środa, 12 grudnia 2012

Taki zwyczajny dzień

Niby nic nieznaczący drobiazg, a jednak lubię takie wyjątkowo wyglądające kartki w kalendarzu:  

12.12.12
Czy tego dnia zrobiłam coś wyjątkowego?
Nie. Po prostu i zupełnie zwyczajnie spędziłam ten dzień, pozostawiając za sobą pewnie więcej niż 12 śladów.

Wyczyściłam kominek, przyniosłam zapas drewna do domu, bo bardzo to lubię. Obiad też był taki zwyczajny – pomidorowa z lubczykiem i kotlety z surówką.
Pierwszą poranną kawę wypiliśmy z Markiem w towarzystwie kolegi Robcia i Pana Urzędnika Od Wydawania Pozwoleń Na Ścięcie Drzew :) Niestety, ale musimy wyciąć kolejną wierzbę – jest w połowie spróchniała i może nam uszkodzić płot. Latem zauważyliśmy, że zamieszkały w jej pniu… szerszenie. Jakoś nie uśmiecha się nam mieć ich rój za sąsiadów. Tym bardziej, że nieopodal jest rezydencja Fafciowa i wyjście nad rzekę, z którego właśnie w lecie korzystamy najczęściej.

Pachnie ten dwunasty dzień miesiąca pomarańczami, bo od zawsze pomarańcze pachną wyjątkowo w adwencie. Są też wtedy najsłodsze. Od lat zresztą najbardziej smakują mi w okresie przedświątecznym. Może to podświadome skojarzenie z moim dzieciństwem, kiedy cytrusy pojawiały się w sklepach generalnie tylko w okolicy bożonarodzeniowej? A może to tylko wówczas moi rodzice je kupowali? Nie wiem już teraz jak to było. Ale skojarzenie pozostało. Dom pachnący świętami, musi w tym zapachu mieć i nutę pomarańczy.

Moje dłonie pachną też jedlicą. Bo dziś zerwałam całe naręcze gałęzi – mam zamiar zrobić z nich dekorację przed wejściem do domu. Lubię gałązki jedlicy, bo mają miękkie, niekłujące igły i pachną wyjątkowo silnie – szczególnie po wniesieniu ich z mrozu do ciepłego wnętrza. Mają też piękne szyszki.

Dwunastego dnia grudnia 2012 roku nasz młodszy syn stał się właścicielem swojego pierwszego osobistego konta bankowego. Niech się uczy odpowiedzialnego szastania swoim kieszonkowym.

Starszy tego dnia zdawał test diagnostyczny z angielskiego. Podobno żenująco prosty, co w sumie mnie cieszy, bo może to znaczy, że syn zna angielski na nieżenującym poziomie. Mniemam.
Mężon w przerwach szlifowania swojego angielskiego znalazł chwilę na wywiadówkę Jędrusikową. Żenady nie było.

Lawirowałam tego dnia pomiędzy bajką z królestwa Lailonii Leszka Kołakowskiego, którą analizował Jędrek, rzutami aksonometrycznymi, nad którymi ślęczał Michał, a z doskoku czytałam „Dosięgnąć szczytu” Irwina Shaw.

I tak zwyczajnie minął ów niezwyczajny dzień.

2 komentarze:

  1. :) dzień jak co dzień, ale z tego co napisałaś to wydaje mi się, że w pięknym miejscu mieszkasz :)

    wierzby, domek, rzeka

    Pewnie w lato cicho i zielono u Ciebie :) Lubie takie okolice :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadza się Ylllo - od prawie 3 lat mieszkam w wymarzonym miejscu: małym, żółtym domku obok olch i wierzb, dwa kroki od rzeki :)

    OdpowiedzUsuń