poniedziałek, 8 października 2012

CYKnięty weekend

Łykend minął rodzinnie i przyjacielsko. I jesień chwilowo była łaskawa – świetlista, kolorowa, słoneczna, pachnąca. Mój mózg cyknął kilka fotek, które wyświetlają się w mojej głowie ilekroć zamknę oczy…

CYK - fotka 1
Wjeżdża na stację lokomotywa. Nie sapie, nie dyszy bo jest nowoczesna, elektryczna, a i tak opóźniona. Przywiozła mi z dalekiego miasta Syna, więc i tak ją lubię.

CYK - fotka 2
Wybyliśmy do lasu na grzyby. Las był, my byliśmy, grzybów nie było. Ot kilka sztuk i tyle. Drugi rok z rzędu bezgrzybny. Brzydko, bardzo brzydko Matko Naturo! Podkradłam ciut ciut leśnego runa pod hortensje w moim ogródku – oj brzyyydko, brzydko (matko Agnieszko).

CYK - fotka 3
Spotkanie w gronie przyjaciół, nocne rozmowy przy wyśmienitym stole i różowym winie, próba spojrzenia na własne podwórko z perspektywy okna innych i od razu jest szansa na złapanie dystansu do swojej piaskownicy. Bo najgorsze co może człowiek zrobić dla siebie, to usiąść bezczynnie i czynnie uprawiać czarnowidztwo. Najmniejszy drobiazg urasta do rozmiaru totalnego kataklizmu. Oczywiście w rozmiarze XXL. Dlatego czasami trzeba koniecznie spotkać się z ludźmi przyjaznymi, ciepłymi, otwartymi, przypatrzeć się ich oczami sobie i rzeczywistości.

CYK – fotka 4
W pokoju pierwszym Mężon bez przekonania zgłębia tajniki past perfect continuous, w drugim znudzony gimnazjalista wczytuje się w dość smętne koleje losu Zbyszka z Bogdańca i Danuśki Jurandówny. W kolejnym student (sic!) kreśli pierwsze rzuty techniczne surrealistycznych, jak dla mnie, brył. No, a w kuchni pełną parą chodzi taśma fabryczna produkująca pierogi domowe – tym razem z wołowiną i soczewicą. Kto przy taśmie stoi – proszę sobie dośpiewać.

CYK - fotka 5
Jest już wieczór. Chłodny z barwnym zachodem słońca. Słońce pokonuje coraz krótszą trasę od swej pobudki do snu. Jeszcze nie tak dawno trzeba było mocno wychylić się na tarasie w prawo aby popatrzeć jak zachodzi, a teraz daje nura za horyzont dokładnie vis a vis salonu. Kotka ma za nic sentymenty. Polazła do stodoły po sąsiedzku wyspać się na pachnącym sianie i nawet łapką nie pomachała Michałowi na pożegnanie. Syn spakowany i wyjechany. W domu ucichło. Nie słychać przekomarzań synów, nie drze mordki kot. Pies zaszył się w budzie, ale po chwili wyskakuje z jazgotem, bo przed nosem przebiega mu ruda wiewiórka. Płynnymi susami sprytnie czmycha na sam wierzchołek olchy, gdzie nawet wzrok Fafika nie sięga. Pies wraca do budy, śnić o czarnych kotkach, a może i o rudych wiewiórkach.
… i nawet zegar nie cyka, bo ja nie znoszę cykania zegarów.

fotka 6 – CYK… iskierka zgasła.

Zaczął się trudny dla mnie tydzień, ale za to w piąąątek, jak zalegnę na kanaapie, jak zarzuucę nogi na stoliczek, jak jaa się będę leenić! A co najmniej ze 3 godziny.




2 komentarze:

  1. Aguśjak zwykle z wielka przyjemnością czytam twojego bloga, ulotne chwile codzienności, zmartwienia, smutki, radości i rozterki- czyli samo życie, te wszystkie drobne chwile, które tak szybko nam ulatują, czytając co piszesz uświadamiam sobie że często też tak czuję i podobnie przeżywam chwile, pozdrawiam Amermalgosia

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam w świętokrzyskie lasy, nie dalej jak wczoraj teściowe przywieżli dwa wiadra kozaków i podgrzybków. Było też kilka borowików. Dziś pieknie pachnie suszem grzybowym w całym domu.

    Kobieta spełniona.

    OdpowiedzUsuń