piątek, 21 grudnia 2012

210. pierniczków i inne takie tam

Jesienne przesilenie – jupi joł!!! – ostatnia najdłuższa noc w roku i wreszcie powolutku jak żółw ociężale, ale jednak, zacznie dnia przybywać. A słońca dziś było całe mnóstwo, jak i mrozu zresztą też, brrr.  Aby nie próżnować, przy porannej kawie (z mlekiem ofkors), dopracowałam menu świąteczne i wydrukowałam przepisy ciast, których nie znam na pamięć. Wieczorem dom intensywnie zapachniał 210. piernikami w kształtach przeróżnych, przy czym prym wiodły foremki: choinka i dzwonek. Część schowałam jak zwykle w niezawodnej kryjówce pod naszym łóżkiem, a część została pożarta niemalże wprost z piekarnika – albowiem moi synowie, sztuk dwie, i Mężon, sztuk jedna, mają w głębokim poważaniu zasadę odstawienia pierniczków ku zmiękczeniu. Kto by się tym przejmował – pierniczki twarde idą jako kruche korzenne, a jak zmiękną jako pierniczki. I już. Mi wystarczy zapach… kocham kiedy korzenno-miodowe zapachy panoszą się po kątach…Hm… porządki zrobione, pierniczki upieczone, syn-student zjechał do dom, syn-młodzieniec-dojrzewający wąsa na koniec świata (któren to nie nastąpił) zgolił – jak nic idą święta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz