piątek, 31 maja 2013

Poranek

Uwielbiam takie poranki, kiedy mogę zalec z książką we wyrku. Na szerokim, dębowym wezgłowiu stawiam herbatę pachnącą malinami i cytryną. Kotka siedzi na dywaniku przy łóżku, zielonymi oczami zaklina mnie bym ruszyła tyłek i nasypała jej żarła do michy. Od czasu do czasu wydaje prawie bezgłośne miauu, odsłaniając przy tym swoje drobne kły. Prześmiesznie to wygląda. Z kuchni intensywnie pachnie pieczony chleb. Zaiste powiadam zapach to obłędny. Mający pod sobą wszystkie zapachy. Bo pieczony chleb nie samym chlebem w istocie pachnie. Jest w nim zamknięte całe dobro i piękno świata. Jak słowo daję, choć brzmi banalnie, ale tak właśnie jest. Ciepły kokon, dom, bezpieczeństwo, miłość, rodzina, wspomnienie najpiękniejszych chwil, jakie zapisały się na twardym dysku naszej pamięci.
Dziękuję Elu, że mnie tym zaraziłaś :) 

wtorek, 28 maja 2013

A w pracy... ziarnko grochu :)

Trwają próby mini-inscenizacji „Księżniczka na ziarnku grochu”. Na okoliczność Dnia Dziecka, ofkors. Z jak zwykle własną, dość luźną, interpretacją dzieła Andersena, potraktowanego wcześniej poetycko przez Brzechwę. A - i byłam o krok od debiutu z uczniami na scenie. No bo troszku "aktorów" się pochorowało, innym się nie chciało chcieć. Pomyślałam, o rzesz kurcze orzeszek, to znak, oto scena woła do mnie: "chodź!!" Ostatecznie jednakże rolę Królowej zgarnęła młodsza i jakby bardziej predysponowana - ot życie. A już widziałam się w koronie z napisem "królowa jest tylko jedna"  :) 
Stanęło na tym, że:
Pani Królowa to będzie „zdeterminowana matka polka, gospodynia domowa, syna ożenić szybko gotowa”. 
Pan Król to "władca wzrostu nikczemnego ale mocno przekonany o swojej wielkości, przy czym uroczy optymista". A wygląda żywcem jak Król Maciuś Pierwszy. 
Książę to oczywiście fujara, która nie wie na jakim świecie żyje, o poderwaniu panny księżniczki nie ma pojęcia. 
A księżniczka Pirlipatka… otóż jej alter ego to kabaretowa blond Paranienormalna Mariolka, która w królewskim orędziu zwąchała szansę na złapanie majętnego i z pozycją księcia do zamęścia. 
Całość dość fajnie się układa i miło pracuje. O tak to ja lubię. Premiera już 4 czerwca przed bardzo wymagającą, acz wdzięczną - bo dziecięcą - publicznością.

niedziela, 26 maja 2013

... na marginesie dnia mamy

Mamo, no weeeź. Mamo chodź na chwilę  Tak mamo. Nie mamo. Mamo zrobisz? Mamo daj. Mamo pomożesz? Mamo to co mam zrobić? Mamo nie chce mi się. Mamo jeść mi się chce. Mamo jest coś do picia? Mamo daj spokój. Mamo mam sprawę. Mamo masz czas? Mamo chcę, mamo nie chcę. Mamo proszę.
Choć czasami nie chce mi się wziąć, nie chce mi się iść na chwilę, nie mam sił pomagać, a czasami najzwyczajniej w świecie nie chce mi się robić to o co mnie prosicie, to i tak zawsze bardzo chce mi się być Waszą mamą :)

Na marginesie:
Jako mama synów: chciałabym wychować mężczyzn, którzy potrafią być szczęśliwi i potrafią uszczęśliwiać. Bo to ważne i chciałabym aby o tym wiedzieli. Nie tylko brać ale nade wszystko dawać.

Jako córka mamy, chciałabym…?
Nie wiem, to dla mnie wciąż trudne pytanie.

sobota, 25 maja 2013

W jednej paczce

Pewnie autorka „Chustki” uśmiałaby się, gdyby wiedziała, że książkowe wydanie Jej bloga przyjechało do mnie przytulone w jednej paczce z „Kronosem” Gombrowicza. O rany, a groźny Witold? Się by chyba wkurzył. On, który „wielkim pisarzem był” i jakaś zwyczajna Internautka, w jednym tekturowym kartonie!
A ja przewrotnie i subiektywnie, doszukuję się w tych dwóch książkach subtelnych współbrzmień. Nawet w tym co je różni.
Notatki z życia. Odmiennego, z dwóch odległych biegunów. Z innym ładunkiem emocjonalnym. Inną wrażliwością. Pisane z różnych pobudek. W innej formie – z jednej strony nowoczesne medium, z drugiej autentyczny, cenny (jak sądzę) dla literatury rękopis.
Nie wiem dlaczego Gombrowiczowi tak zależało aby „Kronos” został ocalony przed jakąkolwiek utratą? Swojej żonie Ricie właśnie to przekazał: „Jeśli wybuchnie pożar, bierz Kronos, umowy i uciekaj najszybciej jak możesz!” Dlaczego zależało mu na takim odarciu z… intymności?
Chustka pisała dla Syna. Jej intencje rozumiem podskórnie, bezwarunkowo.
Dla kogo pisał „Kronos” Gombrowicz? Chyba najbardziej dla siebie. Urwane słowa, zdania – hasła, których prawdziwe znaczenie zna tylko on sam.

Obydwie książki zostały opublikowane dzięki Osobom bliskim autorom. Decyzjom tym towarzyszyły różne intencje.
Na obydwu okładkach - zdjęcia autorów.
Gombrowicz podwójny - jeden młody i drugi - już z dziesiątkami lat na twarzy.
Chustka pojedyncza - młoda. Nigdy nie będzie miała zrobionej fotografii w wieku jakiego dożył Gombrowicz.


Cóż za obrazoburcze refleksje naszły mnie (wzruszyłby ramionami niejeden literaturoznawca). No bo gdzież geniusz literatury i zwyczajna kobieta, z takim powtarzalnym losem.
Ale ja jestem zwykłym czytelnikiem, zwykłym człowiekiem. Tak jak zwykłym człowiekiem była Chustka. Tak jak zwykłym (wybacz o Wielki Witoldzie) człowiekiem był Gombrowicz. Tak jak zwykłe było jej, jego, i jak zwykłym jest moje życie. ŻYCIE.

Kiedy czyta się Chustkę w wydaniu książkowym, bez towarzyszących blogowi komentarzy internautów, widać jak bardzo choroba jest tożsama z samotnością. Nawet jeśli ma się tuż przy sercu najbardziej oddane, kochające osoby. Cierpienie jest samotnością. Strach przed odejściem jest samotnością.

„Kronos” Gombrowicza, będzie pewnie ciężki do przebrnięcia dla osoby, która nie zna jego twórczości czy choćby Dzienników. Przyznam, że będę musiała wrócić do nich.

Obydwie książki czyta się trudno. Z innych powodów:
Gombrowicza – bo narracja prowadzona jest z celową lub pozorną niedbałością o potencjalnego czytelnika. Tu najważniejszy jest autor – to on zna sens swoich zapisków.  Ja-czytelnik jestem tutaj przypadkowym obserwatorem. Wcale nie muszę rozumieć. Gombrowiczowi na tym nie zależy.
Chustkę – bo świadomość końca jest nie do zniesienia. Bo znam adresata Jej słów. Bo jestem matką i domyślam się jak okrutnie musiało rozrywać jej z bólu serce, gdy pisała „[Syneczku], co z Tobą będzie, gdy mnie zabraknie”.

Kiedy tylko ukazały się wydawnicze zapowiedzi tych dwóch książek, wiedziałam, że muszę je mieć.
Nie tylko przeczytać, ale właśnie mieć. Książki dwóch tak rożnych światów.


środa, 22 maja 2013

Rapując wieszcza

Z całym szacunkiem dla wieszcza naszego wspaniałego Adasia eM., ale ballada „Świteź" to nigdy do moich ulubionych nie należała. W przeciwieństwie do "Świtezianki", gdzie wiadomo - chłopak, dziewczyna, romantyczne love story - to jak najbardziej. 
Osobisty gimnazjalista domowy, zmuszony jest głowić się jednakże nad  zagadkowymi dziejami jeziora Świteź. A ciężko mu to idzie albowiem dominuje u niego lewa półkula mózgownicy. Zrozumiałe więc, że zdolności humanistyczne ma z deka upośledzone ;)
Chcąc nie chcąc musiałam wgryźć się po latach ponownie w dzieło miszcza Adama. I … no to jednak chyba musi być prawda, że On z tym Puszkinem za kołnierz nie wylewali. Ale czegóż, ach czegóż łapał się wówczas za pióro? Musiałam sama ponownie trzykrotnie przebrnąć przez zamglone losy zatopionego miasta Świteź, by synowi co nieco rozjaśnić. Bo z pewnością oblałby czytanie ze zrozumieniem. Tekst okazał się być mu bardziej przystępnym kiedy spróbowałam go... zarapować. Nie wiem czy Mickiewiczowi by się to spodobało, ale cel uświęca w tym wypadku środki - losy Świtezi rozwikłane. 

Akacje już zaczęły pachnieć. A jak akacje to wakacje bliżej. A jak wakacje bliżej to i koniec roku szkolnego galopuje, i rada pedagogiczna klasyfikacyjna, i sesja. Więc tak bardzo naukowo się u nas porobiło, bo i Marko kończy swoje angielskie dokształty. 
Portulaka zakwitła, u bocianów pewnie już się coś tam wykluło, ale póki co nie widać malusich łebków, komary nadal bycze, sąsiedzi ze strony północnej sprawili sobie kurnik, wiec mam kukurykanie o 4.20 z dwóch stron. Ale wolę to niż poranną śmieciarę pod blokiem i pana dowożącego bułki do sklepu, ze śpiewną wiązanką na ustach, od której na pewno wieszczowi Adamowi spuchłyby uszy. 

niedziela, 19 maja 2013

(Nie)gotujemy się

- Jędrek czy jesteś przygotowany na jutro do szkoły?
- No... zaraz będę się gotował.

Ja zaś starałam się dziś gotować jak najmniej, kuchnia  to mało wciągające miejsce, gdy za oknem kusi słońce. Milej było pobłądzić wśród łąk i zawieruszyć się nad brzegiem Wieprza.


Wieczorem po "naszym" niebie kursował uroczy dromader - coś rozpylał. Nadzieja w nas zakiełkowała, że może coś przeciw-komarzego? Oby!


sobota, 18 maja 2013

Wciąż maj trwa

Kurier przywiózł nowe meble na taras. Stabilne. Pachnące drewnem. Duży stół w asyście dwóch trzyosobowych ław i dwóch wygodnych krzeseł. Taras przyjął to wszystko godnie – jakby się rozciągnął – wszystko zmieściło się i nadal sporo miejsca. Stół nie drga niekojąco przy byle potrąceniu. Bardzo chciałam właśnie taki mieć. Ten dotychczasowy, niewielki stół-trzęsielec, wreszcie będzie spełniał rolę do jakiej się nadaje – podręcznego blatu roboczego w ogrodzie. Dziś właśnie na nim przesadzałam ostatnie kwiaty do pojemników na taras. A mi się marzyły śniadania na tarasie i dlatego pragnęłam porządnego, ciężkiego stołu. I się spełniło. Jak prosto… Fafowi też dobrze w cieniu rozłożystych mebli. 

Komary wściekłe. Bestie zajadłe, ręce opadają od nieustannego ich odganiania. Małe to to, a takie kąśliwe, podłe, podstępne!

Maj niesamowicie nadrabia stracone dla wiosny marzec i kwiecień. Wszystko rośnie obłędnie. Chwasty również, niestety. Truskawkowe krzaczki zsypane kwiatami. Krzewy bzu chyba nigdy nie kwitły tak bujnie jak w tym roku. Ten obok naszego północnego okna ma więcej kiści kwiatów niż liści. Wszystko pnie się do słońca z każdą słoneczną chwilą dnia. Wieczorem, szczypiorek, fasolka, koperek i rukola są widocznie wyższe niż były rankiem. 
Miłe to mojemu oku, oj miłe!

Znowu pędzi czas. Maj mija. Nie mijaj maju, tak cię proszę. Zakwitłeś przed chwilą bzem, zapachniałeś konwaliami, dlaczego już chcesz to zabierać… Żółty do niedawna mniszek, lekko wzlatuje białym puszkiem dmuchawców.

Nie chcę by brakowało mi dnia na piękne chwile. I na głupie zresztą też. Na smutne albo wesołe. Bezsensowne i te wartościowe. Dobre czy złe. Trudne lub proste. Warte zapamiętania i te, o których nie chce się nawet słyszeć. 

Nie chcę by brakowało mi chwil na życie.


poniedziałek, 13 maja 2013

Pan Słowik

Uwielbiam w literaturze pastisze, parodie, parafrazy, zabawę słowem i twórczością współbraci literatów. Inspiruje mnie satyra okresu między- i tuż powojennego. Jednym z moich ulubionych mistrzów gatunku (obok fundamentu -Teatrzyku Zielona Gęś K. Ildefonsa G. ) jest pan Marian Załucki. 

Pan Marian Załucki przypomniał się mi dzisiaj za sprawą… słowika szarego, który to z całych sił swych małych, słowiczych płuc naparzał gdzieś na łące za naszymi olchami (no i ten feministyczny wydźwięk, hi hi):

Pan Słowik
Denerwuje się pan Słowik… już prawie dwunasta,
A tu pani Słowikowa wciąż nie wraca z miasta.
On już sprzątnął, pozamiatał i pościerał kurze,
Lśni czystością całe gniazdko! (G2 – niezbyt duże).
Czas najwyższy, by się wreszcie zabrać do obiadu,
A tu pani Słowikowej ciągle ani śladu.

Co tu robić? Co gotować? Rozpacz go ogarnia.
Wczoraj byli Wróbelkowie – i pusta spiżarnia!
Wreszcie wraca  Słowikowa:
„Nie gniewaj się stary,
Ale straszna dziś kolejka była po komary.
O motylkach szkoda marzyć, a muszki mrożone,
Więc komary tylko wzięłam. Proszę – oto one.

Weź je oskub i wypatrosz i ugotuj w garnku!
Ja nie mogę – mam dziś koncert w Łazienkowskim Parku.
Wszystkie miejsca wyprzedane, gałązki i loże,
Prasa będzie, recenzenci, sam pan Waldorff może …
Jednym słowem wielka gala – nie jakaś chałturka,
Przygotować więc się muszę i przyczesać piórka!”

Westchnął tylko biedny Słowik, przypiął fartuch z listka -
I do garów! Taki los już, gdy żona artystka.
Znana, sławna, rozrywana i zarabia krocie …
A pan Słowik? Także śpiewa, ale przy robocie!
Jedną tylko ma dziś radość: tę chwilę upojną,
Kiedy czyta u Tuwima, jak to było przed wojną.


Przemawia do wyobraźni prawda? 
Ja widzę tutaj gotowy scenariusz na scenkę kabaretową, którą zresztą kiedyś udało mi się zrealizować.
Nie muszę dodawać, że utwór jest pastiszem „Spóźnionego słowika” Juliana Tuwima. 
Więcej twórczości Mariana Załuckiego: o tutaj: KLIK KLIK KLIK 
Polecam, nie tylko na wieczory pełne słowiczych treli.

sobota, 11 maja 2013

Majowo mi

Maj, majuś, majeczek, majuniek ukochany! Kocham go ogromnie, wyczekuję i gdy tylko mogę przystaję wśród soczystej zieleni by oddychać tym miesiącem. Każdą jego minutą, tchnieniem. By poczuć go wszystkimi zmysłami. Jego zapachy, kolory, dźwięki… 



W naszym trzyletnim, więc młodym dość trawniku, zakwitły żółte mlecze. Kiedyś, gdy miałam we władaniu malutki ogródeczek, walczyłam z nimi zaciekle. Rano wyrywałam z korzeniem, napawałam się swym dziełem – nieskazitelnym trawnikiem wielkości 3 na 3 metry. Po południu, mniszek jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiał się znowu. Na malutkim trawniku można było jeszcze prowadzić z nim wojnę, czasami nawet szala zwycięstwa była po mojej stronie. Ale teraz, gdy otacza nas dziesięciokrotnie większa działka, złożyłam broń. Dziś cóż… mlecze są dla mnie częścią maja. Ba! Wyczekiwaną nawet! Poddałam się ich urokowi na moim trawniku – a kto powiedział, że ma być idealny? W moim trawniku więc mają się żółte mlecze, z których uplotłam kwiatową ozdobę świecznika na wieczorne spotkanie z przyjaciółmi.


Od Dziadka pożyczyliśmy dobrą lornetkę i podpatruję czy Pan Bocian ma aby czyste piórka i pazurki. I do gniazda mogę zaglądać – niestety kwitnący bez troszkę to utrudnia, ale na pewno dostrzegę gdy pojawią się w nim malutkie białe łepeczki bocianiego potomstwa. A Marko dziś het, het na horyzoncie wypatrzył sarnę.



Było już majowe ognisko z przyjaciółmi. Do samego nieba, a na pewno powyżej korony wierzby. Co prawda tak zasiedzieliśmy się w jego płomieniach, zapatrzeni w upstrzone gwiazdami niebo, że zapomnieliśmy wrzucić ziemniaki do pieczenia. Ale za to nie przegapiliśmy spadającej gwiazdy. Byłam tak przejęta, że zapomniałam pomyśleć o jakimś konkretnym życzeniu. Po prostu uśmiechnęłam się do tej gwiazdy, która wysłała (wierzę, że tylko) mi świecący ślad, podzieliła (tylko) ze mną swoją energią. I tak dziś czuję się od rana – pełna energii, pomysłów, pełna takiego wewnętrznego dobra, wiary i siły. Bardzo szczęśliwa. Tak bez powodu, bez okazji, po prostu. I już.

Poza tym drogę UM nam poprawił i jest szansa, że nie będziemy tonąć już w błocie. I okoliczni mieszkańcy poczuli zew działań społecznych i dzięki dobrowolnym zbiórkom będzie odrestaurowana niebieska kapliczka na rozstajnych drogach, gdzie z głównej skręca się do naszego domu. I pod którą zawsze śmiga Fafik, gdy tylko uda się mu sforsować ogrodzenie. I nową rabatkę mam na nagietki, portulakę i dalie, i przyjęły mi się malwy, na które „choruję” od dawna. 
Same dobre malutkie wieści. 

Maju, nie kończ się. Trwaj za oknem i w moim sercu. Trwaj!





piątek, 10 maja 2013

Wiosna z... komarami

Przystojny pan pogodynek ze szklanego ekranu powiedział z samego rana, strasznie strasznym głosem, że oto nadciągają chmury o nazwie  C U M U L O N I M B U S. A to ponoć nie wróży nic dobrego - od nich zaczynają się deszcze złowieszcze. Czym prędzej więc zabrałam się za mycie okien - wiadomo - umyjesz okna, deszcz spadnie. Więc co za różnica? A tak to chociaż człowiek wie czego może się spodziewać. W każdym razie okna mam takie, że może do mnie zawitać perfekcyjna pani z tą swoją śnieżnobiałą rękawiczką - na pewno nie jest mi teraz straszna. Deszczu póki co u nas nie ma. A Faf i Kiciuch mają zakaz rozpłaszczania swoich mokrych kinoli na moich błyszczących taflach! Ha!

Bliscy mi i doświadczeni na polu (rolnym) znajomi mają dwie wersje najlepsiejszego terminu na strategiczną czynność w warzywniku, do jakich zalicza się… wysiewanie ogórków do gruntu. 
- Najlepiej siać w wigilię majowego Stanisława!
- A nie! Bo tylko w Dzień Zwycięstwa!
Majowy Stanisław i Dzień Zwycięstwa pozostają w bliskim sąsiedztwie - postawiłam jednakże na Dzień Zwycięstwa. Było to też takie moje maluśkie zwycięstwo nad komarami, których hordy atakują nas tej wiosny. Jest ich dużo. DUŻO. O wiele za dużo – pierwszy raz od kiedy tu mieszkamy aż w takich ogromnych ilościach. Po zachodzie słońca idą spać, a my siadamy wówczas na tarasie, słuchamy ptaków, wąchamy bez, bo zakwitł z niejakim opóźnieniem i pijemy zimne piwo. Rozmawiamy sobie o różnościach. Fajny czas. 

Nim zasiałam ogórki, maciejkę i nim wypucowałam okna, kilka dni pracowałam nad Aniołkiem Do Zadania Specjalnego. To jeden z największych jaki wyszedł z mojego warsztaciku, i chyba najbardziej pracochłonny... Z magią liczb, dla znajomych, którzy tę magię potrafią rozszyfrować.  Torebeczka, którą ma na ramieniu Aniołek, jest wielkości standardowej koperty - bo takie było zamówienie - ma się tam zmieścić kopertowy upominek ;) 
Niech się Wam szczęści!




niedziela, 5 maja 2013

hm...

Majówka się rozszalała w tym roku, no nie ma co. Padało, siąpiło i różne takie tam. Ale, aleee wcale nie zamierzam narzekać z powodu tegoż, bo a kysz ponuractwo, szukamy plusów dodatnich, jak mawia klasyk. Na przykład z powodu deszczu elegancko wyłaziły mi chwasty z grządek – w dwa dni wszystko po zimie przygotowałam do nowego sezonu. Mężon w zaciszu garażu zrealizował moje marzenie z gruntu bardzo przyziemnych i tymyremcamy wykonał stoliczek ogrodowo-kawowy odporny na niedogodności pogodowe. Może po nim walić grad, deszcz i co tam jeszcze, a stoliczka i tak nic nie ruszy. A jak ruszy, to mała strata – bo to stoliczek recyklingowy – nowe ma tylko koła i kątowniki, reszta z odzysku. Można też na nim radośnie śmigać alejkami, bo ma bardzo zwrotne i wytrzymałe kółka – sprawdzili to niezwłocznie synki dwa. 


Zanim nadciągnął majówkowy deszcz, zdążyliśmy zorganizować spotkanie na 10 osób! Wszyscy zmieściliśmy się pod dachem naszego tarasu, choć jeden stół musiał być dopożyczony od zaprzyjaźnionych imprezowiczów. Wspaniałe chwile z przyjaciółmi – przy świecach, muzyce. Gwarne, roześmiane, ze ścianą deszczu za plecami (na szczęście nie zacinało), w akompaniamencie żab jak zwykle.
Jednakże postanowienie jest: kupujemy nowy, stabilny i duuuży zestaw mebli ogrodowych.
Święto 3 maja uczciliśmy na swój sposób – słuchaliśmy tylko polskiej muzyki. No nie były to co prawda pieśni patriotyczne, ale taaam… takie na przykład o: