sobota, 31 sierpnia 2013

Były sobie wakacje :)

U progu wakacji naobiecywałam publicznie to i owo, więc czas się rozliczyć.
  • Zacznę od tego co się udało: Biegałam! Mało tego – nadal biegam. Może nie 4, ale 3 razy w tygodniu. Niewiele, bo tylko po 30 minut, absolutnie poza wszelkimi rankingami czasowymi, ale biegam! To naprawdę dla mnie duże osiągnięcie.
  • Porządek w gospo zrobiony. Już zdążył ponownie zrobić się bajzel, ale póki co ponownych obietnic nie składam.
  • Zdjęcia nie posegregowane, i insze dokumenty także. Trudno. Na taką robotę lepsze będą dłuuugie jesienno-zimowe wieczory. Wyrzutów sumienia z tego powodu nijakich nie posiadam.
  • Czytałam niestety nie więcej niż zwykle. Ale czy można czytać za dużo?  Zawsze będzie zbyt mało...
  • O regularny sen dbałam, a jakże – pewnie na palcach jednej ręki mogłabym policzyć dni, kiedy wstałam z łóżka przed 10 rano :)
  • Z twórczością robótkową tak sobie – tak jak i z czytaniem – zawsze mogłabym więcej (a na fotkach ostatnia praca - kubraczek na butelkę):



  • I wreszcie tak – przyznaję się – strwoniłam niemalże każdą chwilę jaką się tylko dało na lenistwo. No bo od czego w końcu są wakacje?
Za to teraz, kiedy stoję w blokach startowych do nowego sezonu służbowego, czuję w sobie niezłe pokłady sił. Poza tym na horyzoncie zmiany, zmiany, a zmiany zawsze budzą nowe siły witalne. Rozpalają ciekawość i nadzieje. Napędzają. Lubię to, chciałoby się kliknąć.
Te wakacje dały mi dużo dobrych emocji, dobrej energii. Spotkania, rozmowy, milczenie kiedy było trzeba, przyjaciele, dawno niewidziani znajomi… Słońce, jeziora, rzeka, kwiaty, noce i dni, blask świec… Chociaż czasami traciłam oddech i goniłam resztkami sił. Ale to było takie energetyzujące zmęczenie.

Jesień stoi gdzieś na obrzeżach i z niecierpliwością tupie nóżkami w miejscu. Tylko czeka aby lato lekko spuściło z tonu i od razu bach skoczy mu do gardła.

Jutro wyjedzie Michał.
Jutro pojedziemy do lasu, poszukać grzybów.
Jutro uprasuję błękitną (tym razem nie białą) koszulę dla Jędrka.
Jutro zakończą się wakacje.
Aby do kolejnego lata.
Do kolejnych wakacji.




czwartek, 29 sierpnia 2013

Podsłuchane

Szwendam się pomiędzy stoiskami tematycznymi Biedry. No i jest tam teraz znienawidzony przez mego syna młodszego asortyment z serii „Witaj szkoło!”. I jedna mama (nie byłam to ja, uprzedzam) z synem swoim jak mniemam, stoi przed nim i taka oto wiedzie się rozmowa:
Mama:
- Długopisy, blok, kredki bierz. Piórnik masz z zeszłego roku. Ale o! Zobacz wzory wypracowań!!! Kupię ci to nie będziesz musiał pisać wypracowań.
Syn:
- O super mamo, kup, kup!
I kupiła.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Bujaj się!

Bujaj się!

czyli biedronkowanie nad jeziorami Pojezierza Łęczyńsko Włodawskiego
15-18 sierpnia 2013


Relację ze zlotu dedykuję wszystkim jego uczestnikom:

Agatce-Yadze, Ani-Czarnejwdowce, Sebikowi i Oliwce, Andrzejowi-Ramzesowi, Andrzejowi-Rabatkowi, Dianie, Gosi-Gojaxx, Janince, Jackowi-Bacy i Julce, Karolci-Mamuśce i Piotrusiowi, Małgosi-Mago i Arkowi, Marzence-Shoni, Grzesiowi i Balnusi, Tomkowi-Tomrakowi, Wiesiowi-Wkowalowi i moim agpelowym chłopakom: Markowi, Jędrusiowi i Michałowi; naszym wspaniałym gościom: Monice, Adasiowi i Oliwci oraz Kotlecikom: Ani, Tomciowi i Maciusiowi.

Dzięki Wam Wszystkim ten zlot był wyjątkowo klimatyczny, miał ciepłą, domową atmosferę. W każdym razie ja tak to czułam…

***

Od kilku lat utarło się, że wakacyjne zloty użytkowników Forum „Psoriasis” organizowane są zwykle w połowie sierpnia. Tym razem schronienia „biedronkom” dało urokliwe Pojezierze Łęczyńsko Włodawskie, czyli wschodni skrawek ogromnego Polesia. Z pozoru jest to region Polski skromny pod względem atrakcji turystycznych – nie ma tutaj spektakularnych zabytków czy miejsc godnych listy Siedmiu Cudów Świata. Jednakże kraina łąk, lasów, bagien, niewielkich jezior, stanowi prawdziwy raj dla tych, którzy chcą wypocząć we względnej ciszy i w bliskim kontakcie z przyrodą. Miejscowi z nutą lekceważenia, za słowami Marii Rodziewiczównej, nazywają poleski krajobraz: „piaski, laski i karaski”, my, być może dzięki doskonałej pogodzie, dostrzegaliśmy tylko jego piękno.
Główna kwatera zlotu znajdowała się nad Jeziorem Piaseczno, które pyszni się nieprawdopodobnie czystą, w słoneczne dni, wręcz lazurową wodą. Shonia, współorganizatorka zlotu, uczyniła zaś wszystko aby zlotowicze jak najmniej musieli zajmować się sprawami formalnymi – dziękujemy Marzenko.

15 sierpnia 2013, czwartek, czyli ona tańczy dla mnie!

Pierwszy dzień zlotu jest bardzo zwyczajny… poświęcamy go bowiem na to aby być… razem. Opowiadamy o tym co u nas słychać. Poznajemy tych, którzy są pierwszy raz na zlocie. A ci, którzy są pierwszy raz – uczą się na pamięć imion i nicków pozostałych forumowiczów. „Starzy” zlotowicze troszkę oszukują, że wieczorem będzie test ze znajomości tychże. „Nowi” przykładają się więc do nauki, „starzy” tymczasem mają ubaw.
Idziemy przywitać się z jeziorem. Urzeka nas swoją czystością, spokojem. Znajdujemy ustronne miejsce na plaży, które już na cały zlot będzie „naszym” kawałkiem ziemi. Pływamy wpław oraz kajakami.
Wieczorem spotykamy się przy ognisku i cudownym disco pod gołym niebem. Zabawa jest niepowtarzalna, albowiem prowadzi ją jedyny na całym świecie DJ Rabuś, przy którym nikną wszelkie zahamowania i postanowienia: „ja nie palę i nie słucham muzyki disco polo” było hasłem przewodnim dla co niektórych, hm, hm.
Pierwsze ognisko to też czas miłych gestów: są upominki, niespodzianki, prezenty, a niektóre chwytają za serce… Oczy wilgotnieją ze wzruszenia, kiedy Baca wręcza szalonej dzwonkowej hobbystce Gojaxx maleńki egzemplarz specjalnie dla Niej wylany u ludwisarza – no powiedzcie: czy to się zdarza tak każdego dnia?
Kiedy DJ Rabatek „ma wolne” słuchamy śpiewu Grzesia i jego gry na gitarze. W pewnym momencie dołączają do nas okoliczni urlopowicze, nieoczekiwanie okazuje się, że jeden z nich to też „biedronek” :)
Kiedy na parkiecie najgłośniej, część zlotowych dziewczyn wymyka się cichcem sprzed ogniska i biegnie nad jezioro. Kąpiemy się pod niebem obsypanym gwiazdami. Woda jest nadspodziewanie ciepła, aksamitna… Na zawsze zapamiętamy tę nocną kąpiel.
Tymczasem jakaś niewidzialna ręka znakuje wszystkie zlotowe samochody przepiękną wlepką „Zlot biedronek”. Dywagacje, kim była niewidzialna ręka trwały cały piątkowy dzionek. Podejrzanych było kilku, a kto tak naprawdę oznakował nasze samochody?
Tymczasem w drewnianych domkach zlotowiczów, przysiadłych pod wysokimi, dającymi cień, drzewami, gasną światła, idziemy spać.

16 sierpnia 2013, piątek, czyli zaczynamy się bujać!

Poranek zlotowy to obowiązkowa, wspólna kawa. Nim wchodzimy na 3,5 kilometrową ścieżkę Spławy, która ma swój początek we wsi Załucze Stare, musimy pokonać: samochodami kilkanaście kilometrów drogi średniej klasy oraz kilka duktami leśnymi (no tak, skróty to my mamy we zlotowej krwi), rzetelnego i zaangażowanego Pana Przewodnika Kustosza Ośrodka Dydaktyczno-Muzealnego Poleskiego Parku Narodowego (przed wiedzą, którego chylimy czoła), zaskrońca płci żeńskiej, o przepięknym imieniu Agata (!!!), która właśnie zrzuciła skórę. Sprint Ramzeza po muzealny aparat telefoniczny – niestety nie zdążył, ale słuchawkę doniósł! Lazaret oswojonych, przepięknych bocianów, które wszyscy namiętnie fotografujemy. WC, które ongiś było pokojem nauczycielskim i salę prehistoryczną, w której dawniej odbywały się zajęcia z wychowania fizycznego. Ooogromnego psa, będącego skrzyżowaniem wilka z niedźwiedziem. Komary. Słońce palące. Na szczęście mięsożernych roślin, grasujących ponoć w tych okolicach nie stwierdziliśmy – wszyscy w nienaruszonym stanie dotarliśmy na obiadek. Po kilkudziesięciominutowym spacerze drewnianymi kładkami wśród podmokłych łąk i lasu, terenów bagiennych, docieramy do głównej atrakcji ścieżki Spławy: pomostu widokowego na zarastającym jeziorze Łukie. Odpoczywamy niespiesznie, wygrzewamy się w słońcu i podziwiając piękne okoliczności przyrody, bujamy na pomoście, a co tam! I tak nam to bujanie weszło w krew na Polesiu. Bo można bujać się tu nie tylko na pomostach ale nade wszystko na splei – ale o tym będzie później.
Po powrocie ze ścieżki zaliczamy kąpiel w jeziorze. Wieczorem oczywiście ognisko, muzyka tym razem bardziej stonowana, sprzyjająca rozmowom o sprawach bardzo ważnych, a czasami całkiem zwariowanych. Przy stole, przy ognisku, za domkiem, przed domkiem, obok domku… Jak to na zlotach bywa…
Wreszcie też poznajemy autora zlotowej, biedronkowej nalepki. Sam się przyznał! Jacku, Góralu Baco nasz, dziękujemy, że o tym pomyślałeś! Wspaniała pamiątka! Przy okazji Jacek uhonorował Ramzesa dyplomem Żelika-Ramzesika, w kategorii najbardziej nawilżony, nasmarowany ect. Cokolwiek to znaczy, Ramzesikowi wszyscy gratulowali i oczywiście zazdrościli.
Ognisko dogasa, a my idziemy śnić…

17 sierpnia 2013, sobota, czyli rozbujajmy ziemię, a co tam!

W sobotnie przedpołudnie wyruszamy na kolejną ścieżkę przyrodniczą: „Dąb Dominik”. O dziwo, nie rzeczony 300 letni dąb nazwany „Dominikiem” na cześć twórcy Parku profesora Dominika Fijałkowskiego, był jej główną atrakcją, a spleja, czyli torfowisko przejściowe, jeden z etapów zarastania zbiornika wodnego, a po naszemu „bujająca się ziemia”.
Tutaj także głównie poruszamy się po drewnianych kładkach, wypatrując żmijek, zaskrońców, rosiczki. No i bagna, ale nie tego co wciąga, tylko tego co brzydko pachnie i odstrasza mole. Fuj! Faktycznie! Nic dziwnego, że uciekają od niego mole, my też mkniemy dalej. Zewsząd słychać radosne przekomarzanie, których subtelnego dowcipu nie da się za nic zamknąć w słowie pisanym:
- A jednak rację mają tubylcy, że tu na ścieżkach grasują żmijki – pada po co bardziej ciętej ripoście.
Docieramy do platformy widokowej na zarastającym jeziorze Moszne, wokół którego znajduje się spleja. Śmiało wchodzimy na trzęsawisko, pod silnie rozrośniętą trawą i krzewiącą się żurawiną jest… jezioro. Bose stopy obmywa nam orzeźwiająca woda przesiąkająca przez gęste, zbite kępy traw. Niezapomniane uczucie. Kiedy w jednym miejscu kilka osób skacze na splei, w drugim odczuwa się bujanie.
- Rozbujajmy Ziemię! – krzyczymy pełni zapału i skaczemy, skaczemy, a Ziemia się buja! Naprawdę buja!
Nasz spacer trwa, kolejny przystanek to długa na kilkanaście metrów kładka poprowadzona torfowiskiem, na zarośniętej już części tafli jeziora Moszne. Obserwujemy ogromne ważki, których skrzydła mienią się kolorami w słońcu. Wysoko nad nami przelatuje klucz żurawi…
Pod Dębem Dominikiem robimy czym prędzej wspólną fotkę i uciekamy – dopadają nas bowiem krwiożercze komary.
Po pełnym wrażeń spacerze, popołudnie spędzamy na baraszkowaniu w Jeziorze Piaseczno, któremu na szczęście daleko do zarastania!
Ostatniej wspólnej nocy rozpalamy ponownie ognisko. Wędrujemy nad jezioro aby tym razem nie tylko popływać pod dachem z granatowego nieba, ale też obserwować rozsypane na nim gwiazdy. Tomcio kotlecikowy, snuje opowieści o gwiazdozbiorach. Galaktyce Andromedy, gwieździe Wedze, która jaśnieje w gwiazdozbiorze Lutni. Tomcio o gwiazdach wie sporo, Gosia słucha z głową zadartą wysoko… Kto wie, może na następny zlot, Tomek zamiast elektrycznego grilla i zestawu peruk i masek wszelakich, przywiezie teleskop?

18 sierpnia 2013, niedziela, czyli telefon szarej rzeczywistości…

Niedzielny poranek pachnie kawą i niestety pierwszymi pożegnaniami… To najsmutniejszy moment każdego zlotu.
Ostatnie wspólne godziny spędzaliśmy leniwie nad jeziorem. Pomiędzy jednym a drugim kursem rowerem wodnym, nagle zadzwonił telefon „kotletowej’ Anusi.
- Nie odbieraj! – zawołał niespodziewanie ostrzegawczym tonem Rabatek – to dzwoni SZARA RZECZYWISTOŚĆ!!!
Wszyscy szczęśliwie wróciliśmy ze zlotu do swoich „rzeczywistości”, ale dzięki temu, że tych kilka dni byliśmy tak blisko siebie, stała się ona jakby mniej szara, a może nawet całkiem kolorowa? Albo przynajmniej do kolejnego zlotu?

***

Kiedy za namową przemiłych forumowiczów, zdecydowałyśmy się z Shonią zorganizować zlot, pragnęłyśmy aby był to zlot spokojny, sprzyjający rozmowom, byciu blisko siebie, kameralny. Zlot, na którym będzie można odpocząć, wyhamować, odsapnąć od codziennej gonitwy, obowiązków, pracy, choroby… Jako współorganizatorce trudno mi oceniać czy się udało, ale czułam, że towarzyszył mi na każdym kroku przyjazny klimat bliskości, Waszego dobrego samopoczucia. Fajnie, że znaleźli się ludzie gotowi pokonać czasami setki kilometrów aby spędzić kilka dni w mało znanym, i co tu kryć skromnym przecież, ale urokliwym w swej prostocie, zakątku Polski. Gdzie nie zawsze można przygotować zlot bogaty w atrakcyjne „fajerwerki”, ale czuje się coś ważniejszego: nieustanne fajerwerki dobrej energii, pozytywnych emocji, niewymuszonej serdeczności i autentycznej bliskości.
Cudowni ludzie, magiczne miejsce pełne wyjątkowej energii… czas z Wami...
Dziękuję za każdą wspólnie spędzoną chwilę.


Wspólnie z Shonią dziękujemy naszym Mężom za entuzjazm i wsparcie podczas organizacji zlotu.





sobota, 24 sierpnia 2013

Szczęśliwej podróży!

Kilka dni temu obudził mnie dziwny, miarowy szum. Zadziwiona wyszłam na taras. 
Deszcz. 
Coś takiego! Już zapomniałam jak pięknie może brzmieć, kiedy jest oczekiwany przez wysuszoną ziemię. Dobrze było poczuć drobne kropelki na ramionach. Wyobraziłam sobie jak radosne zrobiły się moje cynie, jak ożyły tracące słoneczną żółć rudbekie i delikatne na swych łodyżkach onętki. A przesuszony miejscami trawnik to chyba tańczył w podskokach radosnego kazaczoka! Ziemia dostała łyk wilgoci.
Lato zaczyna powoli pakować manatki. Wczoraj bardzo wysoko nad naszym domem kołowała blisko seta bocianów. Czyżby testowały prądy wznoszące przed odlotem? Były bardzo wysoko, dopiero przez lornetkę upewniłam się, że to „moje” ukochane boćki być może w ten sposób żegnały się z naszą okolicą. Szczęśliwej podróży bociany! Wracajcie do nas szybko…


wtorek, 20 sierpnia 2013

Jeszcze chwila...

Kiedy kończy się czas ogromnej dawki dobrych emocji, powrót do codzienności jest trudny. Nie, nie ma w tym depresyjnych konotacji. Podskórnie czuję w sobie nagromadzoną pozytywną energię, tylko nie potrafię tak od razu czerpać z jej pokładów. Następuje czas zdystansowania, układania w sobie wrażeń, rozmów, przemyśleń i spostrzeżeń. Jeszcze chwila, jeszcze dwie i definitywnie wskoczę w tory codzienności, pełna nowych sił. Póki co muszę opędzić pilne sprawy służbowe (tak, tak praca w urlop to moja specjalność) i w ostanie dni wakacji będę celebrować z pietyzmem każdą ich mijającą minutę. 




Fotki wykonane w Poleskim Parku Narodowym.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Perseidy

Nieźle sobie te meteoryty wymyśliły, z tym gromadnym „spadaniem” letnimi nocami. Czyż może być bardziej romantyczny czas? W miarę jeszcze ciepłe noce, kolorowe niebo, po którym wlecze się poświata zachodzącego słońca. Godziny nastrajające do zwierzeń, otulające intymną ciemnością splecione w uścisku dłonie, sprzyjające spojrzeniom w oczy, blisko, blisko aby dojrzeć w nich blask. Aj!
Ile „gwiazd” tylko dla mnie spadło w noc perseidów?
Naliczyłam 6 – ale tylko takich wyraźnie świetlnym łukiem przelatujących nad naszym domem. Tych na mgnienie oka (bo może mi się tylko zdawało) nie liczyłam. Przed 22 na środku trawnika rozstawiłam leżaczek, otuliłam się kocem i wypatrywałam w rozgwieżdżonym niebie, pryskających gdzie kosmiczny pieprz rośnie, meteorytów. Przy okazji doliczyłam się 4 nocnych kursów samolotów oraz chyba z 6 krążących nad nami satelitów – no chyba, że to były ufoludki w swych ufoludkowych machinach... 
Pomijając perseidy (co za poetyczna nazwa!) fajnie ciemną nocą leżeć na leżaku i wpatrywać się w granatowe niebo. Można pomyśleć .. 
Kot co chwilę podskakiwał i zdziwiony ocierał się o kolana – co też człowiekowi do łba strzeliło, po nocy wyleguje się na leżaku. Na nic kłamstwo, że „opalam” się w srebrnym świetle księżyca, bo księżyca nie było.
Bezmiar wszechświata jest niepojęty. A ty malusi człowieczku niewidocznym pyłkiem w kosmosie, kto by się tam tobą przejmował, tak jak ty przejmujesz się sam sobą…

***

Kilka dni temu na rozgrzanej łączce narodził się Aniołek, który właśnie dzisiaj odleciał do słonecznej Italii – na pewno będzie ci tam cieplusio Aniołku :)



niedziela, 11 sierpnia 2013

Maliny i te pe i te de

Wynalazłam dziś ekstra miejscówkę. Pod młodym wiązem, fruwającymi po błękitnym niebie, białymi obłokami, tuż obok wzniesionego wilca. Na przemian czytałam książkę, piłam mrożoną kawę, ale myślami byłam przy ogórkach chili i malinach, które usilnie puszczały sok. Kiedy wreszcie zdecydowałam się zapakować je w słoiki, wybraliśmy się na miłe, wieczorne, schodkowe posiedzenie u Kotlecików. Bo właśnie latem, na schodkach w cieniu rozłożystej sosny i owocującej aronii Ani i Tomcia, tak fajnie się siedzi, rozmawia, pije zimne piwo, odgania od komarów.





wtorek, 6 sierpnia 2013

Leżing, plażing, nicnierobing

Memu ciału wystarczy niby 36 i 6 ale coś mi się wydaje, że dzisiaj wystarczyłoby z 10 mniej. Upał może i uciążliwy, ale miniona zima tak dała mi w kość, że nie narzekam jakoś zaciekle na to co zafundowało nam lato. A zafundowało słońce od świtu po zmierzch i upał – normalna rzecz latem, co nie? Jestem szczęściarą bo na letnie miesiące przypada mój urlop. Nie muszę w pełnym rynsztunku poginać do firmy. Jestem szczęściarą bo mieszkam 5 minut od rzeki, w której chłodny nurt, wskakujemy każdego popołudnia. Jestem szczęściarą bo choroba ulitowała się nade mną i leczenie cały czas działa – skóra gładka, łuszczyca (pewnie chwilowo, ale jednak) odpoczywa gdzieś poza moim ciałem. W perspektywie kilkudniowy pobyt nad większymi jeziorami - spotkamy się ze sporą grupą przyjaciół i bliskich znajomych. Cieszę się na ten wspólny czas, bo choć dobrze mi we własnym domu, który ma tak wakacyjny entourage, to jednak zmiana otoczenia dla higieny psychicznej wskazana. Na włościach ostaje pies, kot i syn dorosły, zarządzający całością.
Powietrze pachnie skoszonymi, suchymi łąkami i płowym od słońca rżyskiem. Wieczorem uruchamiam wahadłową polewaczkę aby napoić kwiaty. Trawnikowi nic nie pomoże. Wysycha na wiór. Z doświadczenia wiem, że pierwszy mocniejszy deszcz błyskawicznie go zregeneruje, a zlewanie wodą z nie wiem jak wypasionej polewaczki na nic się zda.


Cudnie jest. Cudnie…

niedziela, 4 sierpnia 2013

Eh, żaba...

Siedzę na tarasie na nocnym koncercie świerszczy i Kiciorki, która odstrasza jakiegoś kociego absztyfikanta. I myślę sobie że...
Że taka żaba to ma fajne życie. 
Ma w głębokim poważaniu czy jest ładna czy brzydka, czy chuda czy gruba, czy mądra czy głupia. Cznia totalnie co też to jutro ma na obiad zapodać swoim kijankom i żabiemu samcowi. Ma w totalnym poważaniu stertę ciuchów do uprasowania. Snu z powiek nie spędza jej twórczy (nawet w urlop) Szef. Gitary nie zawraca Teściowa (a czy ty wiesz, że do kiszonych ogórków trzeba dodać czosnek???).
Żaba po prostu JEST i już. Ma wywalone na wszystko.
Faaajne ma życie żaba.

Jak ja ci Żaba czasami zazdroszczę.


sobota, 3 sierpnia 2013

Lato, lato, lato trwaj!

Letni dzień z parasolem błękitnego nieba, szeroko rozpostartym ponad zielonymi i złotymi wstęgami pól i łąk. Co za piękny dzień. Z takim fajnym wakacyjnym feelingiem. Późnym rankiem, bez pośpiechu wypiliśmy kawę, pachnącą ciepłym, spienionym mlekiem. Bez planów, spontanicznie, ot tak, zostawiając w pierony sobotnie porządki, zakupy i inne różne „TRZEBA”, wyjechaliśmy nad „nasze” ukochane, mikroskopijne jeziorko. Dawno nad nim nie byliśmy. Nie zawiodło nas.
Do jeziorka dojeżdża się piaszczystą, leśną drogą. Zawsze jest tutaj chłodniej, pachnie żywicą, mchem… Powoli i głęboko wciągam powietrze przez nos - chce się oddychać, oddychać aż po czubki palców u stóp. Długo pływam, dopiero kiedy czuję, że marzną mi ramiona wychodzę na brzeg i w wysokiej trawie zalegam z książką. Doprawdy nic do szczęścia mi w tej chwili nie potrzeba. Nic.
„Słońce zawsze powraca”cytat z książki, którą właśnie nad jeziorkiem skończyłam czytać. Niby nic odkrywczego, ale chowam w pamięci, na mniej słoneczne pory roku i – co ważniejsze - na mniej optymistyczne chwile w życiu... 

 


czwartek, 1 sierpnia 2013

Leżąc na leżaku myślę sobie...

Czuję się niepewnie w obliczu niejasnych sytuacji, ukrytych intencji, niedopowiedzeń i spraw z drugim dnem. Złośliwej ironii, kąśliwej uszczypliwości. Krytycznych uwag, opinii i spojrzeń bez szans na cień sympatii.
Nie chcę być blisko niestabilnych ludzi, z rozedrganym jestestwem, którzy swoją labilną emocjonalnością  obficie obciążają wszystkich wokół. Nie chcę być wśród ludzi zamkniętych w rozkręconym kole własnego ego.
Jak chronić się przed ludźmi przekonanych o swojej (PRZE)mądrości? Obwieszczających z pozycji ex cathedra swoją jedynie słuszną wizję WSZYSTKIEGO.
Obawiam się ludzi pozbawionych empatii i poczucia humoru. Ludzi, w sercach których mieszka tylko smutek i pesymizm doprawiony zgorzknieniem.
Chciałabym mieć jak najmniejszy kontakt z ludźmi, którzy nie lubią ani innych ani… samych siebie.



Końcówka lipca wreszcie spokojna, wyciszona…
Leżak ustawiony w cieniu tarasu, kawa z lodami śmietankowymi i książki…
Lato, czy już ci mówiłam, że kocham cię?