piątek, 25 stycznia 2013

eceteesy to nie ekscesy

Na odległość i całkiem nienachlanie kibicuję synowi w jego przygotowaniach do pierwszej sesji. Ja swoją pierwszą oblałam. Nie omieszkałam pokazać Michałowi swojego indeksu z wpisaną dwóją z pierwszego egzaminu na pierwszej sesji pierwszego roku studiów. Tak na wszelki wypadek. Bo ja oblałam nie dlatego, że byłam impregnowana na wiedzę. Tak mnie te studia zachwyciły na początku: że niby nie ma konieczności odrabiania lekcji na każdą lekcję, że nie ma obowiązku meldowania się na wykładach, że wykładowy mówią do ciebie per Pani, nowe znajomości, kawa w kawiarni po studenckim kwadransie - no bardzo mnie to zakręciło i za bardzo czasu nie było na naukę. Pierwsza dwója na pierwszym egzaminie dała mi kopa w tyłek. Od drugiego roku studiów pobierałam już stypendium naukowe. Tak silny ów kop na pierwszej sesji był. Się byłam odnalazłam, wyszłam mądrzejsza z tego zachłyśnięcia się nową – fajną – studencką rzeczywistością. Syn wydaje się być bardziej rozsądny na swoim starcie :)  Cieszy, cieszy.
Teraz sesja wygląda jakoś tak inaczej niż „za moich czasów” (boszzz jak to brzmi). Zupełnie obce są mi obecne zasady. Kiedy to ja zasilałam szacowne i radosne grono studenckiej braci, się „zbierało” zaliczenia, na podstawie czego otrzymywało łaskawie dopuszczenie do egzaminów. W wyniku ich zdania w indeksie pojawiała się upragniona pieczątka i podpis Pana Dziekana, że student zaliczył semestr X i przechodzi na semestr Y. Teraz zaś student gromadzi tajemnicze  ECTS-y. Całkiem tego nie ogarniam, ale syn tak i właściwie jemu ta wiedza bardziej potrzebna, niż mi, czyli okej.
Póki co zbieranie eceteesów idzie synowi bez większych ekscesów

1 komentarz:

  1. O Matko! Ja studia niedawno kończyłam, a o ects-ach nie słyszałam nawet! Czyli już też mogę mówić "za moich czasów ..."

    OdpowiedzUsuń