poniedziałek, 31 grudnia 2012

Okrągły rok

U schyłku każdego roku mawiam: jak ten rok szybko minął, niewiarygodne, jak szybko. Ale ostatnimi laty jakby szybciej... Odchodzący do lamusa rok 2012 był dla mojej rodziny dość intensywny – były zmiany, były wydarzenia radosne, były i trudne, było szampańsko – niczym o dwunastej w nocy na przełomie roku i lekko sennie jak to w sylwestrową noc zwykle bywa około 4 rano.
Kiedy rok 2012 się rodził jak zwykle w moim sercu trzepotał niepokój – jak to będzie, jak się wszystko poukłada? Ten rok pełen nowości w naszej rodzinie? Kiedy teraz usiadłam aby przyjrzeć się każdemu miesiącowi, uświadomiłam sobie, że był to rok podporządkowany Michałowi – i był to nasz świadomy wybór. Życie zaś zdecydowało za nas, że staliśmy się podporządkowani służbie zdrowia. A tego to już całkiem nie planowaliśmy.
A mniej więcej toczyło się tak:
Styczeń mroził nam tyłki, zahibernował w domu przy kominku. Szykowaliśmy się do studniówki Michała.
W lutym dopadł mnie przedwczesny syndrom opuszczanego gniazda. Stałam się bogatsza o różne przemyślenia związane z moim własnym dojrzewaniem do dorosłego rodzicielstwa. Bycie matką człowieka wchodzącego w dorosłość jest trudniejsze niż maluszka. Z maluszkiem wszystko jest łatwiejsze, łatwiej samemu podgrzać zupkę niż nauczyć jak ją ugotować, łatwiej podać gotowe recepty na codzienność, na radość, na zabawę, na sen. Ale przecież nie mogę swoim dzieciom całe życie podsuwać pod nos truskawek z oberwanymi szypułkami.
W marcu mieliśmy już dość zimy i wypatrywaliśmy wiosny.
W kwietniu przyleciały do gniazda tuż obok bociany, Marko pojechał z własnej i nieprzymuszonej woli rozprawić się z ósemką niesfornie rosnącą pod dziąsłem, a jak wyszło pokazał maj. W kwietniu nasz dom zyskał nowego lokatora – Kicię. Było z nią na początku troszkę zamieszania, bo kotka miała nas w głębokim poważaniu, ale ostatecznie przekupiła ją stale pełna micha i wonna sianem stodółka sąsiadki za płotem.
Maj, piękny maj to był u nas jak jazda na rollercoasterze. Ja złamałam rękę, Markowi przy okazji usuwania ósemek złamano szczękę, gdzieś mimochodem Michał zdawał maturę – działo się.
Czerwiec zdominowało nam Euro i domowa strefa kibica. Choć oczywiście wciąż najważniejsze były Michałowe wybory studenckie.
W lipcu z kolei Jędrek trenował z Marcinem Gortatem, ja pracowałam wakacyjnie i robiłam przetwory, którymi do tej pory obdzielam znajomych czy tego chcą czy nie. Michał dostał się na studia! Huuura!!! Przerwał hegemonię humanistów w rodzie, wrota otwarła przed nim polibuda, a czy się uda? Mocno w ciebie Synu wierzymy!
W sierpniu ruszyliśmy z akcją remontowania mieszkania warszawskiego dla naszego studenta. Kursowaliśmy więc do tej stolicy co i rusz i znowu było łazikowanie po sklepach z gresami, kafelkami, lampami, kibelkami i innymi takimi tam, których serdecznie po budowie domu mam dość.
We wrześniu trud (głównie finansowy, bo do prac zatrudniliśmy ekipę, która dość fachowo wyremontowała mieszkanie i równie fachowo sczyściła nam konto, cóż) został nagrodzony – odbyła się parapetówka u syna. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim Marecki intensywnie wznowił edukację języka angielskiego. Jędrek stał się „gimbusem” – ponoć tak się mówi na uczniów gimnazjum – nie wiedziałam.
W październiku, wbrew przewidywaniom, całkiem spokojnie zniosłam wyprowadzkę syna z domu. Dziecię pochłonęła stolica, a ja się uspokoiłam. Po co ja się tak zamartwiałam cały rok? Głupia baba ze mnie, Mężon rację ma. Czasami, ale jednak, hyhy.
W listopadzie zupełnie nie hucznie, tylko tak cichutko i dla siebie świętowaliśmy okrągłą rocznicę ślubu. Czasami znajomi dziwią się, że jak to ślub w listopadzie? Taki smętny miesiąc? Na szczęście nie ma zależności pomiędzy miesiącem, w którym się w związek wstępuje, a poziomem szczęścia pożycia małżeńskiego. Znam pary, które miały wszystko jak należy – er w nazwie miesiąca, coś niebieskiego, pożyczonego i tę całą otoczkę, i już dawno obchodzą okrągłe rocznice… rozwodów.
Grudzień nauczył mnie, że numery telefonów alarmowych w każdym domu powinny być wydrukowane dużymi cyframi i powieszone w widocznym miejscu, bo w chwilach alarmowych, człowiek zapomina jak się nazywa, jak włączyć ten pieprzony smartfon, a o prawidłowym wybraniu, znanego skądinąd numeru na pogotowie, nie ma mowy. Na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie! 

  
I tego właśnie wszystkim odwiedzającym mój blog życzę:
aby nadchodzący Nowy Rok 
za kilkanaście miesięcy zakończył się Wam POMYŚLNIE.
Bo to ładne słowo – pomyślność!
Najlepszego!

---------------
Post zainspirowany wpisem w Manufakturze radości – blog, którego lekturę bardzo polecam każdemu – na pogodę i niepogodę codziennego życia. 

4 komentarze:

  1. Dziękuję za polecenie :) z przyjemnością przeczytałam WASZE podsumowanie :) Najlepszego raz jeszcze!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja przyszłam tu po linku z Manufaktury i też z przyjemnością przeczytałam:)
    I mam ochotę na rozejrzenie się i pobuszowanie:)
    Pozdrawiam i pomyślności (bo to rzeczywiście ładne słowo) życzę w Nowym Roku:)

    OdpowiedzUsuń
  3. ale swojskie klimaty! :) "Pomyślnie" dobre słowo - trzeba do tego dobrze myśleć o tym co przed nami. Pozdrawiam całą ekipę!

    OdpowiedzUsuń
  4. Taj szczegółowo, miesiącami, to jeszcze nie zdarzyło mi się analizować minionego roku. Może też się o to pokuszę :)

    OdpowiedzUsuń