąść na tarasie z książką, do której zbierałam się od dawna...
Miłość zakazana, miłość trudna, miłość wyśpiewana, miłość wytelegrafowana, miłość w listach zapisana.





Po raz pierwszy – ach wiem, że to nie na czasie, ale przyznaję, po raz – pierwszy słuchałam audiobooka i cieszę się, że to właśnie była ta książka i właśnie w tym a nie innym miejscu wysłuchana...

A na dobrą noc: niepowtarzalna Kalinka Jędrusik...