środa, 31 października 2012

Strrrrraszny rachunek!

Mężon to jednak czasami ma rację. Że jestem sierotaboża. Bo:
Od jakiegoś czasu miałam dziwnie duże rachunki za mój fon. Aaale tam, myślę sobie: kuuurcze, no przekroczyłam abonament, trudno zdarza się, zacznę kontrolować rozmowy. Jednakże, kurden blaszka, w następnym miesiącu to samo. Cichcem rachuneczek zapłaciłam, aby się Pan Mąż nie dowiedział, że żona marnotrawi ciężko zarobione pieniądze na pitu_pitu przez telefon. Gdzieś tak przy piątym mooocno za dużym rachunku postanowiłam pojechać do operatora i się dowiedzieć co i jak, bo z bilingów nie wyłapywałam o co kaman, skoro mam duży abonament i darmowe numery do kogo trzeba. Więc skąd? Ano stąd żem jak wspomniała powyżej sierota. Wcale nie dlatego, że nagle zaczęłam wydzwaniać, powiedzmy do Honolulu.
Otóżsiębyłookazałoże:
Pół roku temu zakończyła się mi była umowa na darmowe coś tam i buliłam za wszystko. Szczególnie zaś za to co według mego przekonania miałam mieć darmowe. Yh. Więc te rozmowy z moją Mamą po 20, albo i więcej, minut, z Synem osiadłym we Warszawie, a nawet z Teściową, płaciłam wg normalnej taryfy.
Dziwne jednakże jest to, że Szanowny Pan Operator co miesiąc przypomina mi esemesem, że mam fakturę zapłacić, że sobie mogę jakieś czasoumilacze wykupić i kilka innych duperszpitów śle, a nie powiadomił, lojalnego, choć biję się w pierś gapowatego, klienta, że wygasa mu wkrótce umowa. Miła Pani, co u operatora siedzi i się na tych telefonach i pakietach zna jak mało kto, rozłożyła bezradnie ręce i posyłając mi uroczy uśmiech odpowiedziała:
- No cóż, każdy powinien pilnować umów, które podpisuje.
No i rację miała. Ale mimo wszystko nie lubię cię ty... operatoru gupi jeden ty!
Koniec końców, stałam się posiadaczkę ślicznego nowego telefoniku, który póki co stanowi dla mnie jedną ogromną zagadkę. Oprócz tego mam od groma i ciut ciut darmowego wszystkiego, dostępów i tu i tam, oczywiście mam też widoki na niższy rachunek, i jeszcze jedno mam: na półce z całą naszą dokumentacją wszelaką  nowy segregator podpisany tak:
AGA FON UMOWA END LISTOPAD 2014.
Ha! Teraz to mnie panie operatorze nie oskubiesz :)

Gnam piec halołinowe ciasteczka plus (hłe hłe – nomen omen) babeczki z biszkoptowym kapturkiem. Halołin czniam, ale straszne ciasteczka lubimy i powycinane dyńki też. Choć ta nasza straszna wcale nie jest, raczej taka gapowata, jak i jej twórczyni czyli ja.
No i dobrze. Ostatnio postraszył mnie rachunek za telefon. Wystarczy mi więc. Strachów.



poniedziałek, 29 października 2012

29 października... czyli co warto wiedzieć o łuszczycy

Kilka dni temu media odtrąbiły „dzień kundelka”. Nie ma problemu - sama mam kundla w domu i z tej okazji kupiłam mu ogromną kosteczkę :)
W kalendarzu świąt nietypowych pod datą 30 października - to jutro - wpisany jest „dzień spódnicy”. Zapewne wspomną o tym telewizje śniadaniowe, portale internetowe i główne wydania wszelkich programów informacyjnych, być może na marginesie, być może z przymrużeniem oka, ale jednak wspomną.

Dzisiaj jest 29 października.
Tego dnia  obchodzony jest World Psoriasis Day – Światowy Dzień Chorych na Łuszczycę. Ale czy ktoś z Was słyszał dziś o tym w mediach? Może gdzieś w lokalnych, szczególnie tam, gdzie prężnie działają stowarzyszenia pacjenckie zrzeszające osoby cierpiące na tą chorobę. Ale media o zasięgu ogólnokrajowym milczą. Bo i po co mówić o czymś takim, a fee!, brzydkim.
O dzisiejszym dniu będzie cicho. A szkoda.
Bo w „świętowaniu” dnia chorego na tą czy inną chorobę, nie chodzi o to, aby składać chorym życzenia, ot choćby powrotu do zdrowia. Taki dzień pełni funkcję przede wszystkim informacyjną. Ma zwrócić uwagę zdrowej części społeczeństwa, na ludzi cierpiących na dane schorzenie, uwrażliwić na ich problemy, a także najzwyczajniej w świecie przekazać garść niezbędnej wiedzy.


Nie chcę dziś pisać o tym jak wygląda życie chorego zmagającego się z łuszczycą, jego rozterkach, rozpaczy, nadziejach…, nie chcę pisać na czym polega leczenie, jak czasami jest trudne i jak mało efektywne – bo pisałam o tym niejednokrotnie na blogu. Wpisy te są oznaczone etykietą „psoriasis”. Dziś chciałabym krótko zasygnalizować co Ty i... Ty powinniście wiedzieć o mojej chorobie. Tak abyście nie bali się mnie, i abyście czasami potrafili okazać zrozumienie mojej słabości – szczególnie wtedy kiedy nawrót choroby silnie naznaczy i uprzykrzy moją codzienność.

Najważniejsze co musisz wiedzieć o mojej chorobie, to, to, że łuszczyca jest niezaraźliwa. Możesz razem ze mną pracować, spotkać się na kawie, pożyczyć ode mnie rękawiczki, kiedy zgubisz swoje, możesz umyć ręce tym samym mydłem w moim domu, nawet pójść ze mną na basen. W sklepie możesz przymierzyć te same buty, które mierzyłam ja. Nie zarazisz się od mnie moją chorobą. To dobra wiadomość, prawda?


Czasami możesz odbierać mój wygląd jako niechlujny, ale nie oznacza to, że nie dbam o siebie. Moja skóra jest bardzo sucha. Zmiany chorobowe pokryte są suchymi łuskami, które często po prostu pozostają na moim ubraniu czy włosach – stąd ten nieestetyczny efekt. Uwierz, robię wszystko aby było to jak najmniej widoczne, walczę z tym nieustannie, ale moja skóra jest szybsza. W Twojej zdrowej skórze proces odnawiania naskórka trwa aż 28 dni. Moja, chorująca na łuszczycę skóra, cały ten proces przerabia w 4 dni. Nie wiem dlaczego tak się spieszy? Nauka też tego nie jest pewna – być może jest to uwarunkowane genetycznie, być może immunologicznie, może psychologicznie… Przez ten pośpiech mój naskórek jest złuszczony w sposób nieprawidłowy, dlatego na powierzchni mojej skóry pojawiają zmienione chorobowo miejsca z nawarstwiającymi się, martwymi komórkami. Niestety, choć podejmuję różne działania - lecznicze, dietetyczne, kosmetyczne - nie mam na to wpływu…

Ludzie reagują nieufanie na tych, którzy wyglądają „inaczej”. Dlatego zarówno ja, jak i wielu chorujących na łuszczycę, staramy się skrywać swoją skórą przed Twoimi oczami. Nie dziw się więc, że w upalne dni nosimy długie spodnie, długie rękawy. Nawet nie wiesz jak marzymy aby czuć wówczas dotyk wiatru na skórze... Nie pytaj więc „Dlaczego się tak ubrałaś ciepło? Nie gorąco ci?”. Nie każdy z chorych potrafi tak jak ja odważnie powiedzieć: „Ponieważ jestem chora na łuszczycę i nie lubię epatować tym wyglądem”.


To są najważniejsze informacje, które jako osoba postronna, powinieneś wiedzieć o chorobie skóry, która dotyka według różnych źródeł od 1 do 4 procent ludzi na świecie. Mojej chorobie.

Jestem kobietą, żoną, mamą, córką, pracownikiem, przyjaciółką, społecznikiem. Lubię czytać, fotografować, spędzać czas w swoim ogrodzie, pływać w rzece tuż za moim domem. Jeździć rowerem. Czasami lubię poleniuchować, a czasami zatracam się w pracy. Śmieję się, płaczę, wzruszam. Kocham, lubię, czasami się wkurzam. Jestem taka jak Ty. Mam tylko inną skórę. Dla mnie jest ona utrapieniem, ale na szczęście, dla Ciebie nie stanowi żadnego zagrożenia.

sobota, 27 października 2012

Przyjszła zima, głupia jedna, no!

Łuuu... Tak to ja się nie bawię!
Budzę się rano, póki co nieświadoma tego co za oknem, bo dałam się onegdaj namówić Mężonowi na „pancerne” rolety w sypialni, przez które najmniejszy promień światła się nie przeciśnie. Cichcem i po omacku podążam do salonu, slalomem omijając miauczącego i tańczącego wokół moich nóg kota. Odsłaniam żaluzje i… ojej! Przyszła do nas Pani Zima. I to od razu wprowadziła się z całym swoim majdanem i asortymentem złośliwości: temperatura poniżej zera, hula wiatr, zacina lodowaty śnieg, ślisko. Paskudztwo.
Ukochane me rudbekie skute lodem...


Wyjątkowo mocna kawa, plus gorące mleko…
Uf - udało się - obudziłam się ostatecznie i nieodwracalnie. Zerkam ponownie za okno – to samo. Wieje i biało. Pies zwinięty w budzie, ani myśli wyjść na krótką choćby przebieżkę. Kot rezygnuje ze spacerku do stodoły po sąsiedzku. Ja mam w perspektywie półgodzinny spacer do pracy, więc myślę, myślę, gdzie też to zapodziałam zimowe butki i kurteczkę. Czyżby hen tam wysoko na stryszku?
Śniadaniowe zapachy rozchodzące się z kuchni, budzą Mareckiego, który rzecze:
- Poczekaj, odwiozę cię do pracy.
No nie powiem bym zbyt długo się wzbraniała. Takie deklaracje to ja lubię, i owszem.
Ten pierwszy zimowy dzień kończymy pierwszym w tym sezonie kominkiem.
Pachnie ciastem, które upiekłam z przepisu skradzionego z bloga po sąsiedzku – polecam  :)



A poza tym… co za noc – o godzinę dłuższa! Jak jej nie kochać… Pomimo tego, że już zimowa!
Słuchamy Ray'a Charles'a.
Grzejemy się w ogniu kominka.
Czytam jak zwykle dwie książki na raz...

wtorek, 23 października 2012

Takie tam...voila!

Jesień była ale się we mgle rozmyła, ale nie marudzić, nie marudzić.
Było słońce? Było! Od początku września po prawie końcówkę października.
Ciepełko było? Było!
Kolorowe liście pod nogami w parku szur_szur_szurały? Szurały!
Grzybki w lesie nieoczekiwanie pojawiły się? Pojawiły!
A wrzosy kwitły? No jak szalone kwitły!
Pachniało jesienią? Oj pachniało, pachniało...
To teraz ma prawo nadejść listopad, a po nim zima, bo potem to już wiadomo - będzie wiosna.
W ogródku prawie wszystko oklapło od nocnych chłodów. Wszystko oprócz… ha! Mojego iście wiosennego śniadanka!
Rzodkiewka, natka pietruszki, rukola i… rudbekia jakby z innej, niewiosennej bajki.
Rudbekii jeść nie zamierzam, ale w jej towarzystwie i owszem.
Rudbekia to piękny dar lata dla jesieni.
Rudbekia to takie słońce w miniaturze.
Nie straszne jej przymrozki, ani nawet pogromca flory – nasz pies osobisty Fafon, podlec wcielony.
Z nudów jesiennych przegryzł dopiero co posadzone drzewka owocowe – śliwkę i wiśnię. Za karę, no nie ma przeproś, wylądował pod klucz w swej rezydencji, czyli kojcu. Bo chyba gdzieś po drodze zapomniałam napisać, że wczesnym latem (oj kiedyż to, kiedy było!) wreszcie doczekaliśmy się zarówno ogrodzenia po sąsiedzku z Gosią jak i kojca dla Fafcia – prawdziwej psiej rezydencji (zdecydowanie większej niż standardowo ), zwanej przez nas „Rezydencją pod brzózką”. Fafik dobrze wie, za co tam wylądował, bo uszy kładzie, oczka niewinne robi i grzeczniutko w budce siedzi.
Gosienia na pocieszenie obiecała nam podchowanego orzecha włoskiego i leszczynę. W czwartek jedziemy więc do Gosieni i Mirasa po drzewka.
A tylko Fafonie się do nich zbliż!

Mgły zawisły ciężką kotarą tuż, tuż nad ziemią, idzie w zapomnienie słynna, ukochana złota i w dodatku polska jesień. Ale to nic. Taka kolej rzeczy, pór roku, życia.

- Mamo, Michał powiedział, że zamawia na sobotnie śniadanko takiego hot doga jakiego dziś zrobiłaś.
- A skąd niby Michał wie co ja dziś robiłam ci na kolację?
- No… powiedziałam mu na gadu, przecież.
Tak oto opłotkami odkryłam, że w oczach syna małego awansowałam na master chef’a.
A do hot doga walnęłam jeno ku urozmaiceniu: sałatę, plaster, podziurawionego jak sto nieszczęść, sera żółtego, posiekanego własnoręcznie pomidora, rzodkiewkę, rukolę i oczywiście paróweczkę z sosami.
Voila :)

piątek, 19 października 2012

Pomiędzy spadającymi liśćmi

W barwnym zaciszu jesiennych dni dzieją się rzeczy duże i małe. Kolekcjonuję je niczym koraliki jarzębiny i dzikiej róży nanizane na żyłkę. Jedne witam z radością, inne wolałabym aby się nigdy nie stały.
Jednego dnia Felix Baumgartner robi wielki skok na Ziemię niemalże z krawędzi Kosmosu. Trzymam kciuki, tak jak zapewne nasi rodzice trzymali kciuki za pierwszy krok na Księżycu Neila Armstronga. 
Drugiego, Stadion Narodowy zamienia się w Basen Narodowy, ku uciesze gawiedzi i nie w smak politykom. No cóż śmieję się tak jak i inni, a później kibicuję polskim piłkarzom. 
Trzeciego, ktoś bez serca brutalnie bezcześci pamięć o Ludziach, którzy dla mnie, dla ciebie, dla niego, dla was byli tylko anonimowymi twarzami, a dla kogoś miłością bez końca…
Tego nie potrafię i NIE CHCĘ pojąć, że tak można deptać Człowieka... Bo nie można przecież! Więc dlaczego… Nie chcę znać odpowiedzi.


…za oknem w pracy niezmiennie mruga do mnie klon tysiącem żółtych liści. Z każdym dniem jest ich coraz mniej ale i tak wciąż kolorowo. Jesień nas rozpieszcza i bardzo dobrze. Nieoczekiwanie w lesie pojawiły się grzyby, szału nie ma, ale kilka słoiczków marynowanych uda się zrobić. Suszone mam w sporym zapasie, ale marynowane dawno wyszły. 



Między jednym spadającym liściem a drugim, powstał kubraczek na wino dla pewnej wielbicielki kotów:





sobota, 13 października 2012

Październik

Rankiem dom zapachniał jabłkami, wanilią i cynamonem. Szarlotka – nie ma lepszego ciasta na jesienny dzień, który zaczął się mgliście i zimno… brrr.  Ale potem wiatr osłabł, mgła osiadła wilgocią na tarasie, chmury gdzieś się zapodziały, wyszło słońce. Październik zwykle jest piękny bo mieni się kolorami, no i najdłuższy miesiąc w roku – wszak właśnie w październiku zmieniamy czas na zimowy i śpimy godzinkę dłużej – juhu! Ale to dopiero za ponad dwa tygodnie.
Póki co otuliłam się tym ciepłym październikiem i kilkoma fajnymi sprawami, które zdarzyły się po drodze. Przede wszystkim mam wreszcie za sobą trudną premierę mini spektaklu z okazji i ku czci i pławię się w cud miód uczuciu sukcesiku, choćby na miarę mego mikroświata zawodowego. …się udało, się podobało, trud i rozterki twórcze nagrodzone brawami i miłymi słowami. Kto nie lubi jak mu się coś uda, no kto???
- Choć na kawę na ławeczkę – Marko oderwał się od grabienia olchowych liści z trawnika, a mnie od lasagne, którą to szykowałam na obiad. A czego nie! Lasagne nie ucieknie, obiad można zjeść godzinę później, poprasować można godzinę później, odkurzanie - trudno raz na jakiś czas - można sobie odpuścić. Ale czas spędzony razem, ot tak po prostu i już – bezcenny.
Cenię chwile kiedy po prostu jesteśmy blisko…



poniedziałek, 8 października 2012

CYKnięty weekend

Łykend minął rodzinnie i przyjacielsko. I jesień chwilowo była łaskawa – świetlista, kolorowa, słoneczna, pachnąca. Mój mózg cyknął kilka fotek, które wyświetlają się w mojej głowie ilekroć zamknę oczy…

CYK - fotka 1
Wjeżdża na stację lokomotywa. Nie sapie, nie dyszy bo jest nowoczesna, elektryczna, a i tak opóźniona. Przywiozła mi z dalekiego miasta Syna, więc i tak ją lubię.

CYK - fotka 2
Wybyliśmy do lasu na grzyby. Las był, my byliśmy, grzybów nie było. Ot kilka sztuk i tyle. Drugi rok z rzędu bezgrzybny. Brzydko, bardzo brzydko Matko Naturo! Podkradłam ciut ciut leśnego runa pod hortensje w moim ogródku – oj brzyyydko, brzydko (matko Agnieszko).

CYK - fotka 3
Spotkanie w gronie przyjaciół, nocne rozmowy przy wyśmienitym stole i różowym winie, próba spojrzenia na własne podwórko z perspektywy okna innych i od razu jest szansa na złapanie dystansu do swojej piaskownicy. Bo najgorsze co może człowiek zrobić dla siebie, to usiąść bezczynnie i czynnie uprawiać czarnowidztwo. Najmniejszy drobiazg urasta do rozmiaru totalnego kataklizmu. Oczywiście w rozmiarze XXL. Dlatego czasami trzeba koniecznie spotkać się z ludźmi przyjaznymi, ciepłymi, otwartymi, przypatrzeć się ich oczami sobie i rzeczywistości.

CYK – fotka 4
W pokoju pierwszym Mężon bez przekonania zgłębia tajniki past perfect continuous, w drugim znudzony gimnazjalista wczytuje się w dość smętne koleje losu Zbyszka z Bogdańca i Danuśki Jurandówny. W kolejnym student (sic!) kreśli pierwsze rzuty techniczne surrealistycznych, jak dla mnie, brył. No, a w kuchni pełną parą chodzi taśma fabryczna produkująca pierogi domowe – tym razem z wołowiną i soczewicą. Kto przy taśmie stoi – proszę sobie dośpiewać.

CYK - fotka 5
Jest już wieczór. Chłodny z barwnym zachodem słońca. Słońce pokonuje coraz krótszą trasę od swej pobudki do snu. Jeszcze nie tak dawno trzeba było mocno wychylić się na tarasie w prawo aby popatrzeć jak zachodzi, a teraz daje nura za horyzont dokładnie vis a vis salonu. Kotka ma za nic sentymenty. Polazła do stodoły po sąsiedzku wyspać się na pachnącym sianie i nawet łapką nie pomachała Michałowi na pożegnanie. Syn spakowany i wyjechany. W domu ucichło. Nie słychać przekomarzań synów, nie drze mordki kot. Pies zaszył się w budzie, ale po chwili wyskakuje z jazgotem, bo przed nosem przebiega mu ruda wiewiórka. Płynnymi susami sprytnie czmycha na sam wierzchołek olchy, gdzie nawet wzrok Fafika nie sięga. Pies wraca do budy, śnić o czarnych kotkach, a może i o rudych wiewiórkach.
… i nawet zegar nie cyka, bo ja nie znoszę cykania zegarów.

fotka 6 – CYK… iskierka zgasła.

Zaczął się trudny dla mnie tydzień, ale za to w piąąątek, jak zalegnę na kanaapie, jak zarzuucę nogi na stoliczek, jak jaa się będę leenić! A co najmniej ze 3 godziny.




piątek, 5 października 2012

Panta rhei

- Cieszę się, że jestem ze swoją rodziną – rzekł syn z żartobliwym patosem skrytym za parawanem przekąsu, kiedy już kończyliśmy kolację na cześć i chwałę jego pierwszego studenckiego tygodnia w dużym mieście i moich urodzin.
Dziękuję Synu za te słowa... Cokolwiek będzie i gdziekolwiek każdy z nas będzie, to właśnie powinno być siłą każdego z nas.
Notki urodzinowej jednak nie będzie. Napisałam, ale wyszła zbyt ckliwa emocjonalnie, więc dam sobie spokój z publikacją. Trudno, jednak nie wszystko nadaje się na bloga.
Paradoksalnie chyba z tej radości jest mi dziś smutno… Dotarło do mnie tak naprawdę, że wszystko się zmienia, ewaluuje. Świat nie stoi w miejscu – ani ten mój maleńki, ani ten wielki obok mnie. Nie da się zatrzymać czasu, bo i po co.

wtorek, 2 października 2012

Święty spokój must have

Nie lubię mieć setek spraw w toku. Wolę święty spokój i gdy wszystko jest rozwiązane, sfinalizowane, zakończone, ułożone i wyjaśnione. Może to i mało popularne w tym zabieganym świecie, ale ja nigdy nie goniłam za tym co top trendy i must have.
Poza tym nieustannie trzymam kciuki za studencko-warszawski start Syna Dużego więc mam paluszki zajęte – bo mocno zaciśnięte w kciuki.
Jabłka zerwaliśmy z jabłonki zabłąkanej nad rzeczką… Pocięte w plasterki, suszą się i pachną.  I winogrona wbiliśmy do słoja – niech się czyni winko, a co!
Tak toczy się jesień....
I byle do piątku!
Z trzech powodów:
zacznie się łykend, a ja muszę odpocząć od pracy, i przyjedzie Mich :) i skończę sobie 41 lat :)
Tak, łykend to jest dopiero mast have!