środa, 12 września 2012

"Pan piesek był chory..."

Rankiem niespodziewanie przeszła burza. Ciemna chmura zmiotła na jakiś czas słońce. Zapachniało wilgocią. Spragnione kwiaty roztańczyły się w kroplach deszczu. Trzeba koniecznie wyruszyć do lasu, może pojawią się wreszcie grzyby.

Minęła ciepła noc. I świerszcze wciąż wieczorami wygrywają swoje etiudy. Gdzieś na rabatce pod oknem kuchennym zawieruszyła się maciejka, bo znowu rozsiewa swój charakterystyczny zapach. Lato nie odpuszcza i bardzo dobrze. Słoneczniki  całą zgrają, niczym małe słoneczka, rozświetlają wszystkie zakamarki ogródka. Połówki pomidorów suszą się czasem w słońcu, czasem w piekarniku. W kuchni królują na zmianę a to śliwki, pomidory, papryka, a to znowu ogórki, tym razem w postaci sałatek, bo te ukiszone od lipca zamieszkują półki podziemnej spiżarenki. Odstresowuje mnie to drylowanie, parzenie i zdejmowanie skórki, zasalanie i odsączanie, dodawanie przypraw i cukru, wekowanie i opisywanie słoików.
Zapach jaki wydają smażone śliwki jest niepowtarzalny… Uwielbiam kiedy rozchodzi się po domu, wciska w każdy jego zakątek. Czuję go nawet na tarasie, gdy w skradzionej wolnej chwili czytam książkę. Dziś dodatkowo kruche ze śliwkami… mmm… nic prostszego, nic smaczniejszego.
















I wszystko byłoby pięknie gdyby nie nasz domowy zwierzyniec, który przysparza nam ostatnio sporo problemów.
Kąpał ktoś kota pod prysznicem? No to właśnie mieliśmy niedawno taką przyjemność. Z konieczności. Nie abym ja lub tym bardziej kotka miała nagle taki kaprys. Z braku stosownego szamponu, nie miałam wyjścia – poszła spora porcja mojego osobistego „puszyste od nasady aż po końce” czy coś w tym rodzaju.
Drugi zwierz, czyli Fafcio... to sprawa poważniejsza. Od prawie tygodnia walczymy z babeszjozą… Przeszedł cały cykl leczenia ciężką artylerią leków, schudł makabrycznie, jest bardzo słaby i taki… obojętny. Kotka paraduje mu przed nosem a on ani oczkiem nie mrugnie. Uleciała z niego cała psia radość życia i nieposkromiona witalność. Po 5 dniach leczenia pani weterynarz zaszczepiła w nas nadzieję, że pies z tego wyjdzie.
Opuściła mnie więc wizja Fafcia brykającego po niebiańskich łączkach ze złotą kosteczką w pysku. Zaprzestałam też wypatrywać wokół domu, pod którym to drzewkiem urządzić mu miejsce wiecznego spoczynku... Ale krucha to nadzieja, bo pies wygląda naprawdę marnie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz