wtorek, 18 września 2012

Jesienny talizman

„I tylko złoty kasztan mi został
Mały talizman szczęśliwych dni…”

We wrześniu, z rozłożystych koron kasztanowców spadają na ziemię zielone, kolczaste kulki. Z pękniętej osłonki wysuwają się brązowe owoce – kasztany. Niezbędny budulec jesiennych ludzików. Oczywiście wespół w zespół z zapałkami i żołędziami.
Mam taki swój jesienny rytuał: 
Każdej jesieni, pierwszy kasztan jaki ujrzę leżący pod drzewem, zabieram ze sobą… Podnoszę go z ziemi, otulam dłonią, przytulam do policzka. Witam pocałunkiem. Schowany w kieszeni wędruje ze mną do domu. Trzymam go blisko siebie do kwitnienia kasztanowców w roku następnych.
Być może to głupie, może naiwne, może infantylne. Ale przecież z takich malusich, intymnych, zrozumiałych tylko dla nas samych rytuałów składa się nasz świat. Ten tylko NASZ. Mój, niczyj więcej. 
Wierzę, że zrodzony jesienią duży i silny owoc dużego i silnego drzewa, przekaże mi swoją siłę i pewność. Dobrą energię. Ufam, że będzie mnie mobilizował, motywował. Będzie mnie chronił. Brązowo-czerwony kasztan w mojej dłoni jest obietnicą dobra, ciepła i bezpieczeństwa. 

Ten będzie ze mną do najbliższej wiosny… 



Wczoraj spadł wprost pod mój rower, kiedy parkową alejką wracałam do domu.


1 komentarz:

  1. też uwielbiam kasztany i też zbieram i noszę w kieszeniach, w torebce, wysypują mi się czasem po wielu miesiącach jak prawdziwe talizmany i zaklęta w kasztanie jesień puszcza do mnie oko:) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń