niedziela, 30 czerwca 2013

Wojtek

Blondyn w dżinsowych spodenkach tuż za kolano. Z zaciekawionym spojrzeniem błękitnych oczu, w których czasami czai się gradowa chmura. Szczególnie gdy coś nie idzie po jego myśli.
Banał co nie?
A jednak dziś mnie zauroczył. Zaciągnął  w poziomkowy zagajnik i w rabatkę ze słonecznymi  rudbekiami. Kazał uwierzyć, że poziomki to nie poziomki a truskawki, zmusił do zjedzenia „białego michałka” i ogołocenia rabatki z rudbekii na bukiet dla kobiety jego życia - mamy. Poziomki zbierał dla swojego taty. 
Ganialiśmy za rudą wiewiórką i okulałym Fafikiem. Zapomnieliśmy, że pokrzywy są wredne i parzą.
Wojtek. Blisko czteroletni syn naszych przyjaciół.
Słodziak jakich mało. Przypomniałam sobie jak to jest z takim małym facecikiem buszować wśród poziomek, odpowiadać na tysioncpińcetczterydziwińcet pytań i biegać, bez tchu biegać śladami stópek rozmiaru 24.
Dzieci, szczególnie własne, tak szybko rosną.
Za szybko.


środa, 26 czerwca 2013

Pies-kot i my

Kot rozłożył się na desce do prasowania, która niczym wyrzut sumienia (mojego, nie kota) sterczy tuż na skraju salonu.
Kot obrażony jest. Chwilowo ma ograniczoną wieczorną wolność ogródkową. Króluje tam bowiem pies – inwalida. Się Fafciowi zachciało nawiewać z ekskluzywnego kojca pod brzózką i ma... A my razem z nim, niestety. Amputowana opuszka łapy lewej tylnej. Zmiany opatrunku u blisko 25-kilogramowego psa nie życzę nikomu. Do weta z tym nie jeździmy bo w klinice Faf zdecydowanie gorzej znosi wszelkie zabiegi pielęgnacyjne. Wszystko w warunkach domowych. Według instrukcji ulubionej Pani Wet, którą po prostu uwielbiamy. W przeciwieństwie do naszego psa. Któregoż to, jak przystało na rasowego wieśniaka podwórkowego, stresuje już sama podróż samochodem, a w wet-klinice, od tysięcy zapachów innych psów, szczurków, chomików, kotów, dostaje, nomen omen… kota.

Nie wiem kiedy dobiegł końca czerwiec. Nie wiem kiedy…
I kiedy przekwitły akacje, a zapachem buchnęły lipy? I truskawki na wykończeniu… No kiedy i jak…

Koniec roku szkolnego to dla mnie początek dodatkowej pracy. Ale nie narzekam, bo ekstra kasa mile widziana. Jeśli nie na własne zachciewajki, to na extra wybryki zwierzaków, jak nic się przyda… 

czwartek, 20 czerwca 2013

Dobry dzień

Lubię najdłuższe dni w roku. Noce krótsze niż mrugnięcie okiem. Takie jasne. Słońce wieczorem topi się pomarańczowym blaskiem w zielonym horyzoncie.
Niestrudzone żaby, odważne lisy, obdarzone stoickim spokojem boćki.
Upierdliwe komary. Wciąż rozśpiewane ptactwo w zagajniku olchowym. 
Po zachodzie Fafik ląduje w kojcu, Kicia może wyjść  na taras. Ostatnio urządza sobie punkt widokowy na stole tarasowym. 
Wieczór daje wytchnienie od upału. 
Dziś taki dobry dzień mija.
Michał został studentem II roku. Ja byłam (wreszcie) w pracy w krótkim rękawku. Leczenie idzie do przodu. Nie zna tego uczucia ulgi nikt kto nie musi, i całe szczęście, że nie musi. Ja to rozumiem. Cieszę się i tym cieszeniem dzielę. Aby nie było, że tylko marudzę.
W pracy pchnęłam kilka wrednych spraw, odkładanych dotychczas na zagadkowe „później”. 
Kwiaty kwitną. Poziomek zatrzęsienie. Róże pachną, maciejka to już całkiem oszalała. I po dwóch latach po raz pierwszy zakwitły hortensje – prezent od Marzenki i Grzesia. Choć Fafik w ubiegłym roku obgryzł i obsikał je do cna, to dały radę. Kitka rozgarnęła na grządce sadzonki bazylii, ale co tam – dziś dobry dzień, więc nie będę się na Kitkę złościła. 
W sobotę przyjeżdża Tereska z Krakowa. Spotkamy się całą babską bandą u Wandzi. Dawno nie było nas w takim składzie. 
Idzie lato. 

sobota, 15 czerwca 2013

Ale to już było

Czasami choroba mocno mnie zgina. Psychicznie. Kilka dni temu w zawieszeniu było moje dalsze leczenie. Leczenie dzięki, któremu mogę mieć w miarę „czystą” skórę. Piękna, słoneczna pogoda i fakt, że muszę skrywać ręce pod długimi rękawami, dobił mnie. Dziś jestem silniejsza. Na chłodno, po kilku dniach, przeczytałam zrobione wówczas zapiski. Postanowiłam je opublikować. Jeśli więc ktoś nie lubi marudzących blogerek – wpis proponuję ominąć :)

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 
W oczekiwaniu na kolejną dawkę leku, wróciły objawy choroby. Nie wiem czy dostanę kolejny zastrzyk, nie wiem. Chce mi się płakać. Wyć. Opadam z bezsilności. Niby czuję, że nie powinnam łamać rąk nad taką błahostką jak, eufemistycznie rzecz nazywając, „brzydka skóra”, gdy gdzieś obok ludzie umierają w cierpieniach, gdy rodzice poruszają niebo i ziemię aby zdobyć lek dla dziecka, którego życie jest realnie zagrożone śmiercią. Ale w człowieku drzemie egoizm. Być może naturalny, całkiem pierwotny, bo dzięki niemu przetrwał jako gatunek. Dlatego dziś zdejmuję maskę uśmiechu, maskę pogodzenia, maskę pokory. Dziś mam dość swojego życia ubranego od dawna w chorobę. Dziś włada mną  żałość i zazdrość. Bo wspaniałe słońce, bo błękitne niebo, bo moja skóra... Ech.
- Dlaczego w takie gorąco się nie rozbierzesz?
Nienawidzę tego pytania! Odludne plaże, gęste zarośla nad jeziorami, aby dalej od oczu innych. Zawsze tak, tylko tak. Czyż nie ma w tym z mojej strony kłamstwa? Uczę swoich synów tolerancji dla inności, a sama ze swoją zawsze uciekam. Niby potrafię powiedzieć  że choruję, ale nie potrafię tego pokazać. Bo i po co zresztą.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Tak naprawdę na co dzień jestem wytrzymała, wytrwała, w pewnym sensie pogodzona. Ale czasami się ulewa. Ulało się kilka dni temu. Pękło. Miałam serdecznie dość. Ale to prawda, że zawsze przychodzi w końcu nowy dzień, nowe nadzieje, nowe siły. Dziś jestem silna i już! Uśmiecham się.

piątek, 14 czerwca 2013

Coś nowego o sobie, hm...

Kolorową i upalną ulicą Duuużego miasta zmierzam powoli do kawiarni z klimą, gdzie umówiłam się z Kimś na sok z czarnej porzeczki z lodem i mrożoną kawę, oczywiście. Z moim spacerowym krokiem równa się młody facet w zielonej bejsbolówce.
- Głodny jestem, dasz mi 2 złote?
- Dopiero co kupiłam świeżego cebularza, chętnie PANU odstąpię – sięgam ręką do skórzanej torby, gdzie jak zwykle jest wszystko.
- Nie. Ja wolę bułki słodkie. Daj mi dwa złote.
- A to przepraszam, nie mam przy sobie pieniędzy – wyciągam rękę z torby, pachnący cebularz zostaje na swoim miejscu. Przyspieszam mimowolnie kroku. Dobiega mnie soczysta wiązanka:
- Człowiek z głodu zdycha, a chytra, j....a suka, dwóch złotych żałuje!
I tak, o! czegoś nowego się dowiedziałam. Że chytra jestem :] A tego to o sobie nie wiedziałam...
Na marginesie dodam, że duże miasto już nie dla mnie. Uf, masakra! Czego wciąż nie może zrozumieć moja Rodzicielka – że wolę zadupie. Różne jesteśmy Mamo. Niestety po prostu.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Utartym torem biegnie codzienność

Wszystko idzie jakimś takim utartym torem. Komary gryzą, burze nocą budzą nas ze snu, Syny dwa się uczą bo koniec roku szk. i sesja tuż już. My z Mareckim zaś wkurzamy się w pracy, a łagodzimy nerwy na swojej ziemi pod swoim niebem – równo 1507 metrów kwadratowych, ni mniej ni więcej. Truskawki na grządkach zielonkawe, ale za to stadnie czerwienią się poziomki i fioletem wybarwia borówka. Spotykamy się z przyjaciółmi, planujemy przyszłość – zarówno tę tuż tuż - wakacje nad jeziorem – jak i dalszą, też... Międzyczasie (wiadomo, że tak zwanym) wygrało się mi winko białe, mniam mniam. Teraz już wiem, że w Buffo to tylko rząd 6 miejsce numer 1! Bianco z rąk Józefowicza – miłe, oj nie powiem. Natasza Urbańska piękna, utalentowana, energetyczna. Jak łykend, który minął.


Utartym torem też biegnie moja choroba. Przyzwyczaiła mnie niby przez ćwierć wieku do swoich kaprysów, a jednak trudno tak…

I o tak, nowy tydzień… się kręci.


wtorek, 4 czerwca 2013

Spotkał katar... agpelę. Apsik!

Prześladuje mnie dziś Brzechwa. No bo rano była Jego wersja andersenowej "Księżniczki na ziarnku grochu", a po południu "Katar" online. Apsikam, siorbię, łzawię i takie tam atrakcje. Stało się to nagle. Totalny spadek formy. Nawet wizyta u fryzjera nie pomogła, nawet udany występ kabareciku (oczywiście wyluzowana Pirlipatka wywołała aplauz), ani nawet nowe, czarowne sandałki w kolorze koralowym i nowa sukienusia, w której nie powiem wyglądam i owszę, hę, hę. Ani słońce, które co jakiś czas wymykało się chmurzyskom i jednak dziś zaświeciło. Ze trzy razy. Po prostu nicmisięniecheijestmibardzoźle.
Truskawki mają dużą szansę na zgnicie. Jeśli tak nadal będzie lać, a słońce z doskoku się ukazywać. Bazylia w zaniku. Rukolę coś podżera i na pewno nie jest to Fafik.
I to by było niestety dziś na tyle.
Apsik!

PS. Ale jednakże na znak, że drzemią we mnie dobre intencje, zostawiam pierwsze polne bukiety zebrane podczas spaceru niedzielnego.



sobota, 1 czerwca 2013

Dzień jak co dzień, czyli nic odkrywczego

Dziś był Dzień Dziecka, więc każdy robił co chciał. Syn Mniejszy cichcem coś zapisywał w swoim grubaśnym zeszycie i pociągał nosem, albowiem się mu lekko przeziębiło. Syn Duży ze słuchawkami na uszach doszukiwał się kryteriów zbieżności szeregów według niejakiego d’Alemberta. Popatrzyłam sobie na to w Wiki – oj, nie podoba mi się to, oj nie, nie. Całe szczęście, że nie muszę się czegoś takiego uczyć. Synu chylę czoła. Nie tylko przed tym, że TO ogarniasz, ale że ci się TO (mniej więcej) podoba - łomatko! Mąż zaś zasadniczo siedział na necie i słuchał muzyczki. Kot spał to tu to tam, pies spał na tarasie, pod ławką. Ja pędzikiem rozprawiłam się z tematem pt. obiad, który tym razem sponsorowały smaki dzieciństwa czyli: krupniczek z młodymi warzywami plus ruskie, plus kompocik z truskawek. Jeśli chodzi o krupnik to szału radości nie było, ale pierogi i owszem. Poszło na raz 41, bo (tzw.) międzyczasie zjawił się Tomcio z Maciusiem, więc i ich nakarmiłam.
- Ciocia, a to ty sama te pierogi robiłaś?
- No tak.
- Bo dobre bardzo. I ładne takie są.
No kto nie lubi jak się chwali jego kuchnię, no kto ;) Maciuś dostał więc dokładkę.
Kiedy zaś odbębniłam obowiązki gospodyni domowej (pranie, sprzątanie), matki karmicielki (rzeczony obiad) zaległam na leżaczku i czytałam.
Czytałam.
Czytałam opowieść Chustki. I padał deszcz i świeciło słońce. Niebo było błękitne i zaraz pełne chmur. Wiał wiatr i nagle wszystko ucichło. I powietrze pachniało ozonem – tak jak właśnie Chustka lubiła. I ja lubię i chyba każdy lubi. Bo to takie świeże. Pełne oczyszczenia. Kojące oddech, dające siłę. I pełne życia.