wtorek, 30 kwietnia 2013

Dziś rano...

Czasami bywają takie poranki, że chętnie oddałabym królestwo za kawę. A drugie dorzuciła za asystenta ds. bieżących.
A poranków takich przybywa, a czasami rozciągają się na długie godziny i zagarniają całe dni. W biegu, truchtem lub pedałując na rowerze co sił, zastanawiam się co za mną, co przede mną, a czego całkiem już nie dogonię. Między obieraniem ziemniaków a podlewaniem pelargonii. Rozwieszaniem prania a dolewaniem mleka do kawy mijają cenne minuty darowanych godzin. Gdzie je zapisać? Po stronie zysków czy strat?
Nie lubię powiedzenia "nie mam czasu", no bo jak to nie mam? Przecież mam - codziennie dostaję od życia w prezencie 24 godziny z całego dnia. Nic mniej i nic więcej. Dokładnie tyle. I tylko ode mnie zależy jaką wypełnię je treścią. Ale też co sama uznam za stratę a co za zysk. 
Dziś spóźniłam się 5 minut do pracy. Nie, nie zaspałam i nie wyjechałam zbyt późno. Zatrzymałam się tuż przy soczyście kwitnących forsycjach. Kwitną tak krótko - następnym razem dopiero za rok. Nie warto tego tracić. Warto temu oddać czas. Chwilom. Bo są. 



sobota, 27 kwietnia 2013

Patrzymy, widzimy. Albo i nie.

Mam nowe okulary - szkła, oprawki (koniec raz na zawsze ze zbyt delikatnymi patentami, w których co jakiś czas śrubka odmawiała współpracy z całą, niewielką resztą) i w pakiecie z nimi mam nową szerokość kanału progresji, ogniskową, z którą nie mogę się dogadać i w huk wie czego jeszcze nowego. No nie ogarniam tej kuwetki póki co i mnie wnerwiają te nowe, że eeeh. Okulista musiał ustawić mi inaczej to wszystko niż miałam dotychczas, bo po prostu nie mam komfortu korzystania z tych patrzałków. Niby są okej, niby widzę, ale cuś z nimi nie tenteges
A tu tyle do oglądania. 
Przyroda nie próżnuje. Nadrabia błyskawicznie zaległości po zbyt długiej zimie. Wprost z zimowych butów wskoczyłam w sandałki. Modrzewie Gosi, tuż za płotem, trzy dni temu były nagie, teraz szczerzą młode, zieloniutkie igiełki. Staram się nie przeoczyć tych chwil, bo zieleni się dosłownie w oczach – choćby zaopatrzonych w nowe okulary o dziwnie ustawionych parametrach. Krokusów niestety nie zdążyłam sfotografować – przekwitły. U bocianów chyba już są jajka, bo nie zostawiają gniazda samemu sobie – zawsze jeden bociek medytuje na jednej nodze lub po prostu siedzi. Drugi w tym czasie żeruje na łące obok, albo znosi różności do umacniania gniazda. Więc wnioskuję, że sąsiedzi Państwo Bocianostwo przy nadziei :)
Żaby drą mordy wieczorami, niemalże tuż nad uchem Fafcia, bo pod płotem od pastwiska mamy pozimowe rozlewisko. Kukułka mnie okukała kiedy byłam bez grosza przy duszy, bo akurat wyszłam wieczorem podlać nowo posadzone drzewka. No i jak tu być bogatym? Głupia kukułka!
Poddałam Syna Dużego testom na umiejętność samodzielnego gospodarowania. Jakby nie było dziecię wypuściłam na szeroką wodę siedem miesięcy temu i tylko raz (!!!) go odwiedziłam na jego kawalerskim gospodarstwie i to niejako przy okazji:
- Michał, a ty w ogóle to umiesz ugotować mleko?
- No jasne!
- No, to jak się gotuje mleko, powiedz mi synu? – pytam uroczyście, wlewając jednocześnie do małego garnuszka odrobinkę wody, bo właśnie rozpoczynałam gotować mleko do czegoś tam.
- Trzy minuty w szklance w MIKROFALI, mamo, ha ha ha!
No nie wiem nie wiem, zdał test czy nie? A może ja oblałam?

niedziela, 21 kwietnia 2013

Łykendowy miszmasz

Ach co to za łykend był. Rozpoczął się deszczowo, zakończył słonecznie, że ach i och. A deszcz padał… w teatrze :) Albowiem kulturalną część naszego łykendu sponsorował nam Teatr Roma z Deszczową piosenką właśnie. Musical zrealizowany z rozmachem – można podczas niego poczuć to co kocham – magię kulisów teatru, czar sceny, smaczki epizodów (pani biegająca z „klapsem” filmowym – majstersztyk), talent – boszzzzzz skąd to ludzie mają – tańczą, śpiewają, stepują, grają, wzruszają, rozśmieszają - łał! Dla aktorstwa chylę czoła zawsze gdy jestem w teatrze. Film narzuca oczywisty dystans fizyczny, w teatrze dotykam tej sztuki opuszkami palców – kocham to, kocham.

W Deszczowej w Romie podobało mi się: bezapelacyjnie pani Barbara Kurdej Szatan w drugoplanowej roli Liny Lamont. Moim zdaniem zdominowała główną postać, którą odgrywała, jakby nie było, gwiazda musicalu, pan Darek Kordek. O pani Barbarze jeszcze na peeewno upomni się wielki ekran. A pan Kordek – no śpiewa, tańczy, stepuje, miny stroi jak marzenie, widownię deszczówką obryzguje koncertowo. Choćby po to trzeba koniecznie ów musical zobaczyć na żywo :)

A co poza tym? 23 sztuk iglaków czeka w jutowych workach na sadzenie, ale że wiadomo w co się niedzielna praca obraca – sadzenie odłożone na poniedziałek.
Dlatego bezkarnie marnotrawiłam dziś czas popijając kawę w słońcu na tarasie i ławce bujawce. I wyrzutów sumienia nijakich nie posiadam.
Kontemplując okoliczności przyrody, stwierdziłam autorytatywnie, że nieprawdą jest jakoby bocian nie konsumował żab. 
Konsumuje i owszem:


video
Miłego tygodnia :)

środa, 17 kwietnia 2013

Niech minie ta noc

Kiedy kilka tygodni temu zostałam sama w domu - sama z Jędrkiem i kotem, nie mogłam spać. Uruchomiłam wówczas office w telefonie (no co za cudo!) i wyklikałam cały mój niepokój i czujność w jednym. Dziś odkopałam tę notatkę. Dlaczego? Bo czeka mnie znowu taka noc i już się jej bojam – jak to czasami zdaje się „mówić” pysk Fafika:

Nocą dom żyje ciszej. Ale to ciszej paradoksalnie znaczy groźniej. Albo w moich uszach tak brzmi. Brzuchata lodówka, w rzeczywistości prawie bezdźwięczna, mruczy i burczy, przelewa coś w tych swoich maszynowych żyłach, a po co, po jaką cholerę? I piec swoje musi pogadać. Właśnie nocą coś mu się uruchamia, bo on musi i już. Zmywarka, w dzień moja przyjaciółka, nocą przemienia się w charczącego potwora dobijającego się do mojego domu rurami kanalizacyjnymi. A przecież w ciągu dnia jakby ich nie było. Zapominam, że są. Są i już. Nie słyszę ich. Dlaczego więc nocą jest inaczej? Nocą każdy, najcichszy dźwięk wwierca się w uszy, przed oczy podsuwa przerysowane i całkiem nierealne obrazy. Cisza nocą jest tak dojmująca, rozbudza wyobraźnię, która zamiast o 4 nad ranem spać, pracuje na najwyższych obrotach. 
Syn mniejszy tuż obok oddycha cichutko. Spokojnie i kojąco. Zupełnie nieświadomy jazgotu ciszy. Kot zeskoczył z kanapy. Co za huk! A może to nie kot? Jeśli nie on to co? To KTO?
Kiedy przyjdzie sen? Tuż przed budzikiem bezlitośnie oznajmującym początek dnia? 
Nie lubię naszego domu nocą gdy nie ma w nim Ciebie. A przecież nie zawsze uda się skraść dniu choćby godzinę na sen. 
Tylko niech już minie ta noc. 
Niech granatowe niebo zacznie bielić się świtem. 
Niech u sąsiadów rozbłyśnie światło w małej łazience. 
Niech kot przestanie straszyć swoimi nocnymi wędrówkami. 
Niech cisza zamieni się w przyjazne i oswojone odgłosy codzienności. 
Ledwo słyszalny dźwięk lecącego wiele kilometrów nad ziemią samolotu, niech będzie tym czym jest w rzeczywistości, a nie potworem czyhającym na moje bezpieczeństwo. 
Tykający zegar – zegarem, a nie skradającym się bógwieczymstrasznym

Niech skończy się ta noc. 
Albo niech przyjdzie sen.

***

PS. Sen wówczas przyszedł o 4.50 :) A dziś do bukietu nocnych dźwięków doszły... żaby. Najwidoczniej wybrały pobliskie wiosenne rozlewisko za wylęgarnię, ajć!

A aktualny widok z tarasu mam taki (to fotka, a nie czarny prostokąt z Painta):




poniedziałek, 15 kwietnia 2013

A w poniedziałek rano...

W poniedziałek rano, pod ciężkimi jak sto ton powiekami, drzemią obrazy z ostatnich dni. Uśpiłam swoje wyrzuty sumienia i wyrwaliśmy wraz z Mareckim, kawałek czasu tylko dla nas i naszych znajomych. Z każdym kilometrem przybliżającym nas do Sandomierza, oddalała się ciut zwyczajna codzienność. No i synki dwa, zaopatrzone na okoliczność samotnego łykendu w wiktuały niezbędne do przeżycia 24 godzin z hakiem bez rodzicieli-karmicieli. 
Wzdłuż drogi kilkanaście - zadomowionych już - bocianich gniazd. Występująca wiosennie z brzegów Wisła. Z nijakości odkrytej przez śnieg, nieśmiało, bardzo nieśmiało wychyla się zieleń. 
Miasteczko o tej porze roku - ni to wiosna ni zima - senne, pustawe, gdzieniegdzie kamiennymi uliczkami paradowali harcerze i gromadka kuracjuszy niedalekich ośrodków sanatoryjnych. Lody z zielonej lodziarni - to stały punkt do zaliczenia, pomimo niesprzyjającej zbytnio aury. Hm... więc może dlatego boli mnie gardło? A może od przyśpiewek wieczornych co to je z zapałem uskutecznialiśmy ze znajomymi? Deszcz i pierwsza wiosenna burza przegnała nas z rynku do kawiarni, gdzie po malutkim zamówieniu zabrakło piwa. No tak - sezon jeszcze nierozpoczęty. Kto by się tam spodziewał aż 16 osób na raz :) Lubię między sezonowe wyciszenie gwarnych zazwyczaj miasteczek. 
Mocna kawa podnosi wreszcie powieki. Czyste powietrze wpadające przez otwarte okna dodaje energii. Wspomnienia rozlewają się przyjemnie po sercu. Pora wziąć się do roboty.

................................................


Zostawię jeszcze AniołkaAni, którego zrobiłam specjalnie dla Ani :) Niech 
Cię Aniu pilnuje, a ja jeszcze raz dziękuję :)




czwartek, 11 kwietnia 2013

Masz prund?

Czy prąd, a raczej jego brak może być czynnikiem integrującym małą grupę społeczną? I zaznaczam, że wcale nie mam na myśli nastrojowej integracji przy świecach, bowiem „uporządkowanego ruchu ładunków elektrycznych” (ha, ma się syna co jest, a w każdym razie powinien być, za pan brat z fizyką) zabrakło o poranku. W dodatku w pracy. Miejsce totalnie a-romantyczne. 
- Masz prund? - brzmiało zewsząd.
Nie da się ukryć - dzisiaj w firmie najbardziej pożądanym artykułem był… prąd. Z samego rana rypnęło, błysnęło i tyle go widzieli. Nagle okazało się, że nic nie da się wydrukować, przesłać, ba, napisać nawet. Powrócono do korzeni czyli długopisów i kredy, no powiedzmy, że w wersji ciut bardziej nowoczesnej, bo pisaków do tablic. Sytuacja stała się niebezpieczna w momencie gdy wszyscy nagle odczuli znaczny spadek zawartości kofeiny w żyłach. Zwiększoną popularnością cieszyły się co bardziej energiczne osoby, aby inni od nich, niczym wampiry energetyczne, mogli czerpać siły do pracy, która zresztą i tak się dziś mocno rozłaziła w szwach. Przez myśl mi przebiegło: jak też kiedyś, kiedyś… inaczej wyglądało życie. Nie mówię nawet o czasach tak odległych jak życie z lampą naftową w roli głównej, ale tych bliższych – bez komputera, e-maila, komórki, którą trzeba naładować, tablicy interaktywnej i expresu do kawy nade wszystko. 
A kysz!!!

A ponieważ zbliża się łykend, może już troszkę wiosenny, załączam buteleczkę ;)





poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Taki sobie poniedziałek

Jakby ktoś szukał wiosny, to ja już wiem gdzie ONA jest.
Dziś była u nas na tarasie, wypiła z nami kawę! Pierwszą w tym sezonie.
A następnie, Szanowni Państwo, wiosna owa krążyła nad naszymi dachami. Sąsiadka, ta zza płotu po stronie północnej, zawołała do mnie:
- Pani sąsiadko, bociany nasze wróciły! Wróciły!
Ano wróciły biduleńki. Ale takie wygłodniałe, że cały dzień szlajały się gdzieś tam po rozmakających łąkach. Będę jutro na nie polowała, by im cyknąć pierwszą w sezonie 2013 foteczkę. Z braku bocianów zostawiam cud-mniód-malina zachodzące wiosenne słoneczko – no jak nic widać, że wiosenne, a nie zimowe :)


Radośnie wiosenne chwile na tarasie, poprzedziły mniej radosne w pracy. Po skumulowanej dłuższej przerwie świątecznej i chorobowej naszła mnie refleksja mniej więcej taka:
Ja lubię swoją pracę.
Ja lubię w tej pracy współpracować nawet z tymi, których nie lubię za bardzo.
Jednakże ciśnienie, które zawsze mam w książkowej normie, mocno mi zawrzało, po tym powrocie po dłuższej przerwie świąteczno-chorobowej.
Ale zarzućmy zasłonę milczenia. Pracować jest mus. Czy się lubi czy nie.
I współpracować też trzeba. Czy się lubi czy nie.
Lepiej lubić, bo wtedy łatwiej. I milej.
Zresztą nic (i nikt) nie jest w stanie zepsuć tego dnia.
Wiosna, wiosna i już!

środa, 3 kwietnia 2013

Zakichane to wszystko

Musiało sporo wody w dużej rzece i tej ciut mniejszej tuż obok upłynąć, bym dojrzała do pewnych, jak to mawiają, oczywistych oczywistości: jak człek chory to ma leżeć we własnym wyrku, a nie wspinać się na szczyty swoich wątpliwych możliwości i gnać co tchu do pracy. Bo, co? jak nie doczołga się, to praca bez niego zdechnie? Ano nie zdechnie. Zdycham za to ja i mocno mnie to niepokoi, bo należę do osób stosunkowo rzadko chorujących. Nic…, trzeba było z rana zebrać swoje mało atrakcyjne w chorobie zwłoki i zaciągnąć je do doktorów. Z wydatną pomocą Mężona czyniącego honory priv ambulansu  W połowie drogi do szpitala, dorwał mnie via telefon Szef. No ma szczęście chłop. Ja usiłowałam dorwać Go od rana, aby przekazać wiekopomną wieść, że nie stawię się przy taśmie produkującej młode pokolenie ku chwale ZUS, alem się nie dodzwoniła. A Szef proszę – raz – dryń, dryń – i już ma mnie na linii.
Doktor mocno strapiony papierologią, tylko na mnie spojrzał (osłuchał też, nie powiem) i wzdychając chwycił po kolejne druczki. Zwolnienie do końca tygodnia. 
Nie lubię być na zwolnieniu lekarskim. Zawsze mam wyrzuty sumienia, że może wcale nie jestem taka chora, że symulant ze mnie, że hipochondryk jaki czy co? Nielojalny płatnik składek, wyłudzacz świadczeń, a fee! Kiedy miałam małe dzieci, paradoksalnie, prawie wcale nie bywałam na zwolnieniach – inna sprawa, że instytucja dyspozycyjnych Babci i Dziadka bardzo mi w tym pomagała. No to teraz na „stare lata” zaczynam odbierać co się tam tych składek a składek naskładałam.
W związku z tym, że mam gratis wolne, inwestuję w się. Obłożyłam się bowiem literaturą lotów różnych, ale jestem cierpiąca więc mam prawo. Mam? 



Nawiasem mówiąc fajnie jest mieć już w miarę duże dzieci. To znaczy jedno duże dziecko, jedno prawie duże i dużego męża :) Bo można bezkarnie leżakować w chorobie w piernatkach, nie martwić się, że rodzina zemrze z głodu i tak dalej. Można sobie nawet pozwolić przed Markiem zamarkować… oj, oj kochanie herbatki z cytryną, tylko tak dużo, dużo cytrynki, dobrze? I ten kocyk puchaty pod nogi podłóż, o jak cudownie…

Acha i kupiłam troszkę wiosny, w markecie tanio sprzedawali, ale efekty pokażę może jutro. Bo dziś niedomagająca jestem już boleśnie. Pozdrawiam z łóżka, ale przez grubą i zapłakaną szybkę, aby nie rozsiewać zarazków.



PS. Sezon odśnieżania u nas w pełni, oj i to jakiej!



poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Apsik, kurczę!

No i zarazili mnie. Apsikali i kaszleli mi pod nosem. Ja cytrynki, miodek i malinki podtykałam i tak się odwdzięczyli. Apsik! I to własna rodzina. Mnie - która musi być zawsze na chodzie, mnie - która nie może pozwolić sobie na najmniejsze chwilki słabości. Apsik! 
Marko, znawca naturalnych metod ozdrawiania, rzekł;
- Zrobię ci piwa grzanego z miodem, postawi cię to na nogi.
Hm… jak na razie raczej doprowadza mnie do pozycji horyzontalnej i kieruje tak bardziej w stronę łóżka. Pewnie nawet książki za długo nie poczytam (Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Podróż do miasta świateł). Coś czuję, że mnie to grzane piwo ukołysze do snu… 
Świąteczny czas minął tak jak chciałam – spokojnie, rodzinnie i bez gorących emocji. Czasami tak trzeba – bez wzlotów. Aby nie było upadków. Silniej mi wobec tego i zdecydowanie spokojniej. A przeziębienie i tak zwalczę. Jak nie grzanym piwem, to tabletką aspiryny.
Apsik!

PS. Kończąc temat jajeczny – załączam fotkę wielkanocnego przeboju naszego stołu:





Pomysł na kurczakowe galaretki w kształcie jajeczka zaczerpnięty z bloga: Kuchnia Broni