wtorek, 30 lipca 2013

Noc

Gwieździsta, gorąca noc z zawieszoną nad domem połówką pomarańczowego księżyca. 
Przez trawnik przetuptał chyłkiem żwawy jeżyk. Tylko świerszczom nie przeszkadza rozgrzane, mordercze powietrze. Ale właściwie lepsze soczyste lato w lipcu niż mroźna zima w kwietniu.
Noc to obietnica odpoczynku od bezlitosnego upału. Od kota, który ucieka przed psem. Od psa, który ucieka na łąki nie wiadomo po co i dlaczego.
Noc to wytchnienie od trzynastu kilogramów ogórków i wiaderka moreli. Ulga od komarów, much, telefonów, pytań, rozmów nawet, bo przecież czasami człowiekowi potrzebna cisza. Noc to cisza, która kołysze do snu.

Ucieczka od gmatwaniny wydarzeń, spotkań, planów i hałasu, jaki zwykle czyni życie... 

wtorek, 23 lipca 2013

Z powodu awarii sieci

Aaa… myślę sobie – skoszę trawę. Będzie przyjemne z pożytecznym – spalę troszkę (swoich) kalorii, poopalam się, no i Mężona odciążę od okołodomkowych powinności. Nim nauczyłam się za ten sznureczek pociągać by odpaliło, skończyła się benzyna. Następnie Mistrz Koszenia, stwierdził, że koszę na odwal, byle jak i zostawiam w dodatku nieskoszone trawiaste irokezy. Później, że się zbyt pieszczę i w związku z tym za długo mi schodzi to koszenie. No i ponownie skończyła się benzyna. A komary cięłyyy, szczególnie w cieniu. W dalszej części imprezy okazało się, że zbyt zwlekam z opróżnianiem kosza i w dodatku źle go potem zawieszam i dlaczego znowu skończyła się mi benzyna??? Na koniec ukręciłam gwint jakiejś śrubki od rączki.
- Następnym razem jak ci będzie brzęczeć to masz mnie wołać – rzekł surowo Mistrz Koszenia, oddając z cierpieniem w oczach w me ręce swą perełkę – kosiareczkę z biegami i czymś tam jeszcze.
Kiedy padnięta, z zielonymi od chlorofilu stopami, powlekłam się pod prysznic, trzeba było w try miga się ogarnąć i kisić ogórki w ilości na szczęście tylko pięciu kilo (słabo ogórki rosną w tym roku, słabo). A później to już wiadomo – urodziło się royal baby, a ponieważ fajnie jak się świat powiększa o nowe, wyczekiwane dziecię, znak miłości, wypiliśmy za Jego zdrowie po zimnym piwie, na tarasie, w zimnym blasku srebrnego księżyca. Niech się maleństwu wiedzie! I wszystkim bejbirojalom narodzonym w tym pięknym, słonecznym, lipcowym dniu!


ps. A tytuł notki taki, bo wpis powstał wczoraj, ale z powodu awarii neta ląduje na blogu dzisiaj :)

niedziela, 21 lipca 2013

A może...?

- Wiesz, a może czasami to nam za bardzo zależy? Za bardzo się staramy? – powiedział eM, kiedy bujaliśmy się jakiś czas na ławce-bujawce i kątem oka spoglądaliśmy  na drepczącą w trawie pliszkę szarą. Powiedział głośno to o czym myślę po cichu od kilku dni i ja… No bo kto powiedział, że to co dla nas jest ważne, musi być takim samym dla naszych dzieci? One są osobnymi bytami… Tworzą swoją historię, a przynajmniej zaczynają. Startują z innego miejsca niż kiedyś my, mają na koncie inne doświadczenia, a nade wszystko inne „TU i TERAZ”, więc i inną perspektywę rzeczywistości. Inne odniesienia.
- Jestem przecież indywidualistą – na dodatek dorzuca z przekonaniem Jędrek, choć nie wiem czy tak do końca sam wie co to znaczy. Ot, prawo nastolatka. Czarne – białe, nic pośredniego.
Rodzicielstwo nie jest takie proste jakby się chciało. Myślałam, że wystarczy miłość, szacunek, fajni rodzice, dobry układ między nimi, czytelne zasady bez zadęcia, obiadki przy wspólnym stole. Niestety – za prosto byłoby.
Zresztą, kto wie, może kiedyś zaprocentuje?

 A lato trwa… Niezłomne i niewzruszone na sprawy ludzkie.


Marko wybył na nocnego suma z Tomciem. O dziwo rankiem w kuchennym zlewie zastałam akwarium. Więc kolację sponsorowała nam wieprzańskia toń. Ryby sprawił Marko kiedy tylko odespał noce łowy. Raz w życiu patroszyłam ryby, raz jeden i nigdy więcej!


środa, 17 lipca 2013

Spotkanie

Spotkanie z dawno nie widzianym znajomym. Ale takim naprawdę dawno, dawno, bo w zamierzchłych czasach studenckich. Kiedy to było… Liczę szybko – ostatni raz widzieliśmy się kiedy wszyscy byliśmy mniej więcej w wieku naszych starszych dzieci. Przez lata wiedzieliśmy mniej więcej co słychać w naszych rodzinach, poprzez wspólnych przyjaciół – że dziecko jedno, drugie, u nich trzecie, że domy, że firma, że wyjazd do bardzo odległego miasta..., ot ludzkie losy. Dziś spotykamy się przy kawie. Rozmawiamy o pewnej sprawie, w której być może Paw będzie mógł nam pomóc. Mamy mało czasu, szybko przechodzimy do konkretów. Paw żywiołowy, rozgadany, nagle przerywa…
- Muszę wam to powiedzieć... Ciągle macie blask w oczach. Zwykle ludziom w naszym wieku zaczynają już gasnąć oczy. Wkrada się zmęczenie. Nie macie tego. Fajnie.
Fajnie to słyszeć takie słowa, zupełnie niespodziewanie od daaawno nie widzianego znajomego.


Poza tym, czas wrzątku emocjonalnego, ale póki co muszę wszystko poukładać. Przeczekać. Aż ostygnie. Rzeknę tylko to co wiadomo nie od dziś - wychowywanie dzieci to orka jest jednak, oj orka :( Jedno dziecko pozwoliło nam o tym zapomnieć, zaś drugie odświeża nam w tym temacie pamięć co jakiś czas.

A wieczorem na łąkach rozlewa się biała mgła. Pachnie letnią wilgocią. Panowie świerszcze wabią panie świerszczowe w krzaczki, czego efektem ubocznym są miłe ludzkiemu uchu melodyjne noce.



PS. Artykuł napisany, opublikowany tu i tam, szef „zadowolniony” :) Chociaż to do przodu.

sobota, 13 lipca 2013

Bez ładu i składu przy spóźnionej kawie

Na horyzoncie spokojny łykend. Przyda się bo jakoś te wakacje tak się rozpędziły, że nie wiem kiedy dobiega połowa lipca. Protestuję! Co tak szybko pędzi, no co? Ciekawe dlaczego na przykład wrzesień się ciąąąągnie, albo taki maaarzec. A lipiec – pstryk i już połowa. Może dlatego, że tak intensywnie wszystko się dzieje? Zagęszczenie spraw towarzysko-rodzinnych, plus zawodowe to_tamto i niestety, ale kartki z wakacyjnego kalendarza spadają niczym żółty, jesienny liść – a kysz! 

U Państwa Bocianów po sąsiedzku widać niż demograficzny, niestety – z gniazda wystaje tylko jeden mały łepek bocianiego małolata. A bywało, że trzy dzioby, Pan i Pani Bocianowa musieli wykarmić. Nie ma więc co się dziwić, że w Polsce rodzi się mało dzieci, jeśli i u Boćków nie za tęgo w tym temacie ;)

Fafon, niczym Kargul, nie toleruje by cokolwiek latało po jego niebie – obszczekuje z niezmiennym zapałem szybujące bociany – te żywe i te z pobliskiego aeroklubu, a i skaczącej po gałęziach olchy wiewiórce się dostaje. Wciąż kuśtyka na trzech łapach, amputowana opuszka goi się opornie. Poddaliśmy się jeśli chodzi o ograniczanie jego wolności do obrębu kojca, zwanego przez nas "rezydencją pod brzózką". Nie ma sensu – trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – nasz pies to kaskader, wspina się po ogrodzeniu niczym po drabinie. Nie ma co narażać go na ponowne urazy… W kojcu ląduje gdy spodziewamy się gości lub gdy trzeba wyprowadzić samochód z garażu. Najbardziej cierpi na tym Kotka, ostatnio nazywana przez nas Bubą. Jej wszytko jedno – generalnie reaguje tylko na Kicior oraz chrobotania suchej karmy o michę. Nieograniczona aktywność Fafa na podwórku uniemożliwia jej wieczorne eksplorowanie pobliskich krzaczorów.

No tak..., od tygodnia usiłuję złapać wenę aby napisać ważny artykuł, ale mi nie wychodzi. Nawet teraz usiadłam do lapka aby w ciszy domowych ścian pisać służbowo, a co wyszło widać – prywatne bazgrolenie na blogu bez polotu, wątku głównego, ładu i składu, ech.

Ale ach, ach! Jeszcze muszę zostawić wspaniałą wiadomość – w najbliższy czwartek Jędrek po raz kolejny będzie uczestniczył w spotkaniu z Marcinem Gortatem podczas „Marcin Gortat Camp 2013”! Tym razem już w wyższej kategorii wiekowej – zakwalifikował się do JR NBA Clinic! Oprócz Marcina i jego świetnej ekipy trenerów, na treningach będą goście z  NBA: Jared Dudley, Neal Meyer oraz Ralph Sampson. Jędrek, który jest obecnie w fazie młodzieńczego buntu dla buntu i negacji wszystkiego, nie okazuje najmniejszych oznak radości. Ale ja tam swoje wiem, pod naburmuszoną miną, i gradobiciem w oczach, kiełkuje oczekiwanie na to spotkanie!

No, dobra, dobra, idę już pisać służbowo :( 

Idę, idę. 

No idę.



piątek, 12 lipca 2013

Anielskie

Lubię anioły.
Anioły.
Wierzę, że są i czuwają. 
Lubię je wypatrywać w życiu… Czuć tuż obok.
Odszukiwać w poezji, w sztuce.
I lubię je sama tworzyć.
Lubię gdy są… lubię wierzyć, że są.
Czasami czuję dotyk ich skrzydeł, a czasami choćby tylko nikły ich powiew...

Aniele Boży

Aniele Boży Stróżu mój 
Ty właśnie nie stój przy mnie 
jak malowana lala 
ale ruszaj w te pędy 
niczym zając po zachodzie słońca 

skoro wygania nas 
dziesięć po dziesiątej 
ostatni autobus 
jamnik skaczący na smycz 
smutek jak akwarium z jedną złotą rybką 
hałas 
cisza 
trumna jak pałacyk 

ładne rzeczy gdybyśmy stanęli 
jak dwa świstaki 
i zapomnieli 
że trzeba stąd odejść

                                                ks Jan Twardowski






wtorek, 9 lipca 2013

Gorzka lekcja

Czasami człowiek staje w obliczu sytuacji kiedy boleśnie uświadamia sobie, że jest nic nie znaczącą drobinką w Systemie. Wielka Machina obraca się miarowo, jednostajnie, w sobie tylko znanym tempie. Ty jesteś ziarenkiem piasku, które nie jest w stanie tej Machinie w niczym przeszkodzić. Nie zakłócisz w żaden sposób Jej miarowej pracy. Machina ma sztab „mechaników”, którzy dbają by takie nic nie znaczące ziarenka piasku jak ty, czymkolwiek zakłóciły odwieczny rytm Jej pracy. „Mechanicy” obskakujący Machinę zrobią wszystko aby ta wypluła cię, abyś nie zostawił w Jej trybikach najmniejszego śladu swojego bytu. Jak to w przypadku maszyn bywa – wszystko w oparach bezduszności, braku szacunku dla twojego człowieczeństwa, w atmosferze, która stawia ciebie w pozycji winowajcy.

