czwartek, 6 grudnia 2012

Bez polotu, bez tytułu

Kot zaniechał spacerów do stodółki obok albowiem śnieg mu mrozi łapki. Tak, tak, zabieliło się, choć nieznacznie, ale zawsze. Więcej światła, mniej dołujących ciemności.

Niespodziewanie podczas przedświątecznych porządków – no niestety powoli czas je zacząć – odnalazły się zimowe butki Mężona i syna starszego, które to mniemaliśmy, że rok temu zostały wyrzucone na śmietnik. Podejrzenie padło wówczas na Marka, miszcza segregacji. A tymczasem butki leżakowały w pudle na stryszku za kominem. Zeszłoroczna zima je ominęła, więc prawie nowe, jeden sezon śmigane. Mężon domagał się natychmiastowej rehabilitacji moralnej, bo te rzekomo wywalone buty, wypominałam mu cały rok. W chwilach słabości, oczywiście. 

eh...
Bycie pomocnikiem Świętego Mikołaja bywa wyczerpujące, szczególnie emocjonalnie.
Nie stykam się na co dzień z dziećmi chorymi, upośledzonymi, ze skrajną biedą... Dlatego dziś trudny dzień za mną...
Uciekłam w świat moich płóciennych przygotowań świątecznych:


No i od czego jest Kevin tym razem zagubiony w NY!


ps. Mikołaju, dziękuję, że jednak nas odwiedziłeś pomimo tego, że tyle ci nawtykałam w poprzednim poście :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz