czwartek, 31 stycznia 2013

Pani "reziser" się wnerwia

Tradycyjnie (niestety) występ mojej grupki kabaretowej odbył się w aureoli nerwów przed i oparach ulgi po. A nerwy były dlatego, że pan nagłaśniający zawalił terminy, potem poplątał się w kablach, czinczach i innych takich tam dużych jackach i próba generalna odbyła się  unplugged
- Sooorkooo, jak dobrze, że na ostatniej próbie sorka wymyśliła te mikrofony z kleju w sztyfcie i kija od mopa.
No, pewnie, że dobrze, choć ubaw mieli po pachy, że po co to? Że to dziecinada, że oni sobie poradzą z 3 bezprzewodowymi mikrofonami i jednym na kablu. A ja wiem, że wszystko trzeba przećwiczyć. Nie tylko tekst, gesty, grę, ale też ruch sceniczny i obycie z rekwizytami i mikrofonami. Bo inaczej wychodzi na scenie chaos. Lubię jak mi się na scenie tworzy ładny, zgrabny obrazek. Z doświadczenia już wiem, że jeśli coś nie zależy do końca ode mnie, to nie mogę być tego pewna. Stąd ta próba na sucho z kijami w zaszczytnej roli mikrofonów. Niestety bywam zależna od kogoś kto „robi” nagłośnienie. I na 5 występów w roku zazwyczaj tylko jeden mam taki dograny w tej kwestii na tip top. Najczęściej mam wielką improwizację i to przyprawia mnie o nerwy i przedpremierową tremę „rezisera” :) 
Ale tam – fajnie się pracowało, program podobał się zarówno dużym jak i młodym – a to sukces :)
Oczywiście podskoków radości w moim wykonaniu nie było. Kiedy milkną brawa, oddycham z ulgą, że już po, segreguję rekwizyty (może jeszcze się przydadzą do czegoś innego), wymiętolony od wertowania wte i wewte scenariusz odkładam na półkę, i już myślę o kolejnym. 

2 komentarze:

  1. ktoś musi się wnerwiać, żeby bawić się mógł ktoś - gratuluję udanego występu całej ekipie, a zwłaszcza Pani Reżyser! :)

    OdpowiedzUsuń