Ten wpis dedykuję szpitalowi, w którym mój Mąż miał planowaną operację w wyniku, której doznał złamania szczęki na sali operacyjnej, pod ręką wykształconego i kompetentnego (jak sądzę) lekarza.
Dedykuję ubezpieczycielowi, który uznał, że złamanie szczęki nie było wynikiem nieszczęśliwego wypadku, wobec tego Mężowi odszkodowanie się nie należy.
Dedykuję wreszcie Państwu, w którym obydwoje z Mężem pracujemy, sumiennie wypełniając wszelkie należne powinności obywatela względem tegoż Państwa – Państwu, które powołało do życia niby (podkreślam: NIBY) pacjentowi przychylne komisje do orzekania o zdarzeniach medycznych. Nie wierzcie w to. Niestety, nie wierzcie… Nie wierzcie, że ktokolwiek jest po waszej stronie – jesteście ziarenkami piasku, które Machina ma wypluć.

I tak się czuję jak Machina uczyniła - przerzuta, przegryziona, przemielona, połknięta, strawiona, wypluta, a raczej wy...dalona :(

niedziela, 7 lipca 2013

Zły sen

Śniło mi się, że nie mam marzeń.
Po prostu, że nie marzę już o niczym.
Niczego nie pragnę.
Na szczęście przebudzenie przyniosło świadomość, że to nieprawda.
Że to sen.
Że zły sen…
Uf.

sobota, 6 lipca 2013

Dzień wakacyjny

Stawiam bose stopy na rozgrzanym kamiennym tarasie. Wkładam klapki, które nadają się do chodzenia po wodzie. Ubrani wakacyjnie (ja wreszcie mogę odsłonić ręce!) idziemy nad rzekę. Jej stan jest wyższy niż rok temu. I dno się zmieniło – tam gdzie w ubiegłym roku mieliśmy wodę po kolana – teraz jest po pas, tam gdzie była po pas – nie ma gruntu. Trzeba być ostrożnym. Nie wolno szarżować. My zabieramy ze sobą niewielkie piankowe i dmuchane deski.  Ścieżką przez wysokie, częściowo wykoszone łąki, idziemy tam gdzie Wieprz rozpoczyna duży meander. Za wałem dogania nas, wciąż kulejący po amputacji opuszki, Fafik. Znowu sforsował ogrodzenie. Nie mamy do niego sił, ani pomysłu co dalej z tymi jego eskapadami robić… Marek cofa się do domu po smycz. Ja trzymam psa za obrożę aby nam nie nawiał gdzie go psie oczy poniosą, chłopaki w tym czasie wachlują mi przed nosem piankowymi deskami. Przyjemnie. Wreszcie wraca Marko. Zadowolony pies radośnie idzie z nami nad rzekę. Schodzimy z wysokiej skarpy wprost w przyjemnie chłodną wodę. Nurt porywa nas błyskawicznie. Spływamy mniej więcej dwa kilometry. Pies od czasu do czasu wychodzi na brzeg aby odsapnąć. W zarwanych skarpach dziesiątki gniazd jaskółek. Piskliwe, latają niziutko tuż nad taflą wody.
Wychodzimy na brzeg po minięciu dwóch dużych zakrętów jakie robi rzeka i trzech, zarośniętych silnie wysepek, do których dostęp mają tylko wędkarze na drewnianych łódkach. Blisko brzegu trzeba uważać – na dnie leżą stare, zatopione, wielkie pnie drzew. Do domu idziemy nie dłużej niż 5 minut. Zalany południowym słońcem taras zatrzymuje nas na leżakach i krzesełkach. Właściwie to mieszkamy na wakacjach :)
Marek włącza muzykę, która nie wiedzieć czemu zawsze kojarzy mi się z wakacjami. I właśnie gorącym latem uwielbiam jej słuchać - Bob Dylan Soundtrack „Pat Garrett & Billy the Kid”...





środa, 3 lipca 2013

Sportowe zakupy

Nic tak nie motywuje do systematycznego treningu jak na ten przykład nowe buty. Tudzież spodenki, sportowy staniczek, skarpetki pod kolorek sznurówek i takie tam. Więc wybraliśmy się na mega zakupy w popularnym markecie sportowym. Przy okazji pokonaliśmy dziewiczo pięknościowy odcinek szybkiej drogi Warszawa – Lublin; pięknie się jechało, prawie jak autostradą. Choć osobiście tych tras obudowanych ekranami dźwiękochłonnymi, nie lubię. Ale nie jestem kierowcą, więc moje zdanie się nie liczy.
W markecie okazało się, że brak nam jeszcze sto czterdziestej piątej piłki do czegoś tam, kolejnej siatki do kosza, z grubym splotem, więc NIEZBĘDNEJ. Sandałów sportowych. Spodenek do pływania, drugich do chodzenia… Oczywiście skarpet. Zeszło. I czasu i z konta.
Ale buciczki biegowe mam wycacane. Amortyzatorek tam, amortyzatorek tu, wywietrzniki, specjalna piętka do ochrony kostki i inne takie cuda wianki. Przy okazji dowiedziałam się, że mam stopę normalną, w nomenklaturze biegowej określaną mianem neutralnej. Znaczy się, że nie pronującą, nie suponującą – cokolwiek to znaczy, pociesza fakt, że coś mam normalnego :) Obiegłam w nich trzy stoiska w koło, sprawowały się elegancko.
Stare, wysłużone reeboczki z przetarciami na pięcie, nadają się li tylko do jesiennego kopania ogródeczka. Albo i nie.
Jutro rano debiut nowych – no niech mnie tylko obetrą – nie daruję!

Wieczorem w asyście pobierających mi nieustannie krew komarów, poiłam spragnione kwiaty.
Lato piękne. Niech nie mija.


wtorek, 2 lipca 2013

Obiecuję, że!

Mam jakby dwa końce roku, które inspirują mnie do podsumowań i czynienia planów. Koniec roku kalendarzowego – wiadomo, no i koniec roku szkolnego z oszałamiającą perspektywą dwóch miesięcy wakacji (minus te kilkanaście dni na dodatkową pracę, ofkors).
Z kawą zasiadłam więc w zacienionej części tarasu i obiecuję sobie solennie, że:
Że będę systematycznie biegać, a nie tylko zrywami (czyli co najmniej cztery razy w tygodniu, a nie raz na cztery tygodnie).
Że zrobię wreszcie porządek w pomieszczeniu gospo.
Posegreguję zdjęcia.
I insze dokumenty.
Będę więcej czytała.
Dbała o regularny sen.
I więcej czasu poświęcę swojej „twórczości sznurkiem i płótnem malowanej”.
Nie strwonię ani jednej wolnej, podarowanej chwili. Chyba, że na regenerujące lenistwo ;)
Dlatego teraz póki buzuje we mnie zapał, zamykam laptopa, zmykam do warzywnika, bo jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że założyłam plantację chwastów miast kabaczków, pomidorów i pietruszki.
Ahoj!

PS. W olchach albo wierzbie – jeszcze nie mogę namierzyć dokładnie, zamieszkała ruda wiewiórka. Już w tamtym roku śmigała, ale myślałam, że była na gościnnych występach, a tu proszę – mamy sąsiadeczkę.