czwartek, 20 czerwca 2013

Dobry dzień

Lubię najdłuższe dni w roku. Noce krótsze niż mrugnięcie okiem. Takie jasne. Słońce wieczorem topi się pomarańczowym blaskiem w zielonym horyzoncie.
Niestrudzone żaby, odważne lisy, obdarzone stoickim spokojem boćki.
Upierdliwe komary. Wciąż rozśpiewane ptactwo w zagajniku olchowym. 
Po zachodzie Fafik ląduje w kojcu, Kicia może wyjść  na taras. Ostatnio urządza sobie punkt widokowy na stole tarasowym. 
Wieczór daje wytchnienie od upału. 
Dziś taki dobry dzień mija.
Michał został studentem II roku. Ja byłam (wreszcie) w pracy w krótkim rękawku. Leczenie idzie do przodu. Nie zna tego uczucia ulgi nikt kto nie musi, i całe szczęście, że nie musi. Ja to rozumiem. Cieszę się i tym cieszeniem dzielę. Aby nie było, że tylko marudzę.
W pracy pchnęłam kilka wrednych spraw, odkładanych dotychczas na zagadkowe „później”. 
Kwiaty kwitną. Poziomek zatrzęsienie. Róże pachną, maciejka to już całkiem oszalała. I po dwóch latach po raz pierwszy zakwitły hortensje – prezent od Marzenki i Grzesia. Choć Fafik w ubiegłym roku obgryzł i obsikał je do cna, to dały radę. Kitka rozgarnęła na grządce sadzonki bazylii, ale co tam – dziś dobry dzień, więc nie będę się na Kitkę złościła. 
W sobotę przyjeżdża Tereska z Krakowa. Spotkamy się całą babską bandą u Wandzi. Dawno nie było nas w takim składzie. 
Idzie lato. 

2 komentarze: