wtorek, 23 października 2012

Takie tam...voila!

Jesień była ale się we mgle rozmyła, ale nie marudzić, nie marudzić.
Było słońce? Było! Od początku września po prawie końcówkę października.
Ciepełko było? Było!
Kolorowe liście pod nogami w parku szur_szur_szurały? Szurały!
Grzybki w lesie nieoczekiwanie pojawiły się? Pojawiły!
A wrzosy kwitły? No jak szalone kwitły!
Pachniało jesienią? Oj pachniało, pachniało...
To teraz ma prawo nadejść listopad, a po nim zima, bo potem to już wiadomo - będzie wiosna.
W ogródku prawie wszystko oklapło od nocnych chłodów. Wszystko oprócz… ha! Mojego iście wiosennego śniadanka!
Rzodkiewka, natka pietruszki, rukola i… rudbekia jakby z innej, niewiosennej bajki.
Rudbekii jeść nie zamierzam, ale w jej towarzystwie i owszem.
Rudbekia to piękny dar lata dla jesieni.
Rudbekia to takie słońce w miniaturze.
Nie straszne jej przymrozki, ani nawet pogromca flory – nasz pies osobisty Fafon, podlec wcielony.
Z nudów jesiennych przegryzł dopiero co posadzone drzewka owocowe – śliwkę i wiśnię. Za karę, no nie ma przeproś, wylądował pod klucz w swej rezydencji, czyli kojcu. Bo chyba gdzieś po drodze zapomniałam napisać, że wczesnym latem (oj kiedyż to, kiedy było!) wreszcie doczekaliśmy się zarówno ogrodzenia po sąsiedzku z Gosią jak i kojca dla Fafcia – prawdziwej psiej rezydencji (zdecydowanie większej niż standardowo ), zwanej przez nas „Rezydencją pod brzózką”. Fafik dobrze wie, za co tam wylądował, bo uszy kładzie, oczka niewinne robi i grzeczniutko w budce siedzi.
Gosienia na pocieszenie obiecała nam podchowanego orzecha włoskiego i leszczynę. W czwartek jedziemy więc do Gosieni i Mirasa po drzewka.
A tylko Fafonie się do nich zbliż!

Mgły zawisły ciężką kotarą tuż, tuż nad ziemią, idzie w zapomnienie słynna, ukochana złota i w dodatku polska jesień. Ale to nic. Taka kolej rzeczy, pór roku, życia.

- Mamo, Michał powiedział, że zamawia na sobotnie śniadanko takiego hot doga jakiego dziś zrobiłaś.
- A skąd niby Michał wie co ja dziś robiłam ci na kolację?
- No… powiedziałam mu na gadu, przecież.
Tak oto opłotkami odkryłam, że w oczach syna małego awansowałam na master chef’a.
A do hot doga walnęłam jeno ku urozmaiceniu: sałatę, plaster, podziurawionego jak sto nieszczęść, sera żółtego, posiekanego własnoręcznie pomidora, rzodkiewkę, rukolę i oczywiście paróweczkę z sosami.
Voila :)

1 komentarz:

  1. Przepraszam!!! Przez to, że nie zapisałam sobie adresu Twojego bloga, nie wręczyłam Ci nagrody z ciasteczkiem, a przecież należy Ci się, jak nie wiem, co!
    Postaram się błąd naprawić, a tymczasem pozdrawiam ciepło, ciepluteńko.
    U nas na wschodzie śnieg prószy od rana...

    OdpowiedzUsuń