sobota, 27 października 2012

Przyjszła zima, głupia jedna, no!

Łuuu... Tak to ja się nie bawię!
Budzę się rano, póki co nieświadoma tego co za oknem, bo dałam się onegdaj namówić Mężonowi na „pancerne” rolety w sypialni, przez które najmniejszy promień światła się nie przeciśnie. Cichcem i po omacku podążam do salonu, slalomem omijając miauczącego i tańczącego wokół moich nóg kota. Odsłaniam żaluzje i… ojej! Przyszła do nas Pani Zima. I to od razu wprowadziła się z całym swoim majdanem i asortymentem złośliwości: temperatura poniżej zera, hula wiatr, zacina lodowaty śnieg, ślisko. Paskudztwo.
Ukochane me rudbekie skute lodem...


Wyjątkowo mocna kawa, plus gorące mleko…
Uf - udało się - obudziłam się ostatecznie i nieodwracalnie. Zerkam ponownie za okno – to samo. Wieje i biało. Pies zwinięty w budzie, ani myśli wyjść na krótką choćby przebieżkę. Kot rezygnuje ze spacerku do stodoły po sąsiedzku. Ja mam w perspektywie półgodzinny spacer do pracy, więc myślę, myślę, gdzie też to zapodziałam zimowe butki i kurteczkę. Czyżby hen tam wysoko na stryszku?
Śniadaniowe zapachy rozchodzące się z kuchni, budzą Mareckiego, który rzecze:
- Poczekaj, odwiozę cię do pracy.
No nie powiem bym zbyt długo się wzbraniała. Takie deklaracje to ja lubię, i owszem.
Ten pierwszy zimowy dzień kończymy pierwszym w tym sezonie kominkiem.
Pachnie ciastem, które upiekłam z przepisu skradzionego z bloga po sąsiedzku – polecam  :)



A poza tym… co za noc – o godzinę dłuższa! Jak jej nie kochać… Pomimo tego, że już zimowa!
Słuchamy Ray'a Charles'a.
Grzejemy się w ogniu kominka.
Czytam jak zwykle dwie książki na raz...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz