wtorek, 30 kwietnia 2013

Dziś rano...

Czasami bywają takie poranki, że chętnie oddałabym królestwo za kawę. A drugie dorzuciła za asystenta ds. bieżących.
A poranków takich przybywa, a czasami rozciągają się na długie godziny i zagarniają całe dni. W biegu, truchtem lub pedałując na rowerze co sił, zastanawiam się co za mną, co przede mną, a czego całkiem już nie dogonię. Między obieraniem ziemniaków a podlewaniem pelargonii. Rozwieszaniem prania a dolewaniem mleka do kawy mijają cenne minuty darowanych godzin. Gdzie je zapisać? Po stronie zysków czy strat?
Nie lubię powiedzenia "nie mam czasu", no bo jak to nie mam? Przecież mam - codziennie dostaję od życia w prezencie 24 godziny z całego dnia. Nic mniej i nic więcej. Dokładnie tyle. I tylko ode mnie zależy jaką wypełnię je treścią. Ale też co sama uznam za stratę a co za zysk. 
Dziś spóźniłam się 5 minut do pracy. Nie, nie zaspałam i nie wyjechałam zbyt późno. Zatrzymałam się tuż przy soczyście kwitnących forsycjach. Kwitną tak krótko - następnym razem dopiero za rok. Nie warto tego tracić. Warto temu oddać czas. Chwilom. Bo są. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz