piątek, 19 października 2012

Pomiędzy spadającymi liśćmi

W barwnym zaciszu jesiennych dni dzieją się rzeczy duże i małe. Kolekcjonuję je niczym koraliki jarzębiny i dzikiej róży nanizane na żyłkę. Jedne witam z radością, inne wolałabym aby się nigdy nie stały.
Jednego dnia Felix Baumgartner robi wielki skok na Ziemię niemalże z krawędzi Kosmosu. Trzymam kciuki, tak jak zapewne nasi rodzice trzymali kciuki za pierwszy krok na Księżycu Neila Armstronga. 
Drugiego, Stadion Narodowy zamienia się w Basen Narodowy, ku uciesze gawiedzi i nie w smak politykom. No cóż śmieję się tak jak i inni, a później kibicuję polskim piłkarzom. 
Trzeciego, ktoś bez serca brutalnie bezcześci pamięć o Ludziach, którzy dla mnie, dla ciebie, dla niego, dla was byli tylko anonimowymi twarzami, a dla kogoś miłością bez końca…
Tego nie potrafię i NIE CHCĘ pojąć, że tak można deptać Człowieka... Bo nie można przecież! Więc dlaczego… Nie chcę znać odpowiedzi.


…za oknem w pracy niezmiennie mruga do mnie klon tysiącem żółtych liści. Z każdym dniem jest ich coraz mniej ale i tak wciąż kolorowo. Jesień nas rozpieszcza i bardzo dobrze. Nieoczekiwanie w lesie pojawiły się grzyby, szału nie ma, ale kilka słoiczków marynowanych uda się zrobić. Suszone mam w sporym zapasie, ale marynowane dawno wyszły. 



Między jednym spadającym liściem a drugim, powstał kubraczek na wino dla pewnej wielbicielki kotów:





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz