środa, 22 maja 2013

Rapując wieszcza

Z całym szacunkiem dla wieszcza naszego wspaniałego Adasia eM., ale ballada „Świteź" to nigdy do moich ulubionych nie należała. W przeciwieństwie do "Świtezianki", gdzie wiadomo - chłopak, dziewczyna, romantyczne love story - to jak najbardziej. 
Osobisty gimnazjalista domowy, zmuszony jest głowić się jednakże nad  zagadkowymi dziejami jeziora Świteź. A ciężko mu to idzie albowiem dominuje u niego lewa półkula mózgownicy. Zrozumiałe więc, że zdolności humanistyczne ma z deka upośledzone ;)
Chcąc nie chcąc musiałam wgryźć się po latach ponownie w dzieło miszcza Adama. I … no to jednak chyba musi być prawda, że On z tym Puszkinem za kołnierz nie wylewali. Ale czegóż, ach czegóż łapał się wówczas za pióro? Musiałam sama ponownie trzykrotnie przebrnąć przez zamglone losy zatopionego miasta Świteź, by synowi co nieco rozjaśnić. Bo z pewnością oblałby czytanie ze zrozumieniem. Tekst okazał się być mu bardziej przystępnym kiedy spróbowałam go... zarapować. Nie wiem czy Mickiewiczowi by się to spodobało, ale cel uświęca w tym wypadku środki - losy Świtezi rozwikłane. 

Akacje już zaczęły pachnieć. A jak akacje to wakacje bliżej. A jak wakacje bliżej to i koniec roku szkolnego galopuje, i rada pedagogiczna klasyfikacyjna, i sesja. Więc tak bardzo naukowo się u nas porobiło, bo i Marko kończy swoje angielskie dokształty. 
Portulaka zakwitła, u bocianów pewnie już się coś tam wykluło, ale póki co nie widać malusich łebków, komary nadal bycze, sąsiedzi ze strony północnej sprawili sobie kurnik, wiec mam kukurykanie o 4.20 z dwóch stron. Ale wolę to niż poranną śmieciarę pod blokiem i pana dowożącego bułki do sklepu, ze śpiewną wiązanką na ustach, od której na pewno wieszczowi Adamowi spuchłyby uszy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz