niedziela, 9 grudnia 2012

Ostatnio nie mam weny na tytuły postów ;)

Biało wokół i mróz – zima daje czadu. Marko miał jechać na koncert z kumplami, ale jakoś się tak poukładało, że został w domu. Zaprosiliśmy więc Kotlecików i spędziliśmy przemiły wieczór przy kominku, piwie z czosnkowymi bułeczkami (osobistego wypieku gospodyni – nie chwaląc się), Led Zeppelin, The Doors i poezji Jima Morisona - a to tak na okoliczność 69. rocznicy urodzin Jima. Gdzieś tak bliżej północy wyklarował się nam pomysł sylwestrowy. Rok temu była u nas potańcówka w pegieerze, a w tym planujemy anioły i demony u Andzi i Tomaszka. Wizja panów – aniołków w białych kalesonach ze skrzydełkami, skutecznie rozbawiła nas i pobudziła do różnych pomysłów.
W niedzielę trzeba było odespać te nocne harce. I szybko, szybko sprężać się z szykowaniem obiadku i cotygodniowej studenckiej wyprawki żywnościowo-odzieżowej dla syna dużego.
Przy okazji sprofanowałam największą rockową pościelówę świata – czyli Stairway to Heaven. Kiedyś, kiedyś to się przy tym człowiek tak bardziej romantycznie udzielał, a teraz usmażyłam 20 naleśników z serem i 8 kotletów do hamburgerów :P
Trudno. Takie czasy. Miłość różne ma oblicza – czasami spacery w blasku księżyca, czasami trzeba obrać ziemniaki albo usmażyć naleśniki właśnie.
A Celebration Day, czyli koncert po latach, dla fanów Led Zeppelin – obowiązkowe!



Miłego tygodnia - niech nie zasypie Was śnieg :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz