sobota, 6 lipca 2013

Dzień wakacyjny

Stawiam bose stopy na rozgrzanym kamiennym tarasie. Wkładam klapki, które nadają się do chodzenia po wodzie. Ubrani wakacyjnie (ja wreszcie mogę odsłonić ręce!) idziemy nad rzekę. Jej stan jest wyższy niż rok temu. I dno się zmieniło – tam gdzie w ubiegłym roku mieliśmy wodę po kolana – teraz jest po pas, tam gdzie była po pas – nie ma gruntu. Trzeba być ostrożnym. Nie wolno szarżować. My zabieramy ze sobą niewielkie piankowe i dmuchane deski.  Ścieżką przez wysokie, częściowo wykoszone łąki, idziemy tam gdzie Wieprz rozpoczyna duży meander. Za wałem dogania nas, wciąż kulejący po amputacji opuszki, Fafik. Znowu sforsował ogrodzenie. Nie mamy do niego sił, ani pomysłu co dalej z tymi jego eskapadami robić… Marek cofa się do domu po smycz. Ja trzymam psa za obrożę aby nam nie nawiał gdzie go psie oczy poniosą, chłopaki w tym czasie wachlują mi przed nosem piankowymi deskami. Przyjemnie. Wreszcie wraca Marko. Zadowolony pies radośnie idzie z nami nad rzekę. Schodzimy z wysokiej skarpy wprost w przyjemnie chłodną wodę. Nurt porywa nas błyskawicznie. Spływamy mniej więcej dwa kilometry. Pies od czasu do czasu wychodzi na brzeg aby odsapnąć. W zarwanych skarpach dziesiątki gniazd jaskółek. Piskliwe, latają niziutko tuż nad taflą wody.
Wychodzimy na brzeg po minięciu dwóch dużych zakrętów jakie robi rzeka i trzech, zarośniętych silnie wysepek, do których dostęp mają tylko wędkarze na drewnianych łódkach. Blisko brzegu trzeba uważać – na dnie leżą stare, zatopione, wielkie pnie drzew. Do domu idziemy nie dłużej niż 5 minut. Zalany południowym słońcem taras zatrzymuje nas na leżakach i krzesełkach. Właściwie to mieszkamy na wakacjach :)
Marek włącza muzykę, która nie wiedzieć czemu zawsze kojarzy mi się z wakacjami. I właśnie gorącym latem uwielbiam jej słuchać - Bob Dylan Soundtrack „Pat Garrett & Billy the Kid”...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz