wtorek, 27 sierpnia 2013

Bujaj się!

Bujaj się!

czyli biedronkowanie nad jeziorami Pojezierza Łęczyńsko Włodawskiego
15-18 sierpnia 2013


Relację ze zlotu dedykuję wszystkim jego uczestnikom:

Agatce-Yadze, Ani-Czarnejwdowce, Sebikowi i Oliwce, Andrzejowi-Ramzesowi, Andrzejowi-Rabatkowi, Dianie, Gosi-Gojaxx, Janince, Jackowi-Bacy i Julce, Karolci-Mamuśce i Piotrusiowi, Małgosi-Mago i Arkowi, Marzence-Shoni, Grzesiowi i Balnusi, Tomkowi-Tomrakowi, Wiesiowi-Wkowalowi i moim agpelowym chłopakom: Markowi, Jędrusiowi i Michałowi; naszym wspaniałym gościom: Monice, Adasiowi i Oliwci oraz Kotlecikom: Ani, Tomciowi i Maciusiowi.

Dzięki Wam Wszystkim ten zlot był wyjątkowo klimatyczny, miał ciepłą, domową atmosferę. W każdym razie ja tak to czułam…

***

Od kilku lat utarło się, że wakacyjne zloty użytkowników Forum „Psoriasis” organizowane są zwykle w połowie sierpnia. Tym razem schronienia „biedronkom” dało urokliwe Pojezierze Łęczyńsko Włodawskie, czyli wschodni skrawek ogromnego Polesia. Z pozoru jest to region Polski skromny pod względem atrakcji turystycznych – nie ma tutaj spektakularnych zabytków czy miejsc godnych listy Siedmiu Cudów Świata. Jednakże kraina łąk, lasów, bagien, niewielkich jezior, stanowi prawdziwy raj dla tych, którzy chcą wypocząć we względnej ciszy i w bliskim kontakcie z przyrodą. Miejscowi z nutą lekceważenia, za słowami Marii Rodziewiczównej, nazywają poleski krajobraz: „piaski, laski i karaski”, my, być może dzięki doskonałej pogodzie, dostrzegaliśmy tylko jego piękno.
Główna kwatera zlotu znajdowała się nad Jeziorem Piaseczno, które pyszni się nieprawdopodobnie czystą, w słoneczne dni, wręcz lazurową wodą. Shonia, współorganizatorka zlotu, uczyniła zaś wszystko aby zlotowicze jak najmniej musieli zajmować się sprawami formalnymi – dziękujemy Marzenko.

15 sierpnia 2013, czwartek, czyli ona tańczy dla mnie!

Pierwszy dzień zlotu jest bardzo zwyczajny… poświęcamy go bowiem na to aby być… razem. Opowiadamy o tym co u nas słychać. Poznajemy tych, którzy są pierwszy raz na zlocie. A ci, którzy są pierwszy raz – uczą się na pamięć imion i nicków pozostałych forumowiczów. „Starzy” zlotowicze troszkę oszukują, że wieczorem będzie test ze znajomości tychże. „Nowi” przykładają się więc do nauki, „starzy” tymczasem mają ubaw.
Idziemy przywitać się z jeziorem. Urzeka nas swoją czystością, spokojem. Znajdujemy ustronne miejsce na plaży, które już na cały zlot będzie „naszym” kawałkiem ziemi. Pływamy wpław oraz kajakami.
Wieczorem spotykamy się przy ognisku i cudownym disco pod gołym niebem. Zabawa jest niepowtarzalna, albowiem prowadzi ją jedyny na całym świecie DJ Rabuś, przy którym nikną wszelkie zahamowania i postanowienia: „ja nie palę i nie słucham muzyki disco polo” było hasłem przewodnim dla co niektórych, hm, hm.
Pierwsze ognisko to też czas miłych gestów: są upominki, niespodzianki, prezenty, a niektóre chwytają za serce… Oczy wilgotnieją ze wzruszenia, kiedy Baca wręcza szalonej dzwonkowej hobbystce Gojaxx maleńki egzemplarz specjalnie dla Niej wylany u ludwisarza – no powiedzcie: czy to się zdarza tak każdego dnia?
Kiedy DJ Rabatek „ma wolne” słuchamy śpiewu Grzesia i jego gry na gitarze. W pewnym momencie dołączają do nas okoliczni urlopowicze, nieoczekiwanie okazuje się, że jeden z nich to też „biedronek” :)
Kiedy na parkiecie najgłośniej, część zlotowych dziewczyn wymyka się cichcem sprzed ogniska i biegnie nad jezioro. Kąpiemy się pod niebem obsypanym gwiazdami. Woda jest nadspodziewanie ciepła, aksamitna… Na zawsze zapamiętamy tę nocną kąpiel.
Tymczasem jakaś niewidzialna ręka znakuje wszystkie zlotowe samochody przepiękną wlepką „Zlot biedronek”. Dywagacje, kim była niewidzialna ręka trwały cały piątkowy dzionek. Podejrzanych było kilku, a kto tak naprawdę oznakował nasze samochody?
Tymczasem w drewnianych domkach zlotowiczów, przysiadłych pod wysokimi, dającymi cień, drzewami, gasną światła, idziemy spać.

16 sierpnia 2013, piątek, czyli zaczynamy się bujać!

Poranek zlotowy to obowiązkowa, wspólna kawa. Nim wchodzimy na 3,5 kilometrową ścieżkę Spławy, która ma swój początek we wsi Załucze Stare, musimy pokonać: samochodami kilkanaście kilometrów drogi średniej klasy oraz kilka duktami leśnymi (no tak, skróty to my mamy we zlotowej krwi), rzetelnego i zaangażowanego Pana Przewodnika Kustosza Ośrodka Dydaktyczno-Muzealnego Poleskiego Parku Narodowego (przed wiedzą, którego chylimy czoła), zaskrońca płci żeńskiej, o przepięknym imieniu Agata (!!!), która właśnie zrzuciła skórę. Sprint Ramzeza po muzealny aparat telefoniczny – niestety nie zdążył, ale słuchawkę doniósł! Lazaret oswojonych, przepięknych bocianów, które wszyscy namiętnie fotografujemy. WC, które ongiś było pokojem nauczycielskim i salę prehistoryczną, w której dawniej odbywały się zajęcia z wychowania fizycznego. Ooogromnego psa, będącego skrzyżowaniem wilka z niedźwiedziem. Komary. Słońce palące. Na szczęście mięsożernych roślin, grasujących ponoć w tych okolicach nie stwierdziliśmy – wszyscy w nienaruszonym stanie dotarliśmy na obiadek. Po kilkudziesięciominutowym spacerze drewnianymi kładkami wśród podmokłych łąk i lasu, terenów bagiennych, docieramy do głównej atrakcji ścieżki Spławy: pomostu widokowego na zarastającym jeziorze Łukie. Odpoczywamy niespiesznie, wygrzewamy się w słońcu i podziwiając piękne okoliczności przyrody, bujamy na pomoście, a co tam! I tak nam to bujanie weszło w krew na Polesiu. Bo można bujać się tu nie tylko na pomostach ale nade wszystko na splei – ale o tym będzie później.
Po powrocie ze ścieżki zaliczamy kąpiel w jeziorze. Wieczorem oczywiście ognisko, muzyka tym razem bardziej stonowana, sprzyjająca rozmowom o sprawach bardzo ważnych, a czasami całkiem zwariowanych. Przy stole, przy ognisku, za domkiem, przed domkiem, obok domku… Jak to na zlotach bywa…
Wreszcie też poznajemy autora zlotowej, biedronkowej nalepki. Sam się przyznał! Jacku, Góralu Baco nasz, dziękujemy, że o tym pomyślałeś! Wspaniała pamiątka! Przy okazji Jacek uhonorował Ramzesa dyplomem Żelika-Ramzesika, w kategorii najbardziej nawilżony, nasmarowany ect. Cokolwiek to znaczy, Ramzesikowi wszyscy gratulowali i oczywiście zazdrościli.
Ognisko dogasa, a my idziemy śnić…

17 sierpnia 2013, sobota, czyli rozbujajmy ziemię, a co tam!

W sobotnie przedpołudnie wyruszamy na kolejną ścieżkę przyrodniczą: „Dąb Dominik”. O dziwo, nie rzeczony 300 letni dąb nazwany „Dominikiem” na cześć twórcy Parku profesora Dominika Fijałkowskiego, był jej główną atrakcją, a spleja, czyli torfowisko przejściowe, jeden z etapów zarastania zbiornika wodnego, a po naszemu „bujająca się ziemia”.
Tutaj także głównie poruszamy się po drewnianych kładkach, wypatrując żmijek, zaskrońców, rosiczki. No i bagna, ale nie tego co wciąga, tylko tego co brzydko pachnie i odstrasza mole. Fuj! Faktycznie! Nic dziwnego, że uciekają od niego mole, my też mkniemy dalej. Zewsząd słychać radosne przekomarzanie, których subtelnego dowcipu nie da się za nic zamknąć w słowie pisanym:
- A jednak rację mają tubylcy, że tu na ścieżkach grasują żmijki – pada po co bardziej ciętej ripoście.
Docieramy do platformy widokowej na zarastającym jeziorze Moszne, wokół którego znajduje się spleja. Śmiało wchodzimy na trzęsawisko, pod silnie rozrośniętą trawą i krzewiącą się żurawiną jest… jezioro. Bose stopy obmywa nam orzeźwiająca woda przesiąkająca przez gęste, zbite kępy traw. Niezapomniane uczucie. Kiedy w jednym miejscu kilka osób skacze na splei, w drugim odczuwa się bujanie.
- Rozbujajmy Ziemię! – krzyczymy pełni zapału i skaczemy, skaczemy, a Ziemia się buja! Naprawdę buja!
Nasz spacer trwa, kolejny przystanek to długa na kilkanaście metrów kładka poprowadzona torfowiskiem, na zarośniętej już części tafli jeziora Moszne. Obserwujemy ogromne ważki, których skrzydła mienią się kolorami w słońcu. Wysoko nad nami przelatuje klucz żurawi…
Pod Dębem Dominikiem robimy czym prędzej wspólną fotkę i uciekamy – dopadają nas bowiem krwiożercze komary.
Po pełnym wrażeń spacerze, popołudnie spędzamy na baraszkowaniu w Jeziorze Piaseczno, któremu na szczęście daleko do zarastania!
Ostatniej wspólnej nocy rozpalamy ponownie ognisko. Wędrujemy nad jezioro aby tym razem nie tylko popływać pod dachem z granatowego nieba, ale też obserwować rozsypane na nim gwiazdy. Tomcio kotlecikowy, snuje opowieści o gwiazdozbiorach. Galaktyce Andromedy, gwieździe Wedze, która jaśnieje w gwiazdozbiorze Lutni. Tomcio o gwiazdach wie sporo, Gosia słucha z głową zadartą wysoko… Kto wie, może na następny zlot, Tomek zamiast elektrycznego grilla i zestawu peruk i masek wszelakich, przywiezie teleskop?

18 sierpnia 2013, niedziela, czyli telefon szarej rzeczywistości…

Niedzielny poranek pachnie kawą i niestety pierwszymi pożegnaniami… To najsmutniejszy moment każdego zlotu.
Ostatnie wspólne godziny spędzaliśmy leniwie nad jeziorem. Pomiędzy jednym a drugim kursem rowerem wodnym, nagle zadzwonił telefon „kotletowej’ Anusi.
- Nie odbieraj! – zawołał niespodziewanie ostrzegawczym tonem Rabatek – to dzwoni SZARA RZECZYWISTOŚĆ!!!
Wszyscy szczęśliwie wróciliśmy ze zlotu do swoich „rzeczywistości”, ale dzięki temu, że tych kilka dni byliśmy tak blisko siebie, stała się ona jakby mniej szara, a może nawet całkiem kolorowa? Albo przynajmniej do kolejnego zlotu?

***

Kiedy za namową przemiłych forumowiczów, zdecydowałyśmy się z Shonią zorganizować zlot, pragnęłyśmy aby był to zlot spokojny, sprzyjający rozmowom, byciu blisko siebie, kameralny. Zlot, na którym będzie można odpocząć, wyhamować, odsapnąć od codziennej gonitwy, obowiązków, pracy, choroby… Jako współorganizatorce trudno mi oceniać czy się udało, ale czułam, że towarzyszył mi na każdym kroku przyjazny klimat bliskości, Waszego dobrego samopoczucia. Fajnie, że znaleźli się ludzie gotowi pokonać czasami setki kilometrów aby spędzić kilka dni w mało znanym, i co tu kryć skromnym przecież, ale urokliwym w swej prostocie, zakątku Polski. Gdzie nie zawsze można przygotować zlot bogaty w atrakcyjne „fajerwerki”, ale czuje się coś ważniejszego: nieustanne fajerwerki dobrej energii, pozytywnych emocji, niewymuszonej serdeczności i autentycznej bliskości.
Cudowni ludzie, magiczne miejsce pełne wyjątkowej energii… czas z Wami...
Dziękuję za każdą wspólnie spędzoną chwilę.


Wspólnie z Shonią dziękujemy naszym Mężom za entuzjazm i wsparcie podczas organizacji zlotu.





4 komentarze:

  1. :-) , :-*
    dziękuję
    pięknie napisałaś
    prawdziwie
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko czemu na zlocie tak szybko leci czas ..??

    serdecznie pozdrawiam
    Baba Yagga :))

    Bujaj się !! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję dziewczyny - to tak naprawdę Wszyscy uczestnicy zlotu napisali tę relację - także Wy :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję wszystkim za wspaniały zlot!!! organizatorom (Aqpeli Shoni )wszystkim obecnym biedronkom i nowo poznanych gości którzy na pewno się zarazili naszą wadą kosmetyczną....pozdrawiam i dziękuję.
    P.S.Na następnym zlocie będę suchy :)

    OdpowiedzUsuń