niedziela, 30 czerwca 2013

Wojtek

Blondyn w dżinsowych spodenkach tuż za kolano. Z zaciekawionym spojrzeniem błękitnych oczu, w których czasami czai się gradowa chmura. Szczególnie gdy coś nie idzie po jego myśli.
Banał co nie?
A jednak dziś mnie zauroczył. Zaciągnął  w poziomkowy zagajnik i w rabatkę ze słonecznymi  rudbekiami. Kazał uwierzyć, że poziomki to nie poziomki a truskawki, zmusił do zjedzenia „białego michałka” i ogołocenia rabatki z rudbekii na bukiet dla kobiety jego życia - mamy. Poziomki zbierał dla swojego taty. 
Ganialiśmy za rudą wiewiórką i okulałym Fafikiem. Zapomnieliśmy, że pokrzywy są wredne i parzą.
Wojtek. Blisko czteroletni syn naszych przyjaciół.
Słodziak jakich mało. Przypomniałam sobie jak to jest z takim małym facecikiem buszować wśród poziomek, odpowiadać na tysioncpińcetczterydziwińcet pytań i biegać, bez tchu biegać śladami stópek rozmiaru 24.
Dzieci, szczególnie własne, tak szybko rosną.
Za szybko.


1 komentarz: