niedziela, 2 grudnia 2012

List do (św.?) Mikołaja

Panie Święty Mikołaju,
Piszę do Ciebie list, chociaż nie wiem dlaczego akurat do Ciebie, skoro powątpiewam w Twoje istnienie. Sama już nie wiem czy jesteś bardziej tworem marketingowym, narzędziem do konsumpcyjnego ogłupiania społeczeństwa, czy też wyobrażeniem DOBRA, którego każdy tak pragnie. Ale taki mam dziś dzień, że muszę się kogoś czepić, więc padło na Ciebie. Skoro jesteś święty, to jakoś to zniesiesz. Ze świętym spokojem i zrozumieniem – wszak chyba lepiej bym Tobie nawtykała, niż na przykład Bogu ducha winnemu Mężonowi albo też z zapałem wytłukła jedyny jaki posiadam obiadowy serwis na osób dwanaście.

Po pierwsze Święty Mikołaju przynieś mi zdrową skórę. Albo chociaż spraw bym w moim kraju, który naprawdę kocham, dla którego pracuję i któremu płacę podatki, któremu urodziłam dwóch synów (potencjalnych obywateli zarabiających na emeryturę kolejnego pokolenia), miała szansę na leczenie adekwatne do mojego stanu zdrowia i dorównujące standardom europejskim – bo ponoć w Europie jesteśmy – sorry czasami w to wątpię.

Po drugie: wyższą pensję daj mi Święty Mikołaju, bo frustrujące jest to, że człowiek z wyższym wykształceniem zarabia w naszym kraju dużo poniżej średniej krajowej. A jeśli jesteś taki święty i widzisz wszystko, to musisz przyznać, że jestem pracownikiem sumiennym, lojalnym, inwestującym w siebie dla dobra firmy. I co? I chciałoby się rzec: g…, ale nie rzeknę, bo już całkiem wpadnę w Twój święto_mikołajowy segregator pt. „NIEGRZECZNI”, pozbawiając się tym samym szans na choćby przeczytanie przez Ciebie tego listu.

Po trzecie – spraw by było NORMALNIE. By wszystko miało swoje miejsce, swoją kolej rzeczy. Było poukładane. Nie wstrząśnięte i nie zmieszane. Bo czasami mam wrażenie, że Świat szaleju się nażarł.

„Po czwarte”, Święty Mikołaju, nie będzie. Bo ja już nic od Ciebie nie chcę. Jeśli spełnisz te moje powyższe prośby to ze wszystkim dam sobie radę sama. O, choćby ulubione perfumy sama sobie kupię. A jak nie, to trudno, pójdę do perfumerii i popsikam się testerem. Cóż... Bez łaski.

Ale nie bój się, postaram się by Twój mit trwał  – wystawię 6 grudnia marchewki dla Twoich reniferów, przygotuję paczki dla swoich synów i innych dzieci, o których nie ma kto pamiętać. I pozwolę by wszyscy myśleli, że to od Ciebie. Przecież jestem wyrozumiała i wiem, że będziesz bardzo zajęty – jeżdżeniem kolorową ciężarówką rozwożącą napój chłodzący, szczerzeniem białych zębów w otulinie białej brody w sklepach wszystkich asortymentów i wciskaniem kredytów w bankach na bajeczne święta pełne złudzeń.
Hoo, Hoo!

PS. No dobra, przyznam się: nie wyszły mi bułeczki drożdżowe, zepsułam komórkę, którą chciałam sprzedać, zgodziłam się na coś wbrew sobie, depcząc tym samym moje wyobrażenie o swojej asertywności. Wróciła choroba, zimno się zrobiło.
I tak, o. 

1 komentarz:

  1. Święty Mikołaju, ja dokładnie tego samego chcę!

    OdpowiedzUsuń