wtorek, 25 września 2012

Odcinamy, odcinamy!

Choć wiosna dawno się skończyła, a kolejna gdzieś tam w otchłani dalekiej przyszłości, dzisiejsze przedpołudnie sponsorowały mi słowicze trele. A efekt był taki:


 
  
Poza wszystkim zaś cierpię z powodu odcinanej pępowiny.
…której to odcinanie wpisane jest w człowieczy los i niby nie boli. Może tej fizycznej nie boli, ale emocjonalnej – boli i to jak cholera. Oczywiście nie dziecięcia, tylko rodzica. Teoretycznie wiadomo: taka kolej rzeczy, tak ma być, nadchodzi szczęśliwej drogi już czas. I cieszy przecież, że coś nowego się zaczyna. Ale. No właśnie ALE! Syndrom opuszczanego gniazda to nie banialuki. Teraz wiem to i ja :)
- Mamo zachowujesz się tak, jakbym wyjeżdżał na koniec świata, na pięć lat. A ja za pięć dni przyjadę.
Akurat. Obiecanki, cacanki. Przyjedzie na początku. A potem to już tylko napisz proszę chociaż krótki esemes.
A przecież nie da się inaczej, nie da. Wiem o tym i dlatego to odcinanie tak bardzo boli. Auć!

piątek, 21 września 2012

Pierwszy

...no więc tak:
Się wziął począł – z wydatną pomocą rodziców czyli nas, nie będę się wypierać. Ha!
Pierwszy raz mnie wzruszył, gdy pewnego dnia usłyszałam miarowe bicie Jego serca, które gruchnęło pogłosem o ściany gabinetu lekarskiego. Wtedy uwierzyłam, że naprawdę stało się – w moim ciele zamieszkał On.
Zmienił moje życie o przysłowiowe 180 stopni w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzałam w Jego oczy – kilka godzin po jego przyjściu na ten piękny, choć czasami zaskakujący Świat.
Potem pierwszy raz się uśmiechnął, pierwszy raz powiedział „mama”, wyrósł mu pierwszy ząb, postawił pierwszy krok i przez lata coś działo się pierwszy raz.
A wczoraj zapakowaliśmy samochód jego pierwszymi własnymi kubkami, odkurzaczem, i poduszką, i… ech… i stertą innych gadżetów niezbędnych do codziennego funkcjonowania, i jedziemy.
Na parapetówkę w pierwszym mieszkaniu naszego pierwszego Syna.

wtorek, 18 września 2012

Jesienny talizman

„I tylko złoty kasztan mi został
Mały talizman szczęśliwych dni…”

We wrześniu, z rozłożystych koron kasztanowców spadają na ziemię zielone, kolczaste kulki. Z pękniętej osłonki wysuwają się brązowe owoce – kasztany. Niezbędny budulec jesiennych ludzików. Oczywiście wespół w zespół z zapałkami i żołędziami.
Mam taki swój jesienny rytuał: 
Każdej jesieni, pierwszy kasztan jaki ujrzę leżący pod drzewem, zabieram ze sobą… Podnoszę go z ziemi, otulam dłonią, przytulam do policzka. Witam pocałunkiem. Schowany w kieszeni wędruje ze mną do domu. Trzymam go blisko siebie do kwitnienia kasztanowców w roku następnych.
Być może to głupie, może naiwne, może infantylne. Ale przecież z takich malusich, intymnych, zrozumiałych tylko dla nas samych rytuałów składa się nasz świat. Ten tylko NASZ. Mój, niczyj więcej. 
Wierzę, że zrodzony jesienią duży i silny owoc dużego i silnego drzewa, przekaże mi swoją siłę i pewność. Dobrą energię. Ufam, że będzie mnie mobilizował, motywował. Będzie mnie chronił. Brązowo-czerwony kasztan w mojej dłoni jest obietnicą dobra, ciepła i bezpieczeństwa. 

Ten będzie ze mną do najbliższej wiosny… 



Wczoraj spadł wprost pod mój rower, kiedy parkową alejką wracałam do domu.


poniedziałek, 17 września 2012

Defence!

Dobre ponad tydzień temu, nim choroba psa zdominowała naszą codzienność, zaliczyliśmy mecz koszykówki polskiej reprezentacji z Albanią, w ramach eliminacji do EuroBasket 2013. W tej samej hali sportowej w lipcu Jędrek trenował z Marcinem Gortatem podczas Campu. Tym razem Jędrek siedział na trybunach, a Marcina podziwialiśmy w akcjach meczowych.
Darłam japę i klaskałam jak inni. Pomimo przyspieszonej nauki zasad gry w kosza, jakiej udzielili mi synowie w drodze na mecz, nie za bardzo ogarniałam dynamiczne zwroty na parkiecie. Te rzuty za 1, 2 i za 3 punkty oraz gdzie właściwie jest ta... hm… „trumna”?! Wiedziałam jednak kiedy krzyczeć „DEFENCE”, a to ponoć zasadniczo odróżnia mecz w kosza od na przykład nożnej.
Defence to ja czasami mam ochotę zakrzyknąć życiu, ale co tam, trzeba do przodu. Let's go! Let's go!
Atmosfera na meczu świetna. Inaczej kibicuje się na stadionie piłkarskim, inaczej w hali sportowej – inny klimat. Choć hymnu państwowego "udekorowanego" biało-czerwonymi flagami i takimiż szalikami, słucha się niezmiennie wzruszająco...
A Marcin jak zawsze – nie dość, że świetny sportowiec, to jeszcze uroczy, pełen życzliwości i humoru człowiek. Odnoszę wrażenie, że dba o kontakt z każdym - i kolegami z boiska i publicznością.
No i nasi wygrali!

Marcin ponad parkietem:

… i Marcin w rzutach osobistych:

video


----------------------------------------------------------------------------------------------------------
PS. A pies wraca do życia. Gania już kota i obszczekuje konie podchodzące pod płot. Uf!



środa, 12 września 2012

"Pan piesek był chory..."

Rankiem niespodziewanie przeszła burza. Ciemna chmura zmiotła na jakiś czas słońce. Zapachniało wilgocią. Spragnione kwiaty roztańczyły się w kroplach deszczu. Trzeba koniecznie wyruszyć do lasu, może pojawią się wreszcie grzyby.

Minęła ciepła noc. I świerszcze wciąż wieczorami wygrywają swoje etiudy. Gdzieś na rabatce pod oknem kuchennym zawieruszyła się maciejka, bo znowu rozsiewa swój charakterystyczny zapach. Lato nie odpuszcza i bardzo dobrze. Słoneczniki  całą zgrają, niczym małe słoneczka, rozświetlają wszystkie zakamarki ogródka. Połówki pomidorów suszą się czasem w słońcu, czasem w piekarniku. W kuchni królują na zmianę a to śliwki, pomidory, papryka, a to znowu ogórki, tym razem w postaci sałatek, bo te ukiszone od lipca zamieszkują półki podziemnej spiżarenki. Odstresowuje mnie to drylowanie, parzenie i zdejmowanie skórki, zasalanie i odsączanie, dodawanie przypraw i cukru, wekowanie i opisywanie słoików.
Zapach jaki wydają smażone śliwki jest niepowtarzalny… Uwielbiam kiedy rozchodzi się po domu, wciska w każdy jego zakątek. Czuję go nawet na tarasie, gdy w skradzionej wolnej chwili czytam książkę. Dziś dodatkowo kruche ze śliwkami… mmm… nic prostszego, nic smaczniejszego.
















I wszystko byłoby pięknie gdyby nie nasz domowy zwierzyniec, który przysparza nam ostatnio sporo problemów.
Kąpał ktoś kota pod prysznicem? No to właśnie mieliśmy niedawno taką przyjemność. Z konieczności. Nie abym ja lub tym bardziej kotka miała nagle taki kaprys. Z braku stosownego szamponu, nie miałam wyjścia – poszła spora porcja mojego osobistego „puszyste od nasady aż po końce” czy coś w tym rodzaju.
Drugi zwierz, czyli Fafcio... to sprawa poważniejsza. Od prawie tygodnia walczymy z babeszjozą… Przeszedł cały cykl leczenia ciężką artylerią leków, schudł makabrycznie, jest bardzo słaby i taki… obojętny. Kotka paraduje mu przed nosem a on ani oczkiem nie mrugnie. Uleciała z niego cała psia radość życia i nieposkromiona witalność. Po 5 dniach leczenia pani weterynarz zaszczepiła w nas nadzieję, że pies z tego wyjdzie.
Opuściła mnie więc wizja Fafcia brykającego po niebiańskich łączkach ze złotą kosteczką w pysku. Zaprzestałam też wypatrywać wokół domu, pod którym to drzewkiem urządzić mu miejsce wiecznego spoczynku... Ale krucha to nadzieja, bo pies wygląda naprawdę marnie…

czwartek, 6 września 2012

PUK PUK remont w toku!

Notka z serii "pojechaly my znowu do stolycy".
Tak bardziej po południu, po pracy, więc oczywiście zakorkowaliśmy się w Kołbieli. Ale na spotkanie z Jaśnie Szanownymi Panami Fachowcami remontującymi studenckie mieszkanie syna, daliśmy radę dotrzeć o czasie. Miło popatrzeć on-line, że tak powiem, na cztery ściany, w które ładuje się kasę niejako wirtualnie, bo remont ów odbywamy na odległość. Pierwszy raz nam się zdarza nie spoglądać dzień w dzień na ręce fachowców i jak na razie PUK! PUK! PUK!, albo jeszcze głośniej, odpukuję. Czy mam kolejną ekipę do polecania, okaże się podczas rozliczeń finansowych ;) Póki co prace idą zadowalająco.
W stolicy wieczorową porą w dzień powszedni zaobserwowaliśmy dwie dziwne sprawy, obce naszym małomiasteczkowym klimatom.
Po pierwsze więc:
 „u nas” po 18 to cisza, rzec by się chciało, nocna, spokój i zero ludzi w centrum miasta, a we stolyyycy!!! Szok siwy dym!
Po drugie:
widział ktoś popularny market na literę „B” z sympatycznym logiem siedmiokropki, pozbawiony działu alkoholowego? Tak całkiem, c a ł k i e m, C A Ł K I E M pozbawiony? No więc we stolycy takową „B” po raz pierwszy spotkaliśmy i szczęki nam opadły. Bo przyznam się ze skruchą, że zatrzymaliśmy się przy „owadzie” celowo po zimne piwo ;), by w domowych pieleszach, po całodniowym trudzie i drastycznych WYpływach remontowych z konta, zalać troski i smutki. A tu piwa brak. I myliłby się ktoś sądząc, że market ów wobec braku tego strategicznego działu, pustkami świecił. O nie, nie! Nasz miejscowy takie obłożenie kas to miewa dwa razy do roku przed dużymi świętami. Na szczęście stacje benzynowe póki co piwo sprzedają, więc po powrocie do domu troski zalać mieliśmy czym ;)
Usiadłam na chwilę pod gołym niebem na ławce-bujawce. Głęboko zaciągnęłam się powietrzem, już pachnącym nadchodzącą jesienią, kwiatowymi rabatkami i zagonami warzywnika, koszonymi łąkami i trwającymi wykopkami.
Inaczej nam tutaj pachnie…, inaczej niż w dużym mieście.
I ciszej jest.
I gwiazdy widać.
Lubię wracać do naszego domu.

niedziela, 2 września 2012

Papa wakacje, hlip, hlip

Żegnajcie wakacje. Żegnajcie. Zaczekam na was cierpliwie całe najbliższe 10 miesięcy. Troszkę ukradłam wam słońca, troszkę wiatru, zapachu łąk, wilgoci poranków, zieleni i innych kolorów.  Schowałam tu i tam, poupychałam po kątach i skryłam pod powiekami, i kieszenie napełniłam ile się dało.
Dziś żegnam cię lato suszonymi, czerwonymi pomidorami… Kiedy mroźną zimą otworzę ten słoiczek, powącham go i będziesz przy mnie…