sobota, 11 maja 2013

Majowo mi

Maj, majuś, majeczek, majuniek ukochany! Kocham go ogromnie, wyczekuję i gdy tylko mogę przystaję wśród soczystej zieleni by oddychać tym miesiącem. Każdą jego minutą, tchnieniem. By poczuć go wszystkimi zmysłami. Jego zapachy, kolory, dźwięki… 



W naszym trzyletnim, więc młodym dość trawniku, zakwitły żółte mlecze. Kiedyś, gdy miałam we władaniu malutki ogródeczek, walczyłam z nimi zaciekle. Rano wyrywałam z korzeniem, napawałam się swym dziełem – nieskazitelnym trawnikiem wielkości 3 na 3 metry. Po południu, mniszek jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiał się znowu. Na malutkim trawniku można było jeszcze prowadzić z nim wojnę, czasami nawet szala zwycięstwa była po mojej stronie. Ale teraz, gdy otacza nas dziesięciokrotnie większa działka, złożyłam broń. Dziś cóż… mlecze są dla mnie częścią maja. Ba! Wyczekiwaną nawet! Poddałam się ich urokowi na moim trawniku – a kto powiedział, że ma być idealny? W moim trawniku więc mają się żółte mlecze, z których uplotłam kwiatową ozdobę świecznika na wieczorne spotkanie z przyjaciółmi.


Od Dziadka pożyczyliśmy dobrą lornetkę i podpatruję czy Pan Bocian ma aby czyste piórka i pazurki. I do gniazda mogę zaglądać – niestety kwitnący bez troszkę to utrudnia, ale na pewno dostrzegę gdy pojawią się w nim malutkie białe łepeczki bocianiego potomstwa. A Marko dziś het, het na horyzoncie wypatrzył sarnę.



Było już majowe ognisko z przyjaciółmi. Do samego nieba, a na pewno powyżej korony wierzby. Co prawda tak zasiedzieliśmy się w jego płomieniach, zapatrzeni w upstrzone gwiazdami niebo, że zapomnieliśmy wrzucić ziemniaki do pieczenia. Ale za to nie przegapiliśmy spadającej gwiazdy. Byłam tak przejęta, że zapomniałam pomyśleć o jakimś konkretnym życzeniu. Po prostu uśmiechnęłam się do tej gwiazdy, która wysłała (wierzę, że tylko) mi świecący ślad, podzieliła (tylko) ze mną swoją energią. I tak dziś czuję się od rana – pełna energii, pomysłów, pełna takiego wewnętrznego dobra, wiary i siły. Bardzo szczęśliwa. Tak bez powodu, bez okazji, po prostu. I już.

Poza tym drogę UM nam poprawił i jest szansa, że nie będziemy tonąć już w błocie. I okoliczni mieszkańcy poczuli zew działań społecznych i dzięki dobrowolnym zbiórkom będzie odrestaurowana niebieska kapliczka na rozstajnych drogach, gdzie z głównej skręca się do naszego domu. I pod którą zawsze śmiga Fafik, gdy tylko uda się mu sforsować ogrodzenie. I nową rabatkę mam na nagietki, portulakę i dalie, i przyjęły mi się malwy, na które „choruję” od dawna. 
Same dobre malutkie wieści. 

Maju, nie kończ się. Trwaj za oknem i w moim sercu. Trwaj!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz