piątek, 24 sierpnia 2012

w stolycy my byly, pilarke kupyli

Pojechaliśmy któregoś dnia skoro świt do stolycy w sprawach różnych. A że czas nas naglił i za nic nie mogliśmy pozwolić sobie na ruletkę w „perle” drogi krajowej nr 17. czyli Kołbieli (staniemy na minut 40 czy może 44), wybraliśmy malowniczą trasę nad Wisłą, „nadwiślanką” zwaną popularnie. Trasa ta jest swego rodzaju komunikacyjną osobliwością i ma kilka zalet. Nie ma na niej korków, bo kierowcy starają się ją omijać szerokim łukiem. Można przetestować na niej rzetelność swojego stomatologa – nasz jest super, bo żadna plomba nam nie wypadła. Tylko teraz nie wiem czy cieszyć się, że plomby rzetelne, czy może trasa jeszcze nie tak całkiem do kitu, no bo jednak szkód w uzębieniu nie ponieśliśmy. Kolejną zaletą jest masaż całego ciała gratis. Telepie i trzęsie w różnych stopniach natężenia na odcinku prawie 100 kilometrów.
Acha, Marko dodał jeszcze: choćby kierowca nie wiem jak był senny, za nic nie przyśnie za kierownicą.

W stolicy na wszystko zdążyliśmy, spotkaliśmy się z kim mieliśmy, kogo było trzeba na Okęcie odstawiliśmy, co trzeba było odebrać odebraliśmy. Przy okazji urobiliśmy się po pachy. To znaczy ja na pewno. Bo Mężon, już w połowie powrotnej drogi umawiał ekipę na ryby. W domu wskoczył pod prysznic, wyduldał mrożoną kawę, zapakował ekwipunek na ryby wiadomo jaki: piwo, kiełbasa, wędki dwie i tyle go widzieli.
Może jednak to naprawdę silniejsza płeć jest?

W mieście stołecznym zostałam podstępnie zaciągnięta do sklepu wypełnionego po bezkresne brzegi wyrzynarkami, wiertarkami, piłami, pilarkami, frezerkami i ogromem różnych takich gadżetów, których ani nazw, ani przeznaczenia nie znam (te przytaczane to sobie wyczytałam na załączonych tuż przy nich tabliczkach). W ogromnej masie tychże dziwnych urządzeń, Marko wypatrzył coś, co pełnym zachwytu szeptem nazwał:
- Mmm… pilarka tarczowa… - po czym jego oczy zasnuła mgła pożądania i nie było przeproś, trzeba było wyskoczyć z… kasy.

Wieczorem, przy pomocy o wiele mniej skomplikowanych narzędzi (igły i nożyczek) przygotowałam kubraczek na butelkę wina dla Mago. Dołączyłam też malutki słoiczek mojego ostatniego odkrycia przetwórczego – kaparów po polsku z nasturcjowych owoców.




Słoneczniki podglądają mnie przez okno kuchenne, przyprawiając nocą o palpitację serca – co spojrzę to zdaje mi się, że ktoś za oknem stoi i głową kiwa na boki. Świerszcze nadal wygrywają swoje nocne koncerty tuż obok tarasu. Pomidory obrodziły. Śliwki węgierki w naszym regionie nie nadają się jeszcze na smażenie. Maciejka przekwitła już całkiem, za to pysznią się astry. A gdy mocniej zawieje, z olch lecą liście. I dynie w ogródku coraz bardziej pękate. Całkiem nie wiem co to ma znaczyć…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz