środa, 21 listopada 2012

Porcelanowa dwudziestka

Jechałam dziś rowerem przez moją mini wieś, potem (już nie)moje osiedle, wreszcie park rozświetlony listopadowym słońcem. Obmyślałam sobie w jakim stylu napisać dzisiejszą notkę aby uniknąć górnolotnej mamałygi, jak to mawia Tereska, bo temat mamałygowaty, ale zaryzykuję.

Nie wiem dlaczego dwudziestą rocznicę ślubu określa się mianem „porcelanowa”? Porcelana kojarzy się z kruchością, delikatnością, a przecież nie może być kruchym związek, który tylu lat dotrwał. Kompletny, dwudziestoletni serwis porcelanowy musiał być trwały, bo nie jednego po drodze doświadczył – wrzątek zaparzanej herbaty i zimną wodę podczas płukania. Pewnie i nie raz pod tym serwisem zatrząsł się stolik. Być może kiedyś jeden z elementów porcelanowego serwisu ukruszył się, ale mimo wszystko ktoś cierpliwie go skleił i dalej wiernie służy, cieszy oko i jest zwyczajnie nienaruszalną częścią całości.

Dwadzieścia lat temu było już prawie zimowo, mroźno, a wieczorem z nieba niespiesznie zleciało kilka płatków suchego śniegu. Rzuciłam na oko tylko świeży tusz, wcisnęłam się bez trudu w białą kieckę do samiuśkiej ziemi, wbrew przesądom wzięłam bukiet czerwonych, choć na wszelki wypadek pozbawionych kolców, róż i pomknęłam przed ołtarz. Obiecałam takiemu jednemu chłopakowi, że będę z nim w miłości i wierności, aż do dechy grobowej. I słowa dotrzymuję, a co!

Dwadzieścia lat w kontekście historii to nic, pstryknięcie palcem, albo jeszcze krócej, ale już w życiu człowieka to sporo czasu aby zdążyło się coś zmienić i zadziać.   

Dwadzieścia lat temu miałam głowę i serce wypełnione tylko miłością i marzeniami. Bogatą wyobraźnię, ale zero wyobrażeń o „życiu”. I nic więcej. Ani czterech kątów ani nic swojego co byłoby można w te kąty upchać. Nie wiedziałam w jakiej temperaturze prać ulubiony, niebieski sweter mojego męża, ani że do mielonych trzeba dodać jajko.

Zmieniło się dużo. Przez te dwadzieścia lat.
Bo synowie, bo dom z poziomkami nieopodal i lubczykiem tuż obok, a nawet kot i pies na dokładkę – jak z ckliwych powieści – żywcem z kart Ani z Zielonego Wzgórza. Choć bym skłamała - facjatki jednak brak.
Wszystko się zmieniło, bo mniej przyjaciół obok, mniej złudzeń, na koncie troszkę rozczarowań ale przecież i olśnień. Bilans na przestrzeni lat zrównoważony.
Coś doszło, coś odeszło. Czegoś jest mniej, czegoś więcej. I wcale po drodze nie było tak tylko prosto i jasno. Na szczęście bez huraganów, choć ziemia nie raz się poruszyła, ale z całkiem przyjemnych powodów.

Wszystko zmieniło się oprócz dwóch rzeczy: miłości i marzeń. Ale akurat w tych sprawach constans jest wskazany. Bo przecież miłość i marzenia nadają życiu znaczenie i sens. Są jego istotą, do tego się dąży. Do tego by kochać, być kochanym; marzyć i czynić starania aby te marzenia miały szansę zaistnieć realnie.

Dwadzieścia lat temu miałam głowę i serce wypełnione tylko  miłością i marzeniami.
Dziś, dwadzieścia lat później dzięki miłości i marzeniom mam coś więcej…




3 komentarze:

  1. Gratuluję :) piękna rocznica :) i piękne to co napisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje, najlepsze życzenia dla Was i kolejnych pięknych dwudziestek! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję - i wielu kolejnych pięknych rocznic Wam życzę :)

    OdpowiedzUsuń