środa, 27 lutego 2013

(O)znaki – kogo? czego? co?

Okoliczne koteczki wydeptują trasy wkoło domu. Nocą. Bo rankiem widać ich odciśnięte ślady na śniegu.  A śniegu mniej i mniej. Z każdą chwilą mniej. Bogatki, których pełno w naszych olchach, rozplotkowały się na całego. I inne ptaki wydzierają  się znacząco. Zimowa cisza przemija. Wreszcie!
Przedostatniej nocy jakiś zgłodniały lisek wyżarł z miski żarcie pozostawione na tarasie przez obżartego po kokardkę Fafika.
Nawet późnym popołudniem wciąż widno i widno.
Wieczorem - w kielichu zapomniane wspomnienie po winie.
Na ściankach kominka coraz mniej smug od niedosuszonego drewna.
Moja skóra upstrzona piekącymi plamami. Łuszczyca też czuje wiosnę. Niestety.
I nowe dżinsy już do prania – bo stumetrowy odcinek naszej (nie)drogi tonie w błotnisto-śniegowej brei. Miejscami to nawet strumyk po niej płynie z wolna.
Wiosna idzie jak nic.
Czasami chcę przyłożyć głowę do poduszki gdziekolwiek i zasnąć nie myśląc o niczym… Ale miejmy nadzieję, że gdy ta wiosna otrząśnie się z brudnej i zabłoconej bieli, gdy puchową kurtkę zamienię na lżejszy płaszczyk, to i na duszy lżej się zrobi.

A póki co, ulubiony wiersz o wiośnie:
(który najlepiej brzmi w niepowtarzalnej interpretacji autora, czyli pana Andrzeja Poniedzielskiego)

Wiosna przyszła z tą swoją zielenią.
Blade toto, niemrawe, brudzi.
Zanim jakie kwiatki wystrzelą
to nastęka się, namarudzi...
No i co, że ptacy wrócili?
No i co, że fruwają w parkach?
- tyle że w jakich drzewach czy hebziach
z przeproszeniem złożą swe jajka.
Te zającki, królicki, kacuski
wszędzie - w lasach, po łąkach, po domach.
Mam się cieszyć, że "budzi się życie"
- mam się cieszyć, że budzi się komar?

Przyszła wiosna z tą swoją nadzieją.

Blade toto, niemrawo się dłubie.
Pytam - czemu NA SZCZĘŚCIE?
Pytam - czemu NAJBARDZIEJ?
Pytam - ...czemu ja tak to lubię?                                                 
                                                         Andrzej Poniedzielski


Z końcem zimy i początkiem wiosny kilka płóciennych hendmejdów z zacięciem już wielkanocnym:




...aczkolwiek Aniołki must have!



niedziela, 24 lutego 2013

Ze stereotypem na zkupach

Przyznaję – czasami ulegam stereotypom. Stereotyp z jakim bezwiednie postanowiłam się zmierzyć to: kobiety lubią zakupy, które traktują jako czasoumilacz podnoszący wymiernie poziom dobrego nastroju. Bez wątpienia jestem kobietą i bez wątpienia potrzebuję poprawiacza nastroju. Choć akurat znam fajniejsze formy spędzania czasu wolnego niż szoping. Niestety dopadła mnie depresja na koniec zimowego urlopu i postanowiłam chwycić się stereotypu właśnie: tylko zakupy wprawią mnię w euforię. No to z Mążonem pod pachą, pełniącym funkcję osobistego kierowcy oraz doradcy zakupowego (z braku wziętej stylistyki z tiwi), pojechałam szukać dżinsów marzeń. Do miasta tuż obok, ciut większego niż nasze. Niestety łażenie po sklepach doprowadziło mnie do stanu odwrotnego od spodziewanego. Przyznaję bez bicia – daleko mi do medialnego rozmiaru 34, nie jestem jakąś tam drobinką, ale ludzie święci! Na wieszakach w sklepach odzieżowych dla dorosłych widać tylko jakieś absurdalne rozmiary – na moje oko jest to XXXXXS! Mało tego – podobną tendencję zauważyłam nawet w sklepach obuwniczych! Na półkach nie był wystawiony żaden but w rozmiarze powyżej 38! Królują cacuśne, zgrabniuśkie z numerem 36. 
Zrezygnowana weszłam do jednego z ostatnich sklepów.
- Spodnie dla pani czy pana? – ekspedientka, jak to obowiązuje obecny trynd, miła i nadskakująca do bólu kości.
- Dla mnie, ale widzę, że i u państwa nic dla siebie nie znajdę. Odnoszę wrażenie, że każdy sklep to pokaz kolekcji miniatur.
- Ależ mamy i większe rozmiary – a jaki fason panią interesuje?
I Paniusia wyciąga gdzieś z odmętów bocznej półki na saaamej górze, het pod sufitem upstrzonym halogenami wyżerającymi oczy, kilka par spodni w normalnym!!! rozmiarze. Takim dla ludzi. Kobiet z bioderkiem, nie tylko dla szczęśliwców-sucharków, i wyższych niż metr w kapeluszu. Uf!
- To dlaczego tych spodni nie ma na wieszakach?
- Proszę pani, bo większe rozmiary źle się komponują podczas ekspozycji. Takie mamy zalecenie.
Łomatkoświęta! I to miały być zakupy, które mnie odstresują! A tu się dowiedziałam, że się źle komponuję. No dobra – wiem, że powinnam zgubić co nieco w biedrze - obiecuję ;), ale jak skrócić stopę? Bo numer buta 40/41 też się źle komponuje i na żadnej półce sklepowej nie stoi! 
Zapomniałam, że nie lubię szopingu, to mam za swoje. Na pohybel stereotypom!
Ale, ale, aleeee - dżinsy za to kupiłam super! I super w nich wyglądam, pomimo tego, że są w rozmiarze zdecydowanie większym niż 34!

środa, 20 lutego 2013

Chleb

Zawsze wydawało mi się, że dom najpiękniej pachnie otulony świątecznymi zapachami. Świerk, grzyby, piernik, miód, orzechy… No i przyszło mi zdanie zmodyfikować. 
Dom najpiękniej pachnie gdy… piecze się w nim chleb. A upiekłam dziś po raz pierwszy. Taki prawdziwy na zakwasie, który w postaci suszonej przyleciał do mnie w liście od Przyjaciółki. Troszkę trwało zanim go obudziłam. Zakwas na chleb to tak naprawdę nowy domownik – trzeba o niego dbać: dokarmiać go wodą i mąką, pilnować aby był odpowiednio dotleniony i docieplony. Było z nim troszkę zabawy, bo ja niedoświadczona, ale Ela via telefon i gg robiła co mogła abym się nie zniechęciła. Dlatego ten mój pierwszy chlebek, może niewyględny, bo niezbyt wysoki, ale jak najbardziej pyszny i prawidłowo przez naturalne bakterie spulchniony, Jej zadedykowałam.





Jest pysznie...

niedziela, 17 lutego 2013

Trzy!

„W pochodzie codzienności
mieć trzeba jakiś azyl
w pochodzie codzienności
mieć trzeba wyspę marzeń
w pochodzie codzienności
gdy szarość oczy zmęczy
zobaczyć trzeba słońce
zobaczyć wstążkę tęczy…”


Dziś mija 3 lata od kiedy mieszkamy w nowym domu. No i po raz pierwszy świętujemy w nim Dzień Kota z osobistym kotem ;) Ha!
Poza tym przez te trzy lata nauczyłam się kilku rzeczy ważnych oraz kilku mniej spektakularnych, ale za to jak umilających życie: rozpalać kominek, uruchamiać zmywarkę i podwiązywać pomidory, a co! 
Tę piękną rocznicę spędzamy jednakże na pracach w podgrupach – pies z okazji Dnia Kota obszczekuje wszystkie koty z okolicy, Kot dostojnie śpi celebrując swój dzień, Marko z chłopakami wybyli na narty z kolegą Jajackiem, a ja też niejako na desce – bo odrabiam zaległości w prasowaniu :) Umykam dalej na niej poszaleć, pozostawiając po sobie ślad w postaci fotki, która przedstawia nasz taras jeszcze w wersji in spe w roku mniej więcej 2008:


ps. Hihi i Jędrek jaki mały :)

sobota, 16 lutego 2013

Wierzba


Pożegnaliśmy dziś kolejną wierzbę... Kiedy padła  w śnieg, jej pusty środek, na wskroś przeżarty próchnicą, z lekka ugłaskał nasze wyrzuty sumienia. I pokaźne plastry gniazda po szerszeniach. Brrr… Wiosną w tym miejscu zasadzimy młodą sadzonkę – ładnie ukorzeniona, dwuletnia wierzba dojrzewa pod oknem sypialni Jędrka.





Się dzieje

Nigdzie się nie spieszę. Nie muszę o niczym myśleć. O niczym ważnym ani o błahym. Jednakże choćby w telegraficznym skrócie warto odnotować co się dzieje, a się dzieje: w Watykan uderza grom, dosłownie i rzeczywiście: Ojciec Święty odchodzi na emeryturę (doprawdy żyjemy w niesamowitych czasach – przełom wieków, przełom tysiącleci, Ojciec Święty z Polski, który za chwilę zasili szeregi Świętych i jeszcze taaaka abdykacja). W Czelabińsku grad meteorytów, Ziemię o kosmiczny włos mija asteroida, uf.

A my w cieniu tych dużych i wielkich wydarzeń cichutko robimy swoje, czyli żyjemy korzystając z wolnego czasu.
Kiciuch codziennie ratuje świat przed totalną zagładą walcząc zawzięcie z agresywną sznuróweczką w kolorze spłowiałej szarości.
Synki dwa w przededniu zrewolucjonizowania globalnego przemysłu motoryzacyjnego - budują prototyp bolidu wyścigowego. Chętnie zamieściłabym fotki, bo jest naprawdę świetny - niestety, prawa autorskie zastrzeżone, to co będę z nimi zadzierała.

Ostatki spędziliśmy na mini stoku, jednym z kilku w naszych nizinnych okolicach. Za karę, że nie chciałam jeździć na nartach, musiałam cykać fotki. Na przykład o, taki piękny, bałwan na stoku stał, na narciarzy spoglądał:


















Międzyczasie upiekłam pizzerinki z podtekstem, bo data w kalendarzu zobowiązywała:




















I wreszcie udało się umówić z przyjaciółmi na kulig - sanie ciągnęły dwa śliczne koniki:


...a my w tych saniach, a czasami pod, bo wiadomo nie od dziś, że w kuligu najfajniejsze są wywrotki:



…i dobrze jest, nie trza psuć, jak mawiają ci co się znają na życiu.  

środa, 13 lutego 2013

...

dwie dłonie
w jeden świat złączone
wczoraj
na dziś
na jutro
na zawsze
obiecujesz
obiecuję
oddech z oddechem jedność
w zapachu miłości składam głowę na poduszce
po rzęsach depcze zniecierpliwiona noc
dłoń z dłonią
w jeden sen ukołysane

piątek, 8 lutego 2013

Juhu!!!

Mam ferie. Kocham je. Kocham!
Syn Małoletni też ma ferie. On też je kocha, o jak bardzo!
Syn Duży ma zaliczony pierwszy semestr i w związku z tym ma przerwę semestralną. Szczęśliwy chyba bardziej niż po zdanej maturze.
Marko ma krótki zimowy urlop po półrocznym kursie angielskiego. Trudno odczytać jego emocje, ale generalnie jego urlopowy plan zawiera 3 punkty: wyspać się (co najmniej 12 godzin dziennie), porąbać resztę drewna w drewutni, posprzątać w garażu (to akurat obok spania stały punkt wszelkich dni wolnych mego małżonka).
Czy ktoś ma wątpliwości co zamierzamy robić przynajmniej przez najbliższy tydzień?
Tak, dokładnie to: bez skrupułów, systematycznie, bez najmniejszych obiekcji i krygowania się zamierzamy BYCZYĆ się :) Spać ile fabryka dała, lepić bałwany z ton śniegu, które zalęgają na naszym podwórku. Może skoczymy na narty? Tzn. ja tradycyjnie będę ozdabiać stok tak bliżej baru :) Ale chłopaki odkurzą narty.
Kto to wie co będziemy robić. Na pewno w zapomnienie pójdzie trójca: PRACA, SZKOŁA, UCZELNIA – juhu!

 

czwartek, 7 lutego 2013

Pączek, pożar(ł), biodro ;)

Pamiętam taki jeden Tłusty Czwartek przed laty. Mieszkaliśmy jeszcze w bloku, w naszym pierwszym mieszkaniu. Michaś - malutki. Jędrek - na żabach u bociana - co znaczy, że nie było go jeszcze ani na świecie, ani tym bardziej w planach. Marko w pracy na popołudnie. Ja z koleżanką nad stertą pączków (a jakże!), narzekałyśmy na przyciasne w biedrze dżinsy, a nasze dzieci bawiły się tuż obok. Niemalże jednocześnie z wyjącymi sygnałami straży pożarnej poczułyśmy gryzący dym wdzierający się kratkami wentylacyjnymi do mieszkania. Paliły się piwnice. Ciemny i gęsty dym błyskawicznie wypełnił klatkę schodową. Przyłożyłyśmy wilgotne ściereczki do twarzy dzieci (sie było uważnym na szkoleniach pepoż) i prowadząc je blisko ściany, jak najniżej, wybiegłyśmy przed blok. Gdzie już zdążyło zgromadzić się pół osiedla, w tym mój Teść.
Stoimy w tłumie patrząc na to całe zamieszanie i panów strażaków w tymże zamieszaniu uwijających się jak nie wiem co, i jak to przy stresie zwykle bywa - człowiek gubi rozsądek i włącza mu się tryb irracjonalny. U mnie przejawiło się to słowami:
- Chyba nie zamknęłam mieszkania.
(Po co mi było zamknięte na klucz mieszkanie w obliczu realnego zagrożenie pożogą, pozostaje dla mnie zagadką do dziś?)
O dziwo, u mojego opanowanego i zdystansowanego zwykle Teścia, rozsądek też chwilo się wyłączył, bo rzekł mi na to:
- To ja pobiegnę i sprawdzę.
Nie wiem jakim cudem Teść przedarł się przez kordon strażaków i wdarł do buchającego dymem bloku. W każdym razie gdy za czas jakiś wrócił, stanął spokojnie obok mnie i rzekł:
- Zamknąłem. Trzymaj klucze.
A po chwili dodał:
- Ale dobre pączki masz. Pycha! Gdzie kupowałaś?
Jak w ciemnościach, bo prąd wyłączono, w gęstym dymie, mój Teść natknął się na pączki leżakujące na tacy w naszej kuchni? Nie wiem. Ale od tamtej pory wiem, że choćby się waliło, paliło i miało o kilka centymetrów w biedrze przydużo, w Tłusty Czwartek pączka zjeść MUS! I już!

Smacznego zatem :)



[Pączki zakupione w drodze do pracy, sanna widoczna z okna w pracy.]

poniedziałek, 4 lutego 2013

Tymczasem...

Wypijam kawę - wcześniej jej zapach okrasza cały dom.
Fafon z błagalnym okiem sterczy u wrót garażu, bo zamknęłam tam ugotowaną wołowinę. Jędrkowi zamarzyły się pierogi z nadzieniem wołowo-soczewicowym, a czasu mam niewiele, więc gdzie jak nie w zimnym garażu wystygnie mi sztuka mięs?
Zima zafundowała odwilż – na razie jest tak trochę fajnie. Można podróżować tam i z powrotem rowerem. A nie fajne jest to, że moja skóra jednakże ciężko znosi zimę. Od kilkunastu dni boli, choć mróz zelżał. Dziwne co nie – bo jak może boleć skóra? A boli. Czyli tak, tak – (ł)uszczyca raczyła efektownie uraczyć mą skórę swym (psa)urokiem. Dzwonię do Doktora, mojego ukochanego od lat. Rozmawiamy:
- No jak tam? Dajesz radę?
- No daję, daaaaję…
- Akurat, słyszę, że kłamiesz! - Doktorek z tych bardziej oryginalnych, chyba już o tym pisałam nie raz, a może i nie dwa.
A co mam Mu powiedzieć? Sam wie dobrze jak jest. Zna mnie od 14 roku życia, od moich pierwszych dni z chorobą, a samą chorobę zna pewnie dwa razy dłużej. Więc wie. Umawiamy się na spotkanie. Ciekawe co do tego czasu się urodzi. Może fantastycznie zarabiający pracownicy ministerstwa zdrowia wypracują do tego czasu ustawy wykonawcze do, ponoć wprowadzonego z dniem 1 stycznia, programu lekowego dla takich opornych łuszczycowych delikwentów jak ja?
Kto to wie...

...tymczasem...


które padły
te wszystkie słowa
jak śmieci
wyrzucone pospiesznie
bez refleksji
nieprzemyślane
bez segregacji wstępnej
bez szans na recykling
bez nadziei na utylizację
i odzysk odpadów
bez potrzeby
zaśmieciły serce

pojemnik kolor niebieski
ta pocztówka do pustej skrzynki zaadresowana
pojemnik kolor żółty
sztuczna bliskość ot tak z przyzwyczajenia
pojemnik kolor zielony
w butelce zalakowanej sumienie
pojemnik kolor czerwony
na złom każdy uśmiech, gesty, troska
pojemnik kolor brązowy
biodegradowalne resztki miłości

25 grudnia 2012