piątek, 30 listopada 2012

Kuchenne lenistwo i inne takie tam

Ostatni dzień listopada i podobno ostatni dzień jesiennej, mglistej pogody, w każdym razie tak grożą wszystkie serwisy pogodowe. Że zima idzie. No trudno. Jakoś damy radę. Nie pierwsza, nie ostatnia, wcale się jej nie boimy, nawet bardzo ją lubimy… szczególnie gdy w domu, przy kominku siedzimy.
Upiekłam ciasto bananowe. Aby zaś nie było takie zwyczajne, bananowe phiii, no i dlatego, że zima idzie, ubrałam je w czekoladowy surducik. Marecki się denerwuje, że niby przeze mnie łamie zalecenia dietetyczne, no ale jaka to w tym moja wina? Dla synów piekę, no przecież. I aby w domu ładnie pachniało. Też.
A ciasto bananowe piec lubię, bo się przy nim człowiek nic, a nic nie napracuje i zawsze wychodzi… obłędne!
- To takie dziwne, mamo – dziwi się Jędrek – takie niby zwyczajne ciasto, a jakie pyszne!
Leń mną zawładnął i zrobiłam coś czego robić nie wolno – czyli ziemniaki na placki do placka po węgiersku potraktowałam maszynką do mielenia i już. Plackom nie zaszkodziło, a czy nożom maszynki też, okaże się, gdy przyjdzie mielić mak do makowca.
Od kiedy Michał poszerzył grono studentów na wyjeździe, awansował na łykendowego szefa naszej domowej kuchni, a mi przypadł w niej stołek podkuchennej. Niestety. Jak wiadomo meniu studenckie bywa monotonne, to sobie odbija w domu. W praktyce wygląda to tak, że on wymyśla ja realizuję.
Między rozgniataniem bananów a obieraniem ziemniaków, dla pewnego Andrzeja, przygotowałam kubraczek na winko z bardzo beztrosko zinterpretowanym motywem heraldycznym.  





Poza tym znowu mam awarię okularów. Może czas powrócić do soczewek...

niedziela, 25 listopada 2012

Będąc matką upierdliwą...

Jestem empatyczna. Jeśli zaś chodzi o synów dwóch to bywa, że poziom mojej empatii urasta ponad Mount Everest. Kiedy mnie ta empatia ściśnie, doszukuję totalnego kataklizmu choćby w chwilowo zadumanej facjacie syna jednego lub drugiego. Znam tę swoją przypadłość i staram się panować. Ale czasami wymyka się mi spod kontroli ;)
Kiedy podczas aktywnego trybu "matki upierdliwej", dostrzegę choćby cień melancholii na licu jednego lub drugiego, zaczynam epatować swą troską:
- Coś się stało? Smutny jesteś...
- Coś cię gnębi? Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć.
- Jesteśmy od tego aby ci w razie kłopotów pomóc.
- Pamiętaj, rodzice funkcjonują na zasadzie telefonu do przyjaciela. Tylko my tak prawdziwie ZAWSZE będziemy za tobą gdy będziesz miał problem…
- Mamo – nie wytrzymał, ironiczny jak zwykle, nieletni – czego ty się znowu naczytałaś? „Trudne sprawy” oglądałaś czy co?
- Mamo – rzekł syn dorosły, z politowaniem patrząc na mą troską upierdliwą – ja po prostu mam w tym tygodniu trzy kolosy i nie chce mi się uczyć.
A zdzielę jednego i drugiego ścierą przez plecy, będą tu się z matki zatroskanej nabijać. Yh!

piątek, 23 listopada 2012

Wietrzę

Podstęp wietrzę. No bo tak:
Zwykle o tej porze – niechybny schyłek roku, straszono zewsząd, że idą podwyżki, że będzie drożej, gorzej, i ogólnie dno. A tu nagle, nie wiedzieć czemu, podobnież prąd ma nie zdrożeć, gaz nawet stanieć. Stopy procentowe w dół – nie sądziłam, że kiedykolwiek będzie mnie to rajcowało. Oszczędzanie nie jest namiętnością ani moją ani tym bardziej mężona, ale ostatni rok dał nam popalić. Fachowcy remontowcy warszawskiego mieszkania wydoili nam konto bez drgnienia powieki. Dlatego niejako życie zmusiło nas do oglądania złotówek przed ich wydaniem. A tu nagle okazuje się, że kiedy już dojrzeliśmy do wprowadzenia programu oszczędnościowego, Państwo obiecuje łaskawie państwu Adze, Markowi i im podobnym, że będzie łaskawsze. Cuś nie chce mi się w to wierzyć. Dlatego wietrzę podstęp. Ale tfu_tfu – generalnie nie mam nic przeciwko. Niech stanie w miejscu co ma stanąć i niech zleci w dół co powinno. A ewentualne rezerwy finansowe damy radę zagospodarować – z tym nigdy nie ma problemu! Mikołaja trzeba jakoś wesprzeć, nie ma co tak wszystkiego na konto jego konta zrzucać.
Ajjj! Miałam w ramach bojkotu „magii świąt”, która to już od 2 listopada szwenda się po mediach, nie wspominać żadnego słowa związanego z grudniowym kalendarzem, co najmniej do rozpoczęcia adwentu. …ale to już lada dzień po sobocie, więc nie cofam.


PeeS. Przyszedł mi nowy rachuneczek za fonik – czterokrotnie niższy niż dotychczas! O jak ładnie :)


Pees 2. Chyba już wiem skąd te dobre wieści ekonomiczne na 2013 rok – toż 21 grudnia 2012 ma być wielkie BUM! i po sprawie, to dlatego takie obietnice. Dobrze czułam, że to podstęp, chaliera!

środa, 21 listopada 2012

Porcelanowa dwudziestka

Jechałam dziś rowerem przez moją mini wieś, potem (już nie)moje osiedle, wreszcie park rozświetlony listopadowym słońcem. Obmyślałam sobie w jakim stylu napisać dzisiejszą notkę aby uniknąć górnolotnej mamałygi, jak to mawia Tereska, bo temat mamałygowaty, ale zaryzykuję.

Nie wiem dlaczego dwudziestą rocznicę ślubu określa się mianem „porcelanowa”? Porcelana kojarzy się z kruchością, delikatnością, a przecież nie może być kruchym związek, który tylu lat dotrwał. Kompletny, dwudziestoletni serwis porcelanowy musiał być trwały, bo nie jednego po drodze doświadczył – wrzątek zaparzanej herbaty i zimną wodę podczas płukania. Pewnie i nie raz pod tym serwisem zatrząsł się stolik. Być może kiedyś jeden z elementów porcelanowego serwisu ukruszył się, ale mimo wszystko ktoś cierpliwie go skleił i dalej wiernie służy, cieszy oko i jest zwyczajnie nienaruszalną częścią całości.

Dwadzieścia lat temu było już prawie zimowo, mroźno, a wieczorem z nieba niespiesznie zleciało kilka płatków suchego śniegu. Rzuciłam na oko tylko świeży tusz, wcisnęłam się bez trudu w białą kieckę do samiuśkiej ziemi, wbrew przesądom wzięłam bukiet czerwonych, choć na wszelki wypadek pozbawionych kolców, róż i pomknęłam przed ołtarz. Obiecałam takiemu jednemu chłopakowi, że będę z nim w miłości i wierności, aż do dechy grobowej. I słowa dotrzymuję, a co!

Dwadzieścia lat w kontekście historii to nic, pstryknięcie palcem, albo jeszcze krócej, ale już w życiu człowieka to sporo czasu aby zdążyło się coś zmienić i zadziać.   

Dwadzieścia lat temu miałam głowę i serce wypełnione tylko miłością i marzeniami. Bogatą wyobraźnię, ale zero wyobrażeń o „życiu”. I nic więcej. Ani czterech kątów ani nic swojego co byłoby można w te kąty upchać. Nie wiedziałam w jakiej temperaturze prać ulubiony, niebieski sweter mojego męża, ani że do mielonych trzeba dodać jajko.

Zmieniło się dużo. Przez te dwadzieścia lat.
Bo synowie, bo dom z poziomkami nieopodal i lubczykiem tuż obok, a nawet kot i pies na dokładkę – jak z ckliwych powieści – żywcem z kart Ani z Zielonego Wzgórza. Choć bym skłamała - facjatki jednak brak.
Wszystko się zmieniło, bo mniej przyjaciół obok, mniej złudzeń, na koncie troszkę rozczarowań ale przecież i olśnień. Bilans na przestrzeni lat zrównoważony.
Coś doszło, coś odeszło. Czegoś jest mniej, czegoś więcej. I wcale po drodze nie było tak tylko prosto i jasno. Na szczęście bez huraganów, choć ziemia nie raz się poruszyła, ale z całkiem przyjemnych powodów.

Wszystko zmieniło się oprócz dwóch rzeczy: miłości i marzeń. Ale akurat w tych sprawach constans jest wskazany. Bo przecież miłość i marzenia nadają życiu znaczenie i sens. Są jego istotą, do tego się dąży. Do tego by kochać, być kochanym; marzyć i czynić starania aby te marzenia miały szansę zaistnieć realnie.

Dwadzieścia lat temu miałam głowę i serce wypełnione tylko  miłością i marzeniami.
Dziś, dwadzieścia lat później dzięki miłości i marzeniom mam coś więcej…




poniedziałek, 19 listopada 2012

Czasami

Czasami trzeba oderwać się choćby na chwilę, choćby tylko na dwa mrugnięcia okiem, wyjechać, odkleić, zostawić, a nawet porzucić…
A potem wrócić w swoje miejsce, wtulić się w ciepło, zapach, swoje czasem (nie)zwykłe sprawy.
I usmażyć naleśniki na maślance…
Posypać je cząstkami gruszki i plastrami banana, i uśmiechnąć do pomruków aprobaty tych, którzy je w ciszy pożerają.

Kilka drobnych ostatnich prac…




… i fragment czegoś większego, nad czym rozpoczynam pracować…



piątek, 16 listopada 2012

A czekoladą ten listopad!

Dziwnie się jakoś porobiło. Mało pozytywnej energii wokół czuję. Nie wiem czy tylko ja mam takiego pecha, czy to już ogólny trynd:
- Bo ludzie to jakieś sie wredne, pani, porobiły – usłyszałam ostatnio pomiędzy kupowaniem pietruszki a wyborem kapusty na gołąbki. No i niestety chyba moja różowookularowa wiara w CZŁOWIEKA usnęła snem zimowym, bo w duszy i całkiem wbrew sobie, przyznałam rację temu przypadkowemu obserwatorowi rzeczywistości. Skąd się to bierze? Z zazdrości? Zawiści? O co, czego, komu? A może tak zwyczajnie – ludzie mają w sobie mało słońca, mało miłości dla siebie i innych.
Bombardowanie taką złą energią i smutnymi wiadomości nie nastraja optymistycznie. Trudno skakać do góry jak kangury, jeśli co chwila potyka się człowiek o jakąś przeszkodę. Najczęściej przez drugiego homo sapiens podrzuconą. Smutno jakoś. Cholera jasna, czy nie da się, naprawdę nie da żyć prosto, bezkonfliktowo, po prostu i już?
Aby nie utopić się w tym listopadowym smutku, upiekłam obłędnie proste, obłędnie pyszne i obłędnie kaloryczne ciasteczka czekoladowe* naszpikowane czekoladą ku większej czekoladowości, a co tam! Robi się je krócej niż trwa smutek na cokolwiek. Ciasteczka wyglądem nie zachwycają, ale już smakiem… mmm! Poza tym każdy wie, że nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada, której choćby mały kęsek powoduje wzrost hormonu szczęścia czy tam serotoniny, jak kto woli bardziej oficjalną nomenklaturę. Eee…, że co? że kalorie? A cóż te parę kalorii wobec  bezcennej jak się okazuje serotoniny!
Idą najkrótsze dni w roku – jemy czekoladę, jemy i już!


* Przepis na czekoladowe ciasteczka pochodzi z bloga  Moje wypieki
Fotka moja :)

niedziela, 11 listopada 2012

Wszystkiego najlepszego!

Cieplutka jesień nie odpuszcza. I słusznie. Tak jak większość właścicieli domków, cieszy i mnie taka, a nie inna aura. Poczciwy termometr za oknem północnym wskazywał dziś 14 stopni! Ołje! Niedzielną kawę udało wypić się na tarasie.

11. listopada. Dziś moja Ojczyzna ma swoje święto. Dla niej to słońce, ten łagodny wiatr, te gasnące jesienne kolory, ten spokój w przyrodzie.
Moja Ojczyzna zaistniała ponownie na mapie Europy 94 lata temu. Wiekowa z niej Staruszka, ale przecież wcześniej przez 123 lata  wcale jej na tej mapie nie było. Była w sercach i umysłach moich przodków, którzy starali się aby na tę mapę powróciła. I dlatego przez pamięć i szacunek dla tych Ludzi przypięłam dziś narodową kokardę, Marko wywiesił małą flagę przy wejściu do domu. Zamiast bukietu kwiatów, którymi zwyczajowo obdarowuje się jubilatów.
Wszystkiego najlepszego Moja Ojczyzno!
Życzę Ci mądrych i troskliwych obywateli, aby kochali Cię, szanowali i chcieli z Tobą żyć, do Ciebie wracać, za Tobą tęsknić.


środa, 7 listopada 2012

Przeoczona kumulacja, eh!

Zapomniałam wysłać totka.
Totka puszczam od czasu do czasu, ze 4 razy w roku. Zwykle kiedy jest owczy pęd do kolektur, bo kulminacja czy kumulacja, nie wiem jak się to nazywa, ale wiem, że wtedy jest dużo do wygrania i dużo ludzi o tym dużo mówi. I duuuża kolejka jest do maszyny przyjmującej te duże ilości kuponów. Uniknęłam więc zbędnego stania w kolejce podobnych sobie jednodniowych milionerów-marzycieli. Patrzę bowiem na te „szczęśliwe’” cyfry/liczby i jestem pewna, że za nic bym nie wpadła aby takie właśnie wytypować. Reasumując dobrze, że sobie darowałam.
Siedzę w salonie z widokiem na bardzo brzydki listopadowy dzień i myślę co też ja bym uczyniła gdybym ów milion czy, nie daj Boże, kilka(dziesiąt) wygrała? Czy wybyłabym w trybie natychmiastowym  na koniec świata albo chociaż do ciepłych krajów? Wprost do hamaczka rozpiętego pomiędzy dwiema okazałymi palmami tuż nad piaskową plażą u stóp lazurowego morza tudzież oceanu? Czy poszłabym do pracy pracować czy może tylko po to by powiedzieć gudbaj, ja spadam? Wybudowałabym nowy dom? Gdzieś bardzo daleko? Gdzie jest może piękniej, może lepiej? Może tam gdzie jest morze, a może gdzie góry. Albo nad jeziorem… takim z ustronną zatoczką i uroczym, pachnącym drewnem pomostem, to byłoby coś! Może tam byliby ludzie lepsi, ja mądrzejsza, ładniejsza, zdolna i utalentowana? A gdyby tak zostać tu gdzie jestem? Przecież dobrze mi tu… A za te grube totolotkowe miliony zbudowałabym wokół siebie przestrzeń piękniejszą, wygodniejszą… Może właśnie tak. Czy za pieniądze totolotkowe dałoby się zmienić też ludzi i siebie? Na lepsze wersje…
Następnym razem postaram się kulminacji czy też kumulacji nie przeoczyć ;)

niedziela, 4 listopada 2012

Życie seksualne marchewki

To ja miałam dzień! A zaczął się już wczoraj wieczorem. Wieczór ów - z przyjaciółmi - przeciągnął się do księżycowo-gwieździstych godzin nocnych. A wszystko przez ten księżyc i Jowisz, i kilka wspominków, troszkę smuteczków i troszkę śmiechu,  muzyki i innych fików-mików. Zleciało.
Rano Marecki zarządził porządkowanie ogrodu przed zimą. Ło masz ci, nie miał kiedy.
- Ostatni dzwonek, zima idzie.
No to jak idzie, to poszliśmy i my do tego ogródka. Uprzednio jednakże musiałam odszukać moje ulubione, wesołe rękawiczki ogrodowe, w kwiatuszki, listeczki i takie tam. Później ganiałam za Fafikiem bo jemu też się spodobały. Przed pracą trzeba wypić kawkę, co nie? I znowu zleciało.
Jednakże zapał Mareckiego w końcu i mi się udzielił, i naprawdę – to były niesamowicie pracowite cztery godziny. Jest szansa, że wiosną to ja będę miała kwiatków a kwiatków.


Ja wiem, że cebulki to już od września powinny siedzieć w ziemi. Ale nie dałam rady wcześniej. Trudno, niech sobie teraz radzą – wierzę w nie.
Kosze wiklinowe za karę, że takie nie odporne na deszcze jesienne, poszły na stryszek. Będą tam kiblowały do wiosny. Z lawendą eksperymentować już nie zamierzam – przesadziłam z rabatki do doniczki i sruu do chłodnego pomieszczenia na zimowanie.

Ledwo dysząc wróciłam z ogródeczka do domu, a w nim: kotlety, sałata, pranie, prasowanie, łodkurzanie, zakupów robienie i kot się drze, że głodny, o jaki głodny! Takie tam ekscytujące sobotnie rozrywki.
- Mamo pomożesz mi ułożyć zdania z imiesłowami „śpiewający” i szyjący” bo już nie mam pomysłów.
Łożesz, litości nie ma dziecię, no.
- Synu, toż ja po pracach ogródkowych mam zakwasy nie tylko w łapach ale i mózgu, wiec jak mam się intelektualnie sprężyć?
- No, mamo… a ja tak liczyłem na inteligentną pomoc z twojej strony…
No jak, skubaniec, mnie podszedł.
- Pisz: „Chłopak śpiewający w programie TV fałszował niemiłosiernie, a chirurg szyjący ranę, nagle kichnął donośnie”.
Syn spojrzeniem zasygnalizował, że mój autorytet matki-humanistki gruchnął właśnie o podłogę i poszedł wymyślać jednak sam. Ma się te sposoby motywowania dziecka do samodzielnych prac domowych, he he.

Niedzielę spędzimy w stolicy, gdzie Mężon zamierza zostać bohaterem w mieszkaniu syna i samodzielnie zamontować to i owo. Przy okazji ja uskutecznię dyskretną wizytację kawalerskiego gospodarstwa, a co!


Aaa! Miało być o życiu seksualnym marchewki. No to proszę:


Takie to się amory pod naszym oknem, przez cały sezon odbywały. 
Nieźle się marchewki w tym warzywniku zabawiają.