poniedziałek, 31 grudnia 2012

Okrągły rok

U schyłku każdego roku mawiam: jak ten rok szybko minął, niewiarygodne, jak szybko. Ale ostatnimi laty jakby szybciej... Odchodzący do lamusa rok 2012 był dla mojej rodziny dość intensywny – były zmiany, były wydarzenia radosne, były i trudne, było szampańsko – niczym o dwunastej w nocy na przełomie roku i lekko sennie jak to w sylwestrową noc zwykle bywa około 4 rano.
Kiedy rok 2012 się rodził jak zwykle w moim sercu trzepotał niepokój – jak to będzie, jak się wszystko poukłada? Ten rok pełen nowości w naszej rodzinie? Kiedy teraz usiadłam aby przyjrzeć się każdemu miesiącowi, uświadomiłam sobie, że był to rok podporządkowany Michałowi – i był to nasz świadomy wybór. Życie zaś zdecydowało za nas, że staliśmy się podporządkowani służbie zdrowia. A tego to już całkiem nie planowaliśmy.
A mniej więcej toczyło się tak:
Styczeń mroził nam tyłki, zahibernował w domu przy kominku. Szykowaliśmy się do studniówki Michała.
W lutym dopadł mnie przedwczesny syndrom opuszczanego gniazda. Stałam się bogatsza o różne przemyślenia związane z moim własnym dojrzewaniem do dorosłego rodzicielstwa. Bycie matką człowieka wchodzącego w dorosłość jest trudniejsze niż maluszka. Z maluszkiem wszystko jest łatwiejsze, łatwiej samemu podgrzać zupkę niż nauczyć jak ją ugotować, łatwiej podać gotowe recepty na codzienność, na radość, na zabawę, na sen. Ale przecież nie mogę swoim dzieciom całe życie podsuwać pod nos truskawek z oberwanymi szypułkami.
W marcu mieliśmy już dość zimy i wypatrywaliśmy wiosny.
W kwietniu przyleciały do gniazda tuż obok bociany, Marko pojechał z własnej i nieprzymuszonej woli rozprawić się z ósemką niesfornie rosnącą pod dziąsłem, a jak wyszło pokazał maj. W kwietniu nasz dom zyskał nowego lokatora – Kicię. Było z nią na początku troszkę zamieszania, bo kotka miała nas w głębokim poważaniu, ale ostatecznie przekupiła ją stale pełna micha i wonna sianem stodółka sąsiadki za płotem.
Maj, piękny maj to był u nas jak jazda na rollercoasterze. Ja złamałam rękę, Markowi przy okazji usuwania ósemek złamano szczękę, gdzieś mimochodem Michał zdawał maturę – działo się.
Czerwiec zdominowało nam Euro i domowa strefa kibica. Choć oczywiście wciąż najważniejsze były Michałowe wybory studenckie.
W lipcu z kolei Jędrek trenował z Marcinem Gortatem, ja pracowałam wakacyjnie i robiłam przetwory, którymi do tej pory obdzielam znajomych czy tego chcą czy nie. Michał dostał się na studia! Huuura!!! Przerwał hegemonię humanistów w rodzie, wrota otwarła przed nim polibuda, a czy się uda? Mocno w ciebie Synu wierzymy!
W sierpniu ruszyliśmy z akcją remontowania mieszkania warszawskiego dla naszego studenta. Kursowaliśmy więc do tej stolicy co i rusz i znowu było łazikowanie po sklepach z gresami, kafelkami, lampami, kibelkami i innymi takimi tam, których serdecznie po budowie domu mam dość.
We wrześniu trud (głównie finansowy, bo do prac zatrudniliśmy ekipę, która dość fachowo wyremontowała mieszkanie i równie fachowo sczyściła nam konto, cóż) został nagrodzony – odbyła się parapetówka u syna. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim Marecki intensywnie wznowił edukację języka angielskiego. Jędrek stał się „gimbusem” – ponoć tak się mówi na uczniów gimnazjum – nie wiedziałam.
W październiku, wbrew przewidywaniom, całkiem spokojnie zniosłam wyprowadzkę syna z domu. Dziecię pochłonęła stolica, a ja się uspokoiłam. Po co ja się tak zamartwiałam cały rok? Głupia baba ze mnie, Mężon rację ma. Czasami, ale jednak, hyhy.
W listopadzie zupełnie nie hucznie, tylko tak cichutko i dla siebie świętowaliśmy okrągłą rocznicę ślubu. Czasami znajomi dziwią się, że jak to ślub w listopadzie? Taki smętny miesiąc? Na szczęście nie ma zależności pomiędzy miesiącem, w którym się w związek wstępuje, a poziomem szczęścia pożycia małżeńskiego. Znam pary, które miały wszystko jak należy – er w nazwie miesiąca, coś niebieskiego, pożyczonego i tę całą otoczkę, i już dawno obchodzą okrągłe rocznice… rozwodów.
Grudzień nauczył mnie, że numery telefonów alarmowych w każdym domu powinny być wydrukowane dużymi cyframi i powieszone w widocznym miejscu, bo w chwilach alarmowych, człowiek zapomina jak się nazywa, jak włączyć ten pieprzony smartfon, a o prawidłowym wybraniu, znanego skądinąd numeru na pogotowie, nie ma mowy. Na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie! 

  
I tego właśnie wszystkim odwiedzającym mój blog życzę:
aby nadchodzący Nowy Rok 
za kilkanaście miesięcy zakończył się Wam POMYŚLNIE.
Bo to ładne słowo – pomyślność!
Najlepszego!

---------------
Post zainspirowany wpisem w Manufakturze radości – blog, którego lekturę bardzo polecam każdemu – na pogodę i niepogodę codziennego życia. 

niedziela, 30 grudnia 2012

I co ty tam piszesz kobieto?

Przedpołudniowe słońce cichcem zakradło się w narożnik salonu. Pijemy kawę. Ja piszę, bo lubię robić różne notatki, szkice. Marek skończył coś czytać, zapewne o gramofonach, hm, hm, i mnie morduje:
- Choć na spacer, choć, no choooć na spacer. A co tam piszesz, właściwie – i mi zagląda za plecami w laptopa, czego nie znoooszę.
- Wiesz, że nie lubię gdy się mnie tak znienacka podgląda.
- No pisz sobie, pisz. Ja nie jestem przecież Wałęsa aby zaraz obrażać się na żonę, że pisać zaczęła.

No i masz, i sobie pisz kobieto w skrytości bloga!

piątek, 28 grudnia 2012

Czar czarnej płyty

Mężon zadecydował, że w ramach wspólnego prezentu mikołajkowego, zakupimy nowy gramofon do płyt analogowych. Szkoda, że jakoś nigdy to ja nie mogę być pomysłodawcą wspólnego prezentu. Postawiłabym na ekspres do kawy, ale kto by tam w domu zdominowanym przez facetów słuchał mnie. 
Kolekcja płyt bogata, nie powiem, a poszła w zapomnienie lat temu naście kiedy to naszą  płytoteką zawładnęły płyty CD, a staremu gramofonowi padł był z wdziękiem napęd. Kiedy zaś Mężon wypatrzył w necie ileż to warta jest jego płytoteka – np. pierwsze, „czarne” wydania niektórych płyt Led Zeppelin, Floydów, Deep Purple, Jimiego Hendrixa i innych takich tam, poczuł się bogaczem. I tak, o - będziemy teraz słuchali trzeszczących płyt z duszą :)
Oczywiście fukałam i prychałam na ów nowy zakup, ale kiedy przeglądałam płyty, Michał zauważył:
- Jednak cię mamo wzięło.
I tak chaliera wydało się, że dopadły mnie wspomnienia…
Będąc młodą, zakochaną jeździłam z takim jednym facetem na giełdy płyt i do słynnego sklepu na Freta w Wawie. Tam ówczesny chłopak, a obecny Mężon wydawał całą kasę jaką posiadał na płyty, a ja bidulka byłam szczęśliwa, kiedy w parku jedliśmy na spółkę drożdżówkę, bo na kawę w kafejce było szkoda kasy, o drugiej drożdżówce nie było mowy – wszak wszystko szło na płyty.
Zawsze czułam dziwny pociąg do ludzi z pasją. 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Lód i ogień

W lodowych lampionach zakochałam się kilka dni temu, kiedy ów pomysł odkryłam na jednym z forum o wystroju wnętrz. Na szczęście mroźne noce przed totalnym kataklizmem – czyli dzisiejszą odwilżą, pozwoliły na wyczarowanie chociaż dwóch takich cudeniek. W wigilijny ranek wyswobodziłam lodowe bryły z plastykowych form i czym prędzej schowałam w zamrażalniku, aby dotrwały do dzisiejszej pierwszej gwiazdki, kiedy to wystawię je na taras i zapalę w nich świece. Ogień i lód – magiczne połączenie… By rozświetlić mrok tajemnej nocy, jedynej takiej w ciągu roku…





niedziela, 23 grudnia 2012

Cztery setki

Tak się składa, że to mój czterechsetny post na blogu. Blogu, który powstał całkiem przez przypadek, całkiem nieplanowanie, całkiem po co innego. Teraz już nawet nie pamiętam po co. Zresztą - czy to istotne.
Ten post też miał być inny, ale nie będę pisała o swoich oczekiwaniach świątecznych, pragnieniach, tęsknotach, niepokojach, obawach… może później, może kiedy indziej. Nie będę pisała o dniu spędzonym… nie będę…
Dziś, na koniec tego pracowitego dnia, szalenie mroźnego, rozbrzmiewającego świątecznymi nutami, pachnącego makowcem, chcę złożyć najcieplejsze życzenia Wszystkim Osobom, zaglądającym na tę moją wirtualną ścieżkę, którą podążam wrzucając obrazy z mojej codzienności…


Życzę Wam pięknych Świąt Bożego Narodzenia.
Pogodnych, rozśpiewanych kolędą, 
uśmiechniętych dobrymi wspomnieniami mijającego roku, 
ciepłych ciepłem serc, jasnych i rozświetlonych choinkowymi światełkami, 
pachnących świerkiem i pomarańczami, przytulnych, domowych, serdecznych, 
przepełnionych dobrem, miłością i bliskością. 
Dużo, dużo szczęścia…

piątek, 21 grudnia 2012

210. pierniczków i inne takie tam

Jesienne przesilenie – jupi joł!!! – ostatnia najdłuższa noc w roku i wreszcie powolutku jak żółw ociężale, ale jednak, zacznie dnia przybywać. A słońca dziś było całe mnóstwo, jak i mrozu zresztą też, brrr.  Aby nie próżnować, przy porannej kawie (z mlekiem ofkors), dopracowałam menu świąteczne i wydrukowałam przepisy ciast, których nie znam na pamięć. Wieczorem dom intensywnie zapachniał 210. piernikami w kształtach przeróżnych, przy czym prym wiodły foremki: choinka i dzwonek. Część schowałam jak zwykle w niezawodnej kryjówce pod naszym łóżkiem, a część została pożarta niemalże wprost z piekarnika – albowiem moi synowie, sztuk dwie, i Mężon, sztuk jedna, mają w głębokim poważaniu zasadę odstawienia pierniczków ku zmiękczeniu. Kto by się tym przejmował – pierniczki twarde idą jako kruche korzenne, a jak zmiękną jako pierniczki. I już. Mi wystarczy zapach… kocham kiedy korzenno-miodowe zapachy panoszą się po kątach…Hm… porządki zrobione, pierniczki upieczone, syn-student zjechał do dom, syn-młodzieniec-dojrzewający wąsa na koniec świata (któren to nie nastąpił) zgolił – jak nic idą święta.

czwartek, 20 grudnia 2012

Koniec świata no i co?

Nie dość, że morduję się z prasowaniem ciuchów, to jeszcze muszę prasować włosy. Choć już mniej się kręcą i puszą niż to było na początku, to jednak nadal wołają o pomstę do nieba i o prostownicę. Albo sobie tak tylko wmówiłam, cholera wie. A wyprasować i tak musiałam się i tu i tam, bo zdążałam na firmowego śledzika. Wypadało więc postarać się o jako taki wygląd, by przed zapowiadanym hucznie końcem świata pozostać w pamięci współpracowników jednak jako cud_mniód_malyna_dziewczyna.

No właśnie… chyba powinnam coś skrobnąć o końcu świata. No bo to taki topowy temat teraz.
Pomyślmy więc:
Jutro koniec świata i co tu zrobić w związku z tym?
Niestety moja wyobraźnia w tym temacie zastrajkowała. Otóż nie wiem co. Na pewno nie zdążyłabym już pojechać na… koniec świata. Pod taką palemkę na złotej plaży tuż obok lazurowego oceanu.
Z przerażeniem uzmysłowiłam sobie, że ja strasznie mało pragnąca czegokolwiek jestem: nie potrafię określić tak na szybko co bym chciała przed tym końcem świata… zrobić, doświadczyć, przeżyć, mieć...
A może wszystko czego pragnę wymaga czasu i nie da się tak ad hoc, pstryk i jest? Tej wersji się przytrzymam, niczym koła ratunkowego, na wypadek końca właśnie.
Jedno co na pewno mogę przed końcem świata uczynić, to wznieść za ów Świat toast. Za cały ten koktajl piękna i szpetności zarazem. Absurdalny, surrealistyczny, realistyczny do bólu, naszpikowany wszelką odmianą dobra i zła, człowieczą genialnością i głupotą, skrajnymi emocjami, niewiarygodnie bogatą fauną i florą. Za jego błękit i zieleń. Za Ziemię. Za Ludzi. Za Słońce. Za wszystko razem ujęte w całość – BYT po prostu. Rzeczywisty, namacalny. Tu i teraz z przeszłością, teraźniejszością i planami na przyszłość.

Mężon nie ma planów związanych z końcem świata, gdyż nieustannie zajęty jest szlifowaniem swojego angielskiego. Michał też kuje - do laborek z materiałów metalowych, które to jeszcze przed końcem świata musi koniecznie zaliczyć.
Jędrek zdecydowanie najlepiej z naszej rodziny poradził sobie z dylematem, co tu zrobić przed końcem świata. Postanowił bowiem po raz pierwszy w życiu… ogolić się:)
Zgolenie młodzieńczego wąsika, który ponoć go wkurza, zaplanował na wykrakany przez Majów koniec świata, już dwa miesiące temu.
Ojeju, jeju, jak to tak??? – niedawno dreptał w przydługich, odziedziczonych zresztą po Michale śpiochach, a już się będzie golił???
Koniec świata!


PS. Władimir władca sąsiedniego państwa, właśnie ogłosił, że koniec świata to będzie za jakieś cztery i pół miliarda lat – wraz z wypaleniem się słońca. Uf, można odetchnąć z ulgą. Do tego czasu z pewnością wymyślę coś spektakularnego ku uczczenia końca świata.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Wolniej

Tak powoli w tym roku święta u nas nadchodzą. Drobnymi kroczkami, bez pośpiechu i zadęcia.
Zamiast biegać, planować, szorować, gromadzić, kupować w zapamiętaniu, zapomniałam się i zasnęłam późnym popołudniem w czekoladowym półmroku sypialni. Rzadko mi się to zdarza, ale jak widać zdarza.

Na łóżku zwinięta w kłębuszek spała kotka. Przyłożyłam do niej delikatnie głowę, aby jej nie spłoszyć. Dwa lata bezdomności, zapewne przepędzana, osierocona brutalnie przez malutkie koteczki… zrobiło swoje – kotka nie lubi być przytulana. Ale tym razem nie spięła się w sobie, nie poruszyła, nie zerwała do ucieczki. Poczułam jej ciepło i po jakimś czasie usłyszałam kocie pomrukiwanie. Jakie to uspokajające. Może więc właśnie to mnie uśpiło. Jej oddech, mój oddech.

Już wiem, że zrobię po prostu wszystko wolniej. Rozważniej. Bez wyścigu z samą sobą. Ze świadomością każdego gestu, każdego ruchu, decyzji i słowa. Jeśli nie zdążę, nie dopracuję – a czy to ważne…

Powoli i ociężale pracuje manufaktura upominków hand made…
Jeden aniołek jest dla Asi, dzięki której aniołki mają w nóżkach ukryte miniaturowe, złote dzwoneczki.
Dziękuję Asiu!



piątek, 14 grudnia 2012

Choinko...

No to sobie posiedziałam w garażu. A efekt tego posiedzenia stoi przed wejściem do domku i mam nadzieję, że będzie godnie witać naszych przed- i świątecznych Gości:


Na razie choineczka skromnie przystrojona, bo nijak nie dajemy rady zlokalizować na stryszku bożonarodzeniowych ozdób. Może przed Wigilią zdążymy? Na wszelki wypadek na kaloryferach suszę plastry cytryny i mandarynek. Hm… mam tylko nadzieję, że choinką nie zainteresuje się wcześniej Faf. Bo może zostać po niej li tylko suchy kołek.

A dłonie mi skostniały na połowę dnia. Mróz może i nie taki wielki, ale podczas pracy doskwierał, oj bardzo. Rękawiczek założyć nie mogłam, bo tak jak rąbek spódnicy przeszkadza w tańcu złej baletnicy, tak i mi przeszkadzają rękawiczki w pracach ręcznych.
Dobrze, że moje płócienne choineczki mogą wyrastać w cieple kominka i świec. W tym roku bowiem baaardzo choinkowo mnie zakręciło:




Zmarzniętym dłoniom miła okazała się gorąca kawa z mlekiem i równie miłe towarzystwo.
- Muszę do Ciebie częściej wpadać. Nie dość, że tak dobrze u ciebie, ...fajnie się gada, to robisz pyszną kawę.
Ha! Mów mi tak jeszcze...
A w sobotę podążamy zakupić prawdziwą choinkę, taką do domu...

środa, 12 grudnia 2012

Taki zwyczajny dzień

Niby nic nieznaczący drobiazg, a jednak lubię takie wyjątkowo wyglądające kartki w kalendarzu:  

12.12.12
Czy tego dnia zrobiłam coś wyjątkowego?
Nie. Po prostu i zupełnie zwyczajnie spędziłam ten dzień, pozostawiając za sobą pewnie więcej niż 12 śladów.

Wyczyściłam kominek, przyniosłam zapas drewna do domu, bo bardzo to lubię. Obiad też był taki zwyczajny – pomidorowa z lubczykiem i kotlety z surówką.
Pierwszą poranną kawę wypiliśmy z Markiem w towarzystwie kolegi Robcia i Pana Urzędnika Od Wydawania Pozwoleń Na Ścięcie Drzew :) Niestety, ale musimy wyciąć kolejną wierzbę – jest w połowie spróchniała i może nam uszkodzić płot. Latem zauważyliśmy, że zamieszkały w jej pniu… szerszenie. Jakoś nie uśmiecha się nam mieć ich rój za sąsiadów. Tym bardziej, że nieopodal jest rezydencja Fafciowa i wyjście nad rzekę, z którego właśnie w lecie korzystamy najczęściej.

Pachnie ten dwunasty dzień miesiąca pomarańczami, bo od zawsze pomarańcze pachną wyjątkowo w adwencie. Są też wtedy najsłodsze. Od lat zresztą najbardziej smakują mi w okresie przedświątecznym. Może to podświadome skojarzenie z moim dzieciństwem, kiedy cytrusy pojawiały się w sklepach generalnie tylko w okolicy bożonarodzeniowej? A może to tylko wówczas moi rodzice je kupowali? Nie wiem już teraz jak to było. Ale skojarzenie pozostało. Dom pachnący świętami, musi w tym zapachu mieć i nutę pomarańczy.

Moje dłonie pachną też jedlicą. Bo dziś zerwałam całe naręcze gałęzi – mam zamiar zrobić z nich dekorację przed wejściem do domu. Lubię gałązki jedlicy, bo mają miękkie, niekłujące igły i pachną wyjątkowo silnie – szczególnie po wniesieniu ich z mrozu do ciepłego wnętrza. Mają też piękne szyszki.

Dwunastego dnia grudnia 2012 roku nasz młodszy syn stał się właścicielem swojego pierwszego osobistego konta bankowego. Niech się uczy odpowiedzialnego szastania swoim kieszonkowym.

Starszy tego dnia zdawał test diagnostyczny z angielskiego. Podobno żenująco prosty, co w sumie mnie cieszy, bo może to znaczy, że syn zna angielski na nieżenującym poziomie. Mniemam.
Mężon w przerwach szlifowania swojego angielskiego znalazł chwilę na wywiadówkę Jędrusikową. Żenady nie było.

Lawirowałam tego dnia pomiędzy bajką z królestwa Lailonii Leszka Kołakowskiego, którą analizował Jędrek, rzutami aksonometrycznymi, nad którymi ślęczał Michał, a z doskoku czytałam „Dosięgnąć szczytu” Irwina Shaw.

I tak zwyczajnie minął ów niezwyczajny dzień.

niedziela, 9 grudnia 2012

Ostatnio nie mam weny na tytuły postów ;)

Biało wokół i mróz – zima daje czadu. Marko miał jechać na koncert z kumplami, ale jakoś się tak poukładało, że został w domu. Zaprosiliśmy więc Kotlecików i spędziliśmy przemiły wieczór przy kominku, piwie z czosnkowymi bułeczkami (osobistego wypieku gospodyni – nie chwaląc się), Led Zeppelin, The Doors i poezji Jima Morisona - a to tak na okoliczność 69. rocznicy urodzin Jima. Gdzieś tak bliżej północy wyklarował się nam pomysł sylwestrowy. Rok temu była u nas potańcówka w pegieerze, a w tym planujemy anioły i demony u Andzi i Tomaszka. Wizja panów – aniołków w białych kalesonach ze skrzydełkami, skutecznie rozbawiła nas i pobudziła do różnych pomysłów.
W niedzielę trzeba było odespać te nocne harce. I szybko, szybko sprężać się z szykowaniem obiadku i cotygodniowej studenckiej wyprawki żywnościowo-odzieżowej dla syna dużego.
Przy okazji sprofanowałam największą rockową pościelówę świata – czyli Stairway to Heaven. Kiedyś, kiedyś to się przy tym człowiek tak bardziej romantycznie udzielał, a teraz usmażyłam 20 naleśników z serem i 8 kotletów do hamburgerów :P
Trudno. Takie czasy. Miłość różne ma oblicza – czasami spacery w blasku księżyca, czasami trzeba obrać ziemniaki albo usmażyć naleśniki właśnie.
A Celebration Day, czyli koncert po latach, dla fanów Led Zeppelin – obowiązkowe!



Miłego tygodnia - niech nie zasypie Was śnieg :)

piątek, 7 grudnia 2012

Dzień wg naszej koteczki

Budzę się.
Jestem głodna.
Jem.
Jem.
Przeciągam się.
Oglądam ptaszki przez okno i tego głupiego psa.
Jestem głodna.
Jem.
Idę do kuwetki.
Jestem głodna ale micha pusta to idę spać. 
Budzi mnie głód.
Jem.
Oglądam ptaszki przez okno. Głupiego psa nie widać.
Jestem głodna.
Sprawdzam michę – pusta.
O jaka ja jestem głodna! Miau!
Zasypiam z głodu.
Śni mi się micha.
Budzi mnie głód.
Na szczęście micha pełna.
Jem.
Jem.
Jem.
Nie pękam, jem.
Dziwne – dzień się zaczyna, a głupie ludzie idą spać.
No nic, pobiegam za myszką i kłębuszkiem, poskaczę po krzesłach i powspinam się po obrusie na stół - będzie wesoło. A jak już zasną, zacznę głośno miauczeć. Będą chcieli mieć spokój, to dadzą mi jeść.
Miau! Miau! Miauuu!!!    [przeraźliwie żałosne]
Jest micha! Hura!
Miau, miau, miau!!!        [przeraźliwie radosne]
Jem.
Kuwetka.
Śpię.
Śni mi się, że jestem głodna.
A swoją drogą te ludzie dziwne są: noc się zaczyna to oni wstają, a w dzień śpią.
Jeeeeeeść!



czwartek, 6 grudnia 2012

Bez polotu, bez tytułu

Kot zaniechał spacerów do stodółki obok albowiem śnieg mu mrozi łapki. Tak, tak, zabieliło się, choć nieznacznie, ale zawsze. Więcej światła, mniej dołujących ciemności.

Niespodziewanie podczas przedświątecznych porządków – no niestety powoli czas je zacząć – odnalazły się zimowe butki Mężona i syna starszego, które to mniemaliśmy, że rok temu zostały wyrzucone na śmietnik. Podejrzenie padło wówczas na Marka, miszcza segregacji. A tymczasem butki leżakowały w pudle na stryszku za kominem. Zeszłoroczna zima je ominęła, więc prawie nowe, jeden sezon śmigane. Mężon domagał się natychmiastowej rehabilitacji moralnej, bo te rzekomo wywalone buty, wypominałam mu cały rok. W chwilach słabości, oczywiście. 

eh...
Bycie pomocnikiem Świętego Mikołaja bywa wyczerpujące, szczególnie emocjonalnie.
Nie stykam się na co dzień z dziećmi chorymi, upośledzonymi, ze skrajną biedą... Dlatego dziś trudny dzień za mną...
Uciekłam w świat moich płóciennych przygotowań świątecznych:


No i od czego jest Kevin tym razem zagubiony w NY!


ps. Mikołaju, dziękuję, że jednak nas odwiedziłeś pomimo tego, że tyle ci nawtykałam w poprzednim poście :*

niedziela, 2 grudnia 2012

List do (św.?) Mikołaja

Panie Święty Mikołaju,
Piszę do Ciebie list, chociaż nie wiem dlaczego akurat do Ciebie, skoro powątpiewam w Twoje istnienie. Sama już nie wiem czy jesteś bardziej tworem marketingowym, narzędziem do konsumpcyjnego ogłupiania społeczeństwa, czy też wyobrażeniem DOBRA, którego każdy tak pragnie. Ale taki mam dziś dzień, że muszę się kogoś czepić, więc padło na Ciebie. Skoro jesteś święty, to jakoś to zniesiesz. Ze świętym spokojem i zrozumieniem – wszak chyba lepiej bym Tobie nawtykała, niż na przykład Bogu ducha winnemu Mężonowi albo też z zapałem wytłukła jedyny jaki posiadam obiadowy serwis na osób dwanaście.

Po pierwsze Święty Mikołaju przynieś mi zdrową skórę. Albo chociaż spraw bym w moim kraju, który naprawdę kocham, dla którego pracuję i któremu płacę podatki, któremu urodziłam dwóch synów (potencjalnych obywateli zarabiających na emeryturę kolejnego pokolenia), miała szansę na leczenie adekwatne do mojego stanu zdrowia i dorównujące standardom europejskim – bo ponoć w Europie jesteśmy – sorry czasami w to wątpię.

Po drugie: wyższą pensję daj mi Święty Mikołaju, bo frustrujące jest to, że człowiek z wyższym wykształceniem zarabia w naszym kraju dużo poniżej średniej krajowej. A jeśli jesteś taki święty i widzisz wszystko, to musisz przyznać, że jestem pracownikiem sumiennym, lojalnym, inwestującym w siebie dla dobra firmy. I co? I chciałoby się rzec: g…, ale nie rzeknę, bo już całkiem wpadnę w Twój święto_mikołajowy segregator pt. „NIEGRZECZNI”, pozbawiając się tym samym szans na choćby przeczytanie przez Ciebie tego listu.

Po trzecie – spraw by było NORMALNIE. By wszystko miało swoje miejsce, swoją kolej rzeczy. Było poukładane. Nie wstrząśnięte i nie zmieszane. Bo czasami mam wrażenie, że Świat szaleju się nażarł.

„Po czwarte”, Święty Mikołaju, nie będzie. Bo ja już nic od Ciebie nie chcę. Jeśli spełnisz te moje powyższe prośby to ze wszystkim dam sobie radę sama. O, choćby ulubione perfumy sama sobie kupię. A jak nie, to trudno, pójdę do perfumerii i popsikam się testerem. Cóż... Bez łaski.

Ale nie bój się, postaram się by Twój mit trwał  – wystawię 6 grudnia marchewki dla Twoich reniferów, przygotuję paczki dla swoich synów i innych dzieci, o których nie ma kto pamiętać. I pozwolę by wszyscy myśleli, że to od Ciebie. Przecież jestem wyrozumiała i wiem, że będziesz bardzo zajęty – jeżdżeniem kolorową ciężarówką rozwożącą napój chłodzący, szczerzeniem białych zębów w otulinie białej brody w sklepach wszystkich asortymentów i wciskaniem kredytów w bankach na bajeczne święta pełne złudzeń.
Hoo, Hoo!

PS. No dobra, przyznam się: nie wyszły mi bułeczki drożdżowe, zepsułam komórkę, którą chciałam sprzedać, zgodziłam się na coś wbrew sobie, depcząc tym samym moje wyobrażenie o swojej asertywności. Wróciła choroba, zimno się zrobiło.
I tak, o.