poniedziałek, 15 kwietnia 2013

A w poniedziałek rano...

W poniedziałek rano, pod ciężkimi jak sto ton powiekami, drzemią obrazy z ostatnich dni. Uśpiłam swoje wyrzuty sumienia i wyrwaliśmy wraz z Mareckim, kawałek czasu tylko dla nas i naszych znajomych. Z każdym kilometrem przybliżającym nas do Sandomierza, oddalała się ciut zwyczajna codzienność. No i synki dwa, zaopatrzone na okoliczność samotnego łykendu w wiktuały niezbędne do przeżycia 24 godzin z hakiem bez rodzicieli-karmicieli. 
Wzdłuż drogi kilkanaście - zadomowionych już - bocianich gniazd. Występująca wiosennie z brzegów Wisła. Z nijakości odkrytej przez śnieg, nieśmiało, bardzo nieśmiało wychyla się zieleń. 
Miasteczko o tej porze roku - ni to wiosna ni zima - senne, pustawe, gdzieniegdzie kamiennymi uliczkami paradowali harcerze i gromadka kuracjuszy niedalekich ośrodków sanatoryjnych. Lody z zielonej lodziarni - to stały punkt do zaliczenia, pomimo niesprzyjającej zbytnio aury. Hm... więc może dlatego boli mnie gardło? A może od przyśpiewek wieczornych co to je z zapałem uskutecznialiśmy ze znajomymi? Deszcz i pierwsza wiosenna burza przegnała nas z rynku do kawiarni, gdzie po malutkim zamówieniu zabrakło piwa. No tak - sezon jeszcze nierozpoczęty. Kto by się tam spodziewał aż 16 osób na raz :) Lubię między sezonowe wyciszenie gwarnych zazwyczaj miasteczek. 
Mocna kawa podnosi wreszcie powieki. Czyste powietrze wpadające przez otwarte okna dodaje energii. Wspomnienia rozlewają się przyjemnie po sercu. Pora wziąć się do roboty.

................................................


Zostawię jeszcze AniołkaAni, którego zrobiłam specjalnie dla Ani :) Niech 
Cię Aniu pilnuje, a ja jeszcze raz dziękuję :)




2 komentarze:

  1. świetne te Twoje aniołki - uśmiechy mają jednorazowe :) a Sandomierza oczywiscie zazdroszczę

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniołki muszą się uśmiechać, inaczej - co to byłyby za aniołki ;) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń