środa, 3 kwietnia 2013

Zakichane to wszystko

Musiało sporo wody w dużej rzece i tej ciut mniejszej tuż obok upłynąć, bym dojrzała do pewnych, jak to mawiają, oczywistych oczywistości: jak człek chory to ma leżeć we własnym wyrku, a nie wspinać się na szczyty swoich wątpliwych możliwości i gnać co tchu do pracy. Bo, co? jak nie doczołga się, to praca bez niego zdechnie? Ano nie zdechnie. Zdycham za to ja i mocno mnie to niepokoi, bo należę do osób stosunkowo rzadko chorujących. Nic…, trzeba było z rana zebrać swoje mało atrakcyjne w chorobie zwłoki i zaciągnąć je do doktorów. Z wydatną pomocą Mężona czyniącego honory priv ambulansu  W połowie drogi do szpitala, dorwał mnie via telefon Szef. No ma szczęście chłop. Ja usiłowałam dorwać Go od rana, aby przekazać wiekopomną wieść, że nie stawię się przy taśmie produkującej młode pokolenie ku chwale ZUS, alem się nie dodzwoniła. A Szef proszę – raz – dryń, dryń – i już ma mnie na linii.
Doktor mocno strapiony papierologią, tylko na mnie spojrzał (osłuchał też, nie powiem) i wzdychając chwycił po kolejne druczki. Zwolnienie do końca tygodnia. 
Nie lubię być na zwolnieniu lekarskim. Zawsze mam wyrzuty sumienia, że może wcale nie jestem taka chora, że symulant ze mnie, że hipochondryk jaki czy co? Nielojalny płatnik składek, wyłudzacz świadczeń, a fee! Kiedy miałam małe dzieci, paradoksalnie, prawie wcale nie bywałam na zwolnieniach – inna sprawa, że instytucja dyspozycyjnych Babci i Dziadka bardzo mi w tym pomagała. No to teraz na „stare lata” zaczynam odbierać co się tam tych składek a składek naskładałam.
W związku z tym, że mam gratis wolne, inwestuję w się. Obłożyłam się bowiem literaturą lotów różnych, ale jestem cierpiąca więc mam prawo. Mam? 



Nawiasem mówiąc fajnie jest mieć już w miarę duże dzieci. To znaczy jedno duże dziecko, jedno prawie duże i dużego męża :) Bo można bezkarnie leżakować w chorobie w piernatkach, nie martwić się, że rodzina zemrze z głodu i tak dalej. Można sobie nawet pozwolić przed Markiem zamarkować… oj, oj kochanie herbatki z cytryną, tylko tak dużo, dużo cytrynki, dobrze? I ten kocyk puchaty pod nogi podłóż, o jak cudownie…

Acha i kupiłam troszkę wiosny, w markecie tanio sprzedawali, ale efekty pokażę może jutro. Bo dziś niedomagająca jestem już boleśnie. Pozdrawiam z łóżka, ale przez grubą i zapłakaną szybkę, aby nie rozsiewać zarazków.



PS. Sezon odśnieżania u nas w pełni, oj i to jakiej!



3 komentarze:

  1. Zdecydowanie masz prawo po wylegiwać się w łóżku z dobrą i wciągająca książka przy boku.Współczuję choroby,też nie lubię prychać na otoczenie,ale z drugiej strony -dobrze ze teraz w te śpiące jeszcze zimowe dni ,niż pózniej,gdy słonko wreszcie się nam pokaże w pełnej krasie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja to bym chciała być chora bez chorowania, czyli poleżeć sobie pod kocykiem i poczytać książkę. Takie marzenie ściętej głowy, bo moji mężczyźni nie daliby sobie rady... Zdrowia Tobie życzę, chociaż to już kilka dni po poczynionym wpisie, więc mam nadzieję, że już po choróbsku

    OdpowiedzUsuń
  3. Dużo zdrowia i dobrej lektury :)

    OdpowiedzUsuń