czwartek, 11 kwietnia 2013

Masz prund?

Czy prąd, a raczej jego brak może być czynnikiem integrującym małą grupę społeczną? I zaznaczam, że wcale nie mam na myśli nastrojowej integracji przy świecach, bowiem „uporządkowanego ruchu ładunków elektrycznych” (ha, ma się syna co jest, a w każdym razie powinien być, za pan brat z fizyką) zabrakło o poranku. W dodatku w pracy. Miejsce totalnie a-romantyczne. 
- Masz prund? - brzmiało zewsząd.
Nie da się ukryć - dzisiaj w firmie najbardziej pożądanym artykułem był… prąd. Z samego rana rypnęło, błysnęło i tyle go widzieli. Nagle okazało się, że nic nie da się wydrukować, przesłać, ba, napisać nawet. Powrócono do korzeni czyli długopisów i kredy, no powiedzmy, że w wersji ciut bardziej nowoczesnej, bo pisaków do tablic. Sytuacja stała się niebezpieczna w momencie gdy wszyscy nagle odczuli znaczny spadek zawartości kofeiny w żyłach. Zwiększoną popularnością cieszyły się co bardziej energiczne osoby, aby inni od nich, niczym wampiry energetyczne, mogli czerpać siły do pracy, która zresztą i tak się dziś mocno rozłaziła w szwach. Przez myśl mi przebiegło: jak też kiedyś, kiedyś… inaczej wyglądało życie. Nie mówię nawet o czasach tak odległych jak życie z lampą naftową w roli głównej, ale tych bliższych – bez komputera, e-maila, komórki, którą trzeba naładować, tablicy interaktywnej i expresu do kawy nade wszystko. 
A kysz!!!

A ponieważ zbliża się łykend, może już troszkę wiosenny, załączam buteleczkę ;)





1 komentarz:

  1. U nas na wsi też często wyłączają, wtedy siedź po ciemnicy bez sprzętów elektrycznych...

    OdpowiedzUsuń