sobota, 1 czerwca 2013

Dzień jak co dzień, czyli nic odkrywczego

Dziś był Dzień Dziecka, więc każdy robił co chciał. Syn Mniejszy cichcem coś zapisywał w swoim grubaśnym zeszycie i pociągał nosem, albowiem się mu lekko przeziębiło. Syn Duży ze słuchawkami na uszach doszukiwał się kryteriów zbieżności szeregów według niejakiego d’Alemberta. Popatrzyłam sobie na to w Wiki – oj, nie podoba mi się to, oj nie, nie. Całe szczęście, że nie muszę się czegoś takiego uczyć. Synu chylę czoła. Nie tylko przed tym, że TO ogarniasz, ale że ci się TO (mniej więcej) podoba - łomatko! Mąż zaś zasadniczo siedział na necie i słuchał muzyczki. Kot spał to tu to tam, pies spał na tarasie, pod ławką. Ja pędzikiem rozprawiłam się z tematem pt. obiad, który tym razem sponsorowały smaki dzieciństwa czyli: krupniczek z młodymi warzywami plus ruskie, plus kompocik z truskawek. Jeśli chodzi o krupnik to szału radości nie było, ale pierogi i owszem. Poszło na raz 41, bo (tzw.) międzyczasie zjawił się Tomcio z Maciusiem, więc i ich nakarmiłam.
- Ciocia, a to ty sama te pierogi robiłaś?
- No tak.
- Bo dobre bardzo. I ładne takie są.
No kto nie lubi jak się chwali jego kuchnię, no kto ;) Maciuś dostał więc dokładkę.
Kiedy zaś odbębniłam obowiązki gospodyni domowej (pranie, sprzątanie), matki karmicielki (rzeczony obiad) zaległam na leżaczku i czytałam.
Czytałam.
Czytałam opowieść Chustki. I padał deszcz i świeciło słońce. Niebo było błękitne i zaraz pełne chmur. Wiał wiatr i nagle wszystko ucichło. I powietrze pachniało ozonem – tak jak właśnie Chustka lubiła. I ja lubię i chyba każdy lubi. Bo to takie świeże. Pełne oczyszczenia. Kojące oddech, dające siłę. I pełne życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